"Rząd pierwszy, miejsce dziesiąte" - przeczytał leśniczy i zimny pot spłynął mu po plecach. Za przedłużenie nienaruszalności miejsca wiecznego odpoczynku na kolejnych 20 lat, syn pana Mieczysława miał zapłacić jedyne 350 złotych plus VAT.

Reklama

"Kiedy to zobaczyłem, poczułem się jakoś nieswojo. Dziwnie jest dowiedzieć się o własnej śmierci. Człowiek nagle zaczyna się zastanawiać nad życiem" - mówi "Faktowi" Mieczysław Bindas.

Po kilku dniach zadumy leśniczy wybrał się do zarządu cmentarza, by wyjaśnić sprawę. Urzędnicy na jego widok najpierw zrobili wielkie oczy. Potem, drapiąc się po głowach, zaczęli szukać nazwiska w cmentarnej księdze największej nekropolii w gminie. Nie znaleźli. Dopiero wtedy przyznali, że rzeczywiście pan Mieczysław żyje i przeprosili go za błąd. Pomylili gajowego z innym Mieczysławem Bindasem. Ten od 1959 roku leży na wiejskim cmentarzu w pobliskich Ratajkach.

"Przejęliśmy niedawno zarząd nad małymi cmentarzami parafialnymi" - tłumaczy pomyłkę Jadwiga Satkowska-Onyszko, dyrektor zarządzającej cmentarzami administracji budynków komunalnych. "Księgi cmentarne są jednak tak niekompletne, że musimy je tworzyć od nowa. Dlatego po nazwiskach zmarłych staramy się znajdować ich najbliższych krewnych. Stąd pomyłka" - dodaje.

Pochowany za życia gajowy przeprosiny przyjął. "Śmierci już się nie muszę bać. Grobową pomyłkę traktuję jak dobrą wróżbę" - przekonuje pan Mieczysław.