Wielu kaliningradczyków miało kłopoty z wyjaśnieniem, co łączy mandarynki z ich postulatami. Przeważał pogląd, że ten owoc w jakimś stopniu przypomina ich gubernatora Gieorgija Boosa, który albo zbyt obficie się korzysta z makijażu przed wystąpieniami telewizyjnymi, albo przesadził ze sprejem samoopalającym. Protestujący wznosili okrzyki „Boos do dymisji”, trzymając mandarynki w górze, i mniej więcej po godzinie rozeszli się do domów. Nieszczęsny gubernator zadeklarował później na konferencji prasowej, że nie ulegnie naciskom „1 – 2 proc. ludności” i dosłuży do końca kadencji.

Reklama

Kaliningrad, enklawa rosyjska nad Morzem Bałtyckim, był jednym z około 50 miast rosyjskich, w których w sobotę odbyły się demonstracje. Luźna koalicja grup opozycyjnych mówi o Dniu Gniewu odzwierciedlającym napięcia między Kremlem a odległymi regionami Rosji, która obejmuje 11 stref czasowych.

Eksperci są zgodni, że jeśli w Rosji miałaby wybuchnąć mandarynkowa wersja ukraińskiej pomarańczowej rewolucji z 2004 r., to jeszcze trochę na nią zaczekamy. Frekwencja była znacznie niższa od oczekiwanej przez organizatorów. Kreml próbuje dokooptować przywódców opozycyjnych, co dowodzi, że napięta atmosfera w obwodach zaczyna budzić zaniepokojenie rządu centralnego.

Rosja zawsze miała problemy z zarządzaniem swoim ogromnym terytorium. W latach 90., za prezydenta Borysa Jelcyna, obwody zyskały bezprecedensowy stopień autonomii. Otrzymały między innymi prawo wyboru swoich gubernatorów. Cofnął to Władimir Putin, były prezydent i obecny premier. Kreml znowu ściśle kontroluje regiony, mianuje gubernatorów, uchwala przepisy i dławi opozycję. Ale teraz, po wybuchu kryzysu gospodarczego, kremlowska machina zaczyna się sypać.

Analitycy mówią, że kształtują się nastroje, o których przed kryzysem nie było mowy. Protesty były wtedy ograniczone do Moskwy i koterii działaczy demokratycznych, tudzież emerytów domagających się podwyżek świadczeń. W sobotnich protestach brały udział wszystkie grupy wiekowe i ideowe, od demokratów po skrajnych nacjonalistów. – Zasięg geograficzny był imponujący – mówi Nikołaj Pietrow z moskiewskiego instytutu badawczego Carnegie Center. Pietrow zgadza się z innymi komentatorami, że główną przyczyną protestów jest kiepska sytuacja gospodarcza. W latach 1999 – 2008 PKB prawie się podwoił, ale w ubiegłym roku spadł o niecałe 10 proc. W styczniu znowu zanotowano wzrost, ale dotacje dla regionów obcięto. – Kryzys dociera do regionów, które rok temu go nie odczuwały – mówi Pietrow. – Słynna umowa społeczna Putina, polityczna bierność w zamian za rosnący poziom życia, dobiega końca.

>>>Czytaj dalej>>>

Reklama



Łuk niezadowolenia

To poczucie jest tym bardziej widoczne, im bardziej oddalamy się od Moskwy. Regiony powoli stają się największym politycznym zmartwieniem Kremla, razem tworzą łuk niezadowolenia spinający Kaliningrad z Władywostokiem. Władze centralne twierdzą, że protesty nie są spontaniczne, lecz zaaranżowane przez prywatne grupy interesów, a nawet zagraniczne służby specjalne. – To była w większości sztuczna demonstracja – mówi Oleg Matwiejczew, doradca Kremla ds. wewnętrznych, który został zdymisjonowany po styczniowych protestach w Kaliningradzie. – Zamówiły ją pewne grupy finansowo-przemysłowe, pewne podmioty polityczne. Zamówiły, zorganizowały i sfinansowały. To wszystko był element walki o władzę w obwodzie.

Protesty rzeczywiście są wyrazem nie tylko gniewu społeczeństwa, ale również prywatnych walk o władzę, ale Kreml popełniłby wielki błąd, gdyby zbagatelizował oznaki rosnącej frustracji społecznej. Gieorgij Osipow, analityk polityczny piszący dla Gaziety.ru, mówi o protestach w Kaliningradzie, że „zwykłych i bardzo cierpliwych ludzi wygnała na ulice arogancja urzędników – lokalnych i centralnych”.

Niezadowolenie wzrosło jesienią ubiegłego roku. Dochody z eksportu ropy, które wcześniej szły do regionów, przekierowano do budżetu centralnego. Regiony miały ponieść koszty podwyżek emerytur i innych programów socjalnych. – Otrzymaliśmy przywilej podniesienia podatków na pokrycie ich zobowiązań – mówi minister gospodarki Kaliningradu Aleksandra Smirnowa. Regiony sfinansowały na przykład bardzo dobrze przyjętą przez społeczeństwo podwyżkę emerytur o 40 proc. – Popularność naszych przywódców zależy od ceny ropy. Kiedy cena ropy spada, popularności szukają gdzie indziej.

Kaliningrad podniósł podatki komunikacyjne, co w grudniu wywołało pierwsze demonstracje. Najbardziej poszkodowani motocykliści – 5-krotny wzrost podatku – przejechali przed siedzibą władz prowincji z obelgami pod adresem gubernatora wypisanymi na tablicach rejestracyjnych. Policja nie interweniowała, a niektórzy funkcjonariusze nawet przyłączyli się do protestu.

Aleksiej Miłowanow, szef opozycyjnej strony internetowej NewKaliningrad.ru, mówi: – Z konstytucji wynika, że jesteśmy państwem federalnym, ale ten zapis pozostaje na papierze. Ustawy przychodzą z Moskwy, gubernatorzy przychodzą z Moskwy, w żadnej sprawie nie mamy nic do powiedzenia.

Wszystkich trzech kaliningradzkich posłów do Dumy głosowało za transferem dochodów naftowych do budżetu centralnego. Niewykluczone jednak, że taki sposób traktowania prowincji może się Kremlowi odbić czkawką. – Pięć lat temu przy wyborze gubernatorów chodziło o władzę, teraz o odpowiedzialność – mówi Pietrow. – Kreml nie może zrzucać winy na gubernatora, bo ludzie wiedzą, kto go mianował.

>>>Czytaj dalej>>>



Podczas sobotniej demonstracji niektórzy ludzie nieśli też tablice z hasłem „Putin do dymisji!”.

Trzeba jednak dodać, że władze lokalne też nie są bez winy. W Kaliningradzie biurokracja utrudnia życie przedsiębiorcom, a demokracja na poziomie lokalnym została zdławiona.

Nie brakuje też niewyjaśnionych ciemnych sprawek. Olga Kotowskaja, założycielka jedynej niezależnej stacji telewizyjnej w Kaliningradzie, została zmuszona do oddania kontroli nad nią prorządowej spółce i złożyła pozew do sądu. W listopadzie wypadła z okna na 14. piętrze. Policja mówi o samobójstwie, lecz niewielu wierzy w tę wersję.

Wola jest, możliwości brakuje

W lokalnym budżecie jest 25 mln rubli (631 tys. euro) na nagrody dla dziennikarzy, które tak naprawdę są łapówkami. Na konferencji prasowej po demonstracji przedstawiciele mediów prawie nie zadawali pytań, a gubernator ostro ich zrugał, mówiąc, że Rosja jest nie mniej demokratyczna niż Zachód. – W USA nie ma bezpośrednich wyborów prezydenta! Dlaczego tam nie zrobią pomarańczowej rewolucji? – krzyczał jego asystent na dziennikarzy, kiedy atmosfera zrobiła się napięta.

Kaliningrad pod wieloma względami różni się od reszty kraju. Może się pochwalić nie tylko wyższym poziomem życia, ale również największymi inwestycjami zagranicznymi per capita w całej Rosji. 70 proc. dochodu generują małe i średnie przedsiębiorstwa. Ale bliskość Zachodu sprawiła, że łatwiej o negatywne porównania ich ojczyzny z zagranicą. – W trzy godziny możemy dojechać samochodem do Gdańska i na własne oczy zobaczyć różnicę – mówi Miłowanow.

Uświadomienie sobie przez Rosjan, że przepaść gospodarcza między ich krajem a Zachodem znowu rośnie, może się okazać newralgicznym czynnikiem. – Jest wola zmian, ale nie ma możliwości, by cokolwiek zmienić. Na tym polega problem.

tłum. TB

© The Financial Times Limited 2010, All Right Reserved