W dzisiejszych Chinach wciąż obowiązuje jeden "izm", rządzi jedna partia, decyduje jeden przywódca. Ale Komunistyczna Partia Chin nie ma, poza powtarzanymi w
kółko sloganami, nic wspólnego z komunizmem. Nazwałbym istniejący w Chinach system monarchią komunistyczną. Pierwszym cesarzem tej nowej dynastii był Mao Zedong. Choć sam nigdy nie był tak
naprawdę marksistą, wiedział, w jaki sposób wykorzystać ideologię, by umocnić swoją pozycję. Po nim nastał Deng Xiaoping, który wyznaczył dwóch następców - Jang Zemina i Hu Jintao. Ich
mandat nie pochodził z wyborów, nawet z nominacji partyjnej, ale z nadania cesarza. Dlatego jak długo rządzi komunistyczna dynastia, będzie trwała Chińska Republika Ludowa. Chociaż Chiny z
pozoru są już zupełnie innym krajem niż w czasach Mao, stworzony przez niego system trwa.
Partia komunistyczna złożona jest tak naprawdę z kapitalistów, którzy używają swojej pozycji dla bogacenia się, choć wycierają sobie usta sloganami o walce klas. Partia ma monopol nie tylko
na władzę polityczną, sprawuje kontrolę nad wojskiem i aparatem bezpieczeństwa, ale przede wszystkim ma wyłączny dostęp do profitów rozwoju gospodarczego kraju. Beneficjentami systemu są
partyjni oficjele - nic dziwnego, że robią wszystko, by system utrzymywać.
Możliwość bogacenia się jest uzależniona od wstąpienia do partii. Nic dziwnego, że dziś liczy ona niemal 80 mln członków. W 1994 r. odwiedzałem Chiny i jeden z moich młodych
przewodników, student, zadeklarował, że chce wstąpić do partii. "Przecież nie zgadzasz się z tym, co oni robią” – oburzyłem się. "Ale muszę to
zrobić, żeby coś osiągnąć” - odparł.
czytaj dalej
Najzdolniejsi studenci nie wstępują do partii ze względów ideologicznych, lecz czysto pragmatycznych. Bo dostęp do władzy oznacza dostęp do pieniędzy. Kiedyś oddanie się na usługi partii
oznaczało wyrzeczenia. Dzisiaj przynależność do niej jest równoznaczna z korzystaniem z przywilejów. Partia cały czas obraca się wokół haseł rodem z podręcznika do marksizmu. Tymczasem
nie ma już walki klas. Burżuazja czy posiadacze ziemscy nie są wrogiem ludu, lecz właśnie partyjni kacykowie. Dzisiejsze Chiny to bogaty kraj, a jego pozycja opiera się na wykorzystaniu
możliwości globalnego kapitalizmu. Wielkie przedsięwzięcia, które dla Zachodu są widomym znakiem gospodarczego rozwoju, są realizowane, by przynieść zysk państwu. Państwo się bogaci,
ludzie wciąż są biedni.
W Chinach nie istnieją rządy prawa, a najpoważniejszym problemem jest korupcja. Rząd zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo psuje to jego wizerunek. Stąd pomysły na kampanie antykorupcyjne -
rząd ma czyste ręce, bo przecież z przekupstwem walczy, a łapówki w dalszym ciągu są normą. I właśnie dlatego dla Chińczyków nie ma teraz ważniejszej sprawy niż pieniądze. Nie chodzi
tylko o powiększanie majątku. Jeśli masz odpowiednio dużo pieniędzy, masz też większy wpływ na swoje losy. Nawet zakaz posiadania więcej niż jednego dziecka można obejść, jeśli ma się
czym zapłacić.
Panuje przekonanie, że ZSRR upadł, ponieważ był niewydolny ekonomicznie. Ale gospodarka nie jest naczelnym problemem komunizmu chińskiego. Jest nim brak wolności. A że wolność jest wrogiem
dyktatury, lepiej tego słowa nawet nie wymawiać. Wystarczy za to mieć pieniądze, żeby kupić sobie pozory wolności. Partia upadnie, jeśli ludzie zaczną dostrzegać wartość wolności,
zamiast koncentrować się na pieniądzach, które dają jej złudzenie. Ale to nie jest kwestia najbliższych lat, raczej dziesięcioleci.
*Harry Wu, chiński dysydent i działacz na rzecz praw człowieka. Spędził 19 lat w chińskich obozach pracy. Dziś mieszka w USA