Nie ulega wątpliwości, że to rosyjska inwazja na Ukrainę nadała organizacji nowy impet. Po całkiem niedawnych publicznych diagnozach Emmanuela Macrona o "śmierci mózgowej NATO", po całkiem realnych groźbach Donalda Trumpa, że Stany Zjednoczone wycofają się z Sojuszu, po strategicznych i wizerunkowych niepowodzeniach w Afganistanie - niespodziewanie zbawcą transatlantyckiej jedności i solidarności okazał się Władimir Putin. Dużo skuteczniejszym niż dwie dekady temu Osama bin Laden, bo i zagrożenie dla fundamentalnych interesów bezpieczeństwa kluczowych krajów Zachodu jest dziś poważniejszego kalibru.

O wysoką stawkę

Osama bin Laden nigdy nie miał szans podważyć realnego, globalnego układu sił. Owszem, mógł wraz ze swymi poplecznikami i wyznawcami mordować tysiące niewinnych ludzi, a nawet przejściowo podnieść swymi zamachami koszty ubezpieczeń w ruchu lotniczym i transporcie morskim. Dla liderów najpotężniejszych państw świata był jednak w gruncie rzeczy jak brzęcząca mucha - co prawda męczący i wstrętny, zmuszający do reakcji na miarę zamachnięcia się gazetą, ale nie tak groźny dla systemu. Z Rosją w takim kształcie, do jakiego doprowadziły ją lata budowy "rozwiniętego putinizmu", sprawa jest dużo poważniejsza.
Reklama