A ci dzielą się na dwie kategorie: inteligentnych oraz ostrożnych. Takim ostrożnym jest Józef Oleksy, który na początku lat 90. próbował ze znanymi krakowskimi dziennikarzami Witoldem Beresiem i Jerzym Skoczylasem napisać autobiografię. "Opowiadał ciekawe rzeczy, ale przy autoryzacji wszystkie dosadne określenia zamieniał na komunikat agencji TASS o przyjacielskim spotkaniu Breżniewa z Gierkiem" - wspominają.



Pogromcy słowa

"Samoobrona. Dlaczego? Przed czym", "Niepokorny", "Każdy kij ma dwa końce", "Lista Leppera", "Czas barbarzyńców", "114 dni..." - sześć książek i do tego zbiory przemówień. Wicepremier Andrzej Lepper okazuje się bardziej płodny pisarsko niż bohater ostatniego filmu Romana Polańskiego "Autor widmo". To, co ich łączy, to zamiłowanie do profesjonalnej pomocy pisarskiej.

"Nie pomyślał ani prezydent, ani jego małżonka, co będą czuli ludzie pozbawieni pracy i cierpiący nędzę (...), gdy szczebiocząca prezenterka w telewizji opowie (...), jak doskonałe prezentowała się córeczka państwa Kwaśniewskich na paryskim balu w sukni od Ewy Minge, do której to sukni przyszywano kryształowe kwiatki przez 20 godzin. Zwłaszcza że u boku prezydentówny stał młody francuski arystokrata (...), a para doskonale pasowała do 344 złoconych krzeseł, 2300 róż i 670 świec". Ten fragment "Czasu barbarzyńców" wyszedł spod pióra Agnieszki Wołk-Łaniewskiej. Była rzeczniczka Leszka Millera, potem wicenaczelna tygodnika "Nie" miała napisać całą książkę Leppera. Projekt nie wypalił. Dokończył ją Przemysław Ćwikliński, obecny wicenaczelny "Nie". "Moja praca była czysto mechaniczna. Połączyłem dostarczone przez ludzi Leppera materiały. Z samym "wodzem" spotkałem się ledwie kilka razy - zapewnia. - Myślę, że spotkał się ze mną tylko po to, by zachować pozory. W efekcie powstały książki, których nawet nie chciało mi się przeczytać. Myślę zresztą, że Lepper też ich nie czytał".

Równie mało uwagi do "swojej" książki przykładał Krzysztof Rutkowski, któremu pisać pomagał także Ćwikliński. "Z inicjatywą wyszedł jeden z najlepszych polskich reżyserów, który chciał w oparciu o doświadczenia detektywa nakręcić film. Rutkowski nie był łatwym pracodawcą. Były kłopoty ze zmuszeniem go do systematycznej pracy" - wspomina dziennikarz. Ćwikliński wymusił na nim wyjazd na weekend do jego domu w Austrii. Rozmawiali trzy dni. Dzięki temu "Detektywa cz. 1" wydano tuż przed wyborami do parlamentu w 2001 r. Kiedy Rutkowski dostał się do Sejmu, zabrakło mu czasu na drugą część książki. O filmie wszyscy zapomnieli. Złotymi czasami dla polskich pisarzy widm były lata 90. A ich królem został Roman Górski, właściciel wydawnictwa BGW. Przez przyjaciół zwany Złotą Rybką lub Buddą. Na książkach polityków zbił majątek. Wypłynął na "Przerwanej dekadzie" Edwarda Gierka spisanej przez Janusza Rolickiego, która rozeszła się w ponad milionie egzemplarzy.


BGW było ratunkiem dla autorów kontrowersyjnych lub z niewygodną komunistyczną przeszłością, którzy nie mieli szans na wydanie książek w poważnych oficynach. Tu nie tylko mogli publikować, ale jeszcze dostawali profesjonalną pomoc w napisaniu książki. Skorzystali z niej m.in. Zbigniew Messner i Jerzy Urban. Ewenementem były też płacone przez Górskiego honoraria, najwyższe w Polsce. Jacek Kuroń, który pisał podobno prawie wszystko samodzielnie, dostał 100 tys. dol. za wspomnienia "Moja zupa". Całość wpłacił na swoją fundację. Ghostwriterzy za swoją pracę zarabiali z zasady nawet po kilkadziesiąt tysięcy nowych złotych.

Po kilku latach prosperity BGW poległo na książce Danuty Waniek. Podczas wyborów prezydenckich w 1995 r. szefowa sztabu wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego zażyczyła sobie książki o kampanii. Do jej napisania Górski namówił Przemysława Ćwiklińskiego i Witolda Beresia. Mieli rekordowo mało czasu: między pierwszą a drugą turą wyborów. "Zamknęliśmy się z Beresiem i zapasem mocniejszych trunków na kilka dni w hotelu Karat w Warszawie i na zmianę pracowaliśmy. Jeden spał, drugi pisał" - wspomina Ćwikiliński. Zdążyli. Tak powstały "Kwach - zapiski sztabowe Danuty Waniek".

Waniek nie miała nawet czasu, by przeczytać książkę podpisaną jej nazwiskiem. Maszynopis dostała rano, a po południu rozpoczynało się drukowanie. Gdyby to zrobiła, może nie przegrałaby potem procesu, który wytoczyła jej Liga Republikańska urażona opisem swoich bojówkarskich metod. Autorzy widma za książkę dostali po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Waniek - ledwie tysiąc. I jeszcze musiała po wyroku sądu Ligę przepraszać.

Po tej wpadce Górski zniknął. Kilka lat temu odnalazł się przy okazji szukania kontaktu z wydawnictwem Depo, wydawcą książki Andrzeja Leppera "Czas barbarzyńców". Szef biura Samoobrony Janusz Maksymiuk odsyłał wtedy dziennikarzy pod tajemniczy numer. Okazało się, że należy do Domu Wydawniczego Edukacja, którego szefem jest sam Złota Rybka.



Wszyscy mówią: pisz za mnie

Zamiłowanie polityków do książek podpisanych własnym nazwiskiem to powszechne zjawisko. Kampania wyborcza, rocznica swojej działalności lub nadchodząca emerytura - każda okazja jest dobra na wydanie autobiografii, zbioru esejów czy wywiadu rzeki. Tajemnicą poliszynela jest, że za tymi książkami stoją dziennikarze lub rzecznicy prasowi. Zwykle zainteresowani ukrywają to skrzętnie, ale nie wszyscy. Kiedyś Ronald Reagan nieopatrznie wypalił o swojej autobiografii spisanej przez redaktora "New York Timesa": "Słyszałem, że to straszna książka! Będę musiał ją w końcu przeczytać".


Czasem jednak praca może dla ghostwritera skończyć się nieprzyjemnie. Jak choćby w przypadku Barbary Feinman, prawdziwej autorki książki "It Takes a Village and Other Lessons Children Teach Us", wydanej pod nazwiskiem Hillary Clinton. Feinman pracująca jako jedna z asystentek prezydenta zaraz po opublikowaniu książki została zwolniona z pracy. Za napisanie książki dostała 50 tys. dol. Żona prezydenta zarobiła na niej dwa miliony.



Być jak Anastazja P.

"Historia "Erotycznych immunitetów" Anastazji P. to gotowy scenariusz na film" - zapewnia Jerzy Skoczylas, rzeczywisty autor książki, która w 1992 r. wywołała burzę przy Wiejskiej. Pierwsza scena filmu mogłaby wyglądać tak: do krakowskiego dziennikarza dzwoni Roman Górski, szef wydawnictwa BGW.

"Czytujesz "Nie""? - pyta Górski. "Czasami" - odpowiada zaspany Skoczylas. "A czytałeś o tej panience, która spała z połową Sejmu?" "Czytałem" - potwierdza Skoczylas, który jak chyba wszyscy dziennikarze w Polsce słyszał o tajemniczej korespondentce francuskiego dziennika "Le Figaro" Anastazji Potockiej, która zapowiedziała, że ujawni szczegóły swoich kontaktów z politykami ponoc z najwyższej półki. "Jesteś z nią umówiony na jutrO" - oświadczył krótko Górski.

Scena druga. Skoczylas w Warszawie dostaje od Górskiego milion starych złotych, by rzekomą hrabinę zaprosić na obiad i wybadać, czy jej opowieści nadają się na książkę. Jeszcze zanim usiedli przy stoliku, Skoczylas przyłapał Marzenę Domaros (bo tak naprawdę kobieta się nazywa) na kilku głupich kłamstewkach, więc był bliski zakończenia spotkania. Ale za chwilę Marzena mówi, że zgwałcił ją wicemarszałek Ludwik Kern! "Podpiszesz się pod tym?" "Tak". Skoczylas jak najszybciej kończy spotkanie i pędzi do wydawnictwa: "Panie prezesie, mamy hit".

Miesiąc później maszynopis książki jest gotowy. Tylko cztery osoby wiedziały, gdzie jest drukowana, by Kern swoimi wpływami nie zablokował druku lub kolportażu. Scena trzecia: książka ukazuje się w 400-tysięcznym nakładzie. Podczas promocji w warszawskim Zajeździe Napoleońskim Domaros zapowiada swoje kandydowanie do Sejmu. Nagrywa kasetę i chce być piosenkarką. Kern szybko znika z polityki, a Skoczylas inkasuje 4 procent od hurtowej ceny książki, czyli 100 tys. dol.

"Świadomie zrezygnowałem ze swojego nazwiska, choć od razu publicznie przyznałem się do współudziału przy jej powstaniu - opowiada. - Po prostu miałem za mało czasu, by wszystko zweryfikować. Potem się okazało, że część była prawdą, część bujdą, a kluczowa sprawa, z Kernem, sprawą chyba nierozstrzygniętą. Udział UOP-u w tym wszystkim? Pewnie coś chciał ugrać, ale nie wierzę, że to zaplanował" - zapewnia Skoczylas.