W zesżłym tygodniu ekipa filmowa, kręciła zdjęcia do ostatniego odcinka telewizyjnej epopei o losach polskiej emigracji na Wyspach. Filmowcy pojawili w szpitalu w podwarszawskim Grodzisku Mazowieckim, który "gra" w serialu londyńską klinikę. Widzowie zobaczą go dopiero w styczniu. Ale telewizja już szykuje się do kolejnej serii.
"Londyńczycy" były jednym z najpopularniejszych seriali w tym sezonie. Dla porównania TVN-owską produkcją "Twarzą w twarz" z Pawłem Małaszyńskim w roli głównej oglądało niewiele ponad 2 milony widzów.
Nas interesuje w "Londyńczykach" pionierskie rozwiązanie: w serialu, granym w części po angielsku, nie ma lektora, tylko napisy. O to od wielu miesięcy walczą DZIENNIK i dziennik.pl.
p
Od początku twierdziliśmy, że za wszelką cenę trzeba zachować oryginalną wersję językową. Sam bardzo naciskałem, żeby ten pomysł przeforsować. Lektor zabija
film.
Przez niego nie słychać ścieżki dźwiękowej, dialogów. A przecież często nie jest tak ważne, co mówią bohaterowie, ale to w jaki sposób to robią, jaki mają ton głosu. Nie mówiąc już o muzyce.
Jak zawsze z takimi nowatorskimi projektami opory były, ale jak pokazaliśmy gotowe nagranie pierwszego odcinka z napisami udało nam się przekonać przedstawicieli TVP.
Pomysł podchwyciła producentka i udało się przekonać szefostwo. Choć oczywiście na początku tłumaczenia były takie, że widz tego nie przyjmie, bo jest leniwy, przyzwyczajony do lektora i nie chce mu sie czytać.
To w dużej mierze zasługa tematu młodej emigracji, który trafia do bardzo wielu grup odbiorców. "Londyńczyków" oglądają zarówno młodzi ludzie, którzy byli na Wyspach lub
mają tam znajomych, jak i starsi, np. rodzice, których dzieci wyemigrowały. Niestety wydaje mi się, że telewizja zgodziła się na napisy tylko dlatego, że główni bohaterowie rozmawiają po
polsku, angielskie dialogi wypełniają tylko część filmu, dość dużą, ale jednak. Gdyby "Jedynka" miała wyświetlać anglojęzyczną produkcję w oryginalnej wersji, to
pewnie decyzja byłaby zgoła inna. Nadawcom zależy przede wszystkim na oglądalności, a ta niestety w przypadku emitowania filmów w oryginalnej wersji mogłaby być niższa, bo nasz widz nie jest
przyzwyczajony do czytania.
Oczywiście. Ale uważam, że ta sprawą odgórnie powinno zająć się Ministerstwo Kultury. Napisy powinny zostać telewizjom narzucone, bo inaczej nic sie nie zmieni. A to przecież nie tylko
kwestia estetyki ale kultorowych i cywilizacyjnych wyzwań. Wystarczy spojrzeć na kraje skandynawskie. Dzięki temu, że w telewizji puszczane są filmy w oryginalnej wersji językowej znajomość
angielskiego jest tam na bardzo wysokim poziomie. Polska o takich wynikach na razie może tylko pomarzyć. Tylko czy znajdzie się ktoś odważny, kto się tego podejmie?