Przypomnijmy: Rokitę wyrzucono z samolotu z Monachium do Krakowa dlatego, że próbował umieścić swój płaszcz w klasie biznes. Sytuacja prof. Krakowskiego była jeszcze bardziej komiczna: dwa lata temu wyprowadzono go z samolotu, bo chciał przeczytać gazetę.
PROF. JĘDRZEJ KRAKOWSKI: Moja jest bardziej absurdalna. W 2007 roku policja wyprowadziła mnie we Frankfurcie z samolotu Lufthansy, bo chciałem... przeczytać gazetę.
No tak gazetę. Wracałem z Lizbony do Katowic i we Frankfurcie miałem przesiadkę. Siedziałem w pierwszym rzędzie klasy ekonomicznej i zobaczyłem, że steward proponuje trzem czy czterem
pasażerom klasy biznes polskie gazety. Nikt ich jednak nie brał, bo w klasie biznes siedzieli sami Niemcy.
Skądże. Poprosiłem stewarda i zapytałem, czy mógłby mi podać gazetę, ale usłyszałem, że są "nur für Business". No więc mówię, że przecież nikt ich nie czyta, jest
niedziela wieczór, a jutro te gazety będą makulaturą. Usłyszałem mniej więcej tyle, że "verboten ist verboten" - zabronione to zabronione. I ta
"makulatura" jakoś strasznie człowieka zdenerwowała.
Nie. Bo przyszedł kapitan i pyta, o co chodzi. Więc mu opowiadam o gazecie i o tym, że jego podwładny mógłby być bardziej miły dla podróżnych. Stanął jednak po stronie stewarda, więc
powtórzyłem to o makulaturze i spytałem, dlaczego w klasie ekonomicznej nie ma polskich gazet. I tu odezwali się rodacy. Jak powiedziałem to o polskich gazetach, przednia część klasy
ekonomicznej zaczęła mi bić brawo.
Istotnie, Niemiec poczuł się dotknięty. Poczerwieniał, mruknął coś i poszedł do siebie. Samolot wciąż stał na pasie i wciąż był otwarty rękaw. Po kilkunastu minutach pojawiło się
dwóch policjantów. Poprosili mnie o opuszczenie pokładu. Po chwili wyglądali na nieco zagubionych: spodziewali się pewnie pijanego pasażera, a nie grzecznego, eleganckiego, starszego pana.
Skąd. Zażądałem spotkania z przedstawicielem Lufthansy. Przyszedł, więc policjanci zasalutowali i sobie poszli. Trzeba przyznać, że menedżer był kulturalnym człowiekiem. Przyjął moje
wyjaśnienia, polecił wystawić mi bilet na poranny lot, dał mi voucher na 5-gwiazdkowy hotel i wyraził ubolewanie. To był jedyny miły moment w całej tej żenującej historii.
Raczej jeden człowiek był w porządku. Potem, gdy odbierałem w kasie bilet i voucher, próbowano mnie jeszcze raz ustawiać do pionu. Powiedziano mi na lotnisku, że tym razem mi się upiekło i
że następnym razem dostanę zakaz latania Lufthansą. Nie przywykłem do takiego traktowania przez linie lotnicze.
Tylko dlatego, że trafiłem na przyzwoitych policjantów. Obaj padliśmy ofiarą niemieckiej mentalności. To takie połączenie skrupulatności, znanego wszystkim "Ordnung muss
sein" i co tu mówić - sporej dawki niechęci wobec Polaków.
Tak, nawet bardzo. Podobnie jak komentarze, że Rokita jest sam sobie winien. To taki przejaw polskich kompleksów wobec Niemców - przekonania, że jak Niemcy coś robią, to tak musi być.
Tymczasem już moja historia pokazuje, że oni wciąż mają swoje chore fobie.
Prof. Jędrzej Krakowski, europeista, były ambasador RP w Korei Południowej (1990-1994), przez dziewięć lat dyrektor Ośrodka Studiów Europejskich Uniwersytetu Śląskiego, działacz pierwszej "Solidarności", internowany w czasie stanu wojennego.