Stania w kolejkach unikałam jak ognia, bo wydawało mi się wyjątkowo upokarzającym doświadczeniem. Dlatego żywiłam moje biedne dzieci głównie serkiem topionym i musztardą. Ale czasem nie
było innego wyjścia, szczególnie w okresie przedświątecznym. Wyjątkowo dobrze zapamiętałam jedną kolejkę przed Orbisem. W latach 50., żeby kupić bilet na pociąg, przy kasach na dworcu
stało się nawet kilka dni. Wybierałam się na Boże Narodzenie do kuzynki do Cieszyna. Wczesnym rankiem, kilka godzin przed otwarciem, udałam się więc do warszawskiego Orbisu, który także
sprzedawał bilety. Liczyłam, że uda mi się wszystko znacznie szybciej załatwić. Niestety na podobny pomysł wpadło kilkaset innych osób. Ustawiłam się więc w szeregu i czekałam na
otwarcie jeszcze okratowanego punktu. Kilka minut przed godziną zero kratę odrobinę uchylono, wtedy znajdujący się najbliżej wejścia zaczęli na czworakach przeciskać się do środka. Jeden z
mężczyzn został wyprowadzony za fraki. Ochrona zaczęła apelować, abyśmy się odsunęli i wpuścili kasjerkę, bo jeśli ona nie dostanie się do biura, to nikt nam niczego nie sprzeda. Stałam
tam pół dnia, ale zdobyłam upragnione bilety. Jakoś trzeba było sobie ten czas umilać, więc opowiadaliśmy sobie dowcipy. Do tej pory pamiętam kolejkowe żarty. Na pytanie: "Stoi
pani za mięsem?", odpowiadało się: "Nie, za tamtą panią". Gdy ktoś podszedł i spytał: "Jest pan ostatni?", mówiło się: "Są gorsi ode
mnie", a gdy ktoś pytał: "Stoi pani na końcu?", żartowało się: "Nie, na nogach".
Pamiętam, jak stałam po meble kuchenne. Mieszkaliśmy w Poznaniu i dostaliśmy cynk, że do sklepu meblowego przy ulicy Głogowej przyjedzie towar. Nie wahaliśmy się z mężem ani chwili,
brakowało nam mebli kuchennych, a to była szansa na spełnienie naszych marzeń. Kolejka trwała trzy dni i trzy noce. Bardzo pilnowaliśmy w niej porządku. Było jasne, że nie możemy oddalić
się sprzed sklepu ani na moment. Zamienialiśmy się, żeby jedno mogło przespać się w domu. Siedzieliśmy na krzesełkach, które zapewniał komitet kolejkowy. Kiedy dostaliśmy meble, byliśmy
naprawdę szczęśliwi. Uważaliśmy, że wygraliśmy los na loterii. Meble były ohydne.
Była wiosna 1981 r. Studiowałem na Uniwersytecie Warszawskim. Podczas nocnej gry w pokera wygrałem 5 tys. zł. Prawie dwie miesięczne pensje mojej mamy nauczycielki. Wracałem nad ranem do
akademika. Przechodząc obok pustych wystaw, wymyślałem, na co mógłbym wydać pieniądze. Przed sklepem Moda Polska natknąłem się na kolejkę. Na czele stała kobieta z zeszytem w ręku.
Prowadziła zapisy. "Co dziś będzie?" – spytałem ją. "Nie wiadomo, ale o 9 ma być dostawa" – odpowiedziała. Postanowiłem zostać.
Zapisałem się na listę. Do czasu otwarcia sklepu kolejka rozrosła się do 200 osób. Kiedy drzwi się otworzyły, obsługa wpuściła pierwszą dwudziestkę. Ja wszedłem w następnej turze.
Rzucili garnitury, jesionki (grube płaszcze na jesień) i koszule. Prawie wszystko za obszerne dla mnie. Pasował tylko jeden garnitur, szary, w jodełkę. Kosztował mnie ponad tysiąc złotych.
Kupiłem. Założyłem go chyba raz. Wyglądałem w tej jodełce jak dureń.
Kiedyś 3 dni i 3 noce stałem w kolejce, żeby kupić 10 m płytek do łazienki. Wśród tłumu tworzyły się gangi, jedni sprzedawali po wyższej cenie to, co udało im się nabyć, inni to
kupowali. Żeby wystać w kolejce, musiałem wziąć urlop w pracy. W końcu udało mi się kupić okropne różowe płytki w kwiatki. Jednak wtedy bardzo się z nich cieszyłem. W PRL trzeba było
tak robić, żeby jakoś żyć. Na 1 Maja rzucali kawę i wędliny. Kiedyś udało mi się kupić 1,20 kg szynki, a żona nie mogła uwierzyć własnym oczom. A kiedyś wracałem z córką z
przedszkola i natknęliśmy się na kolejkę po mandarynki. Moja córeczka zapytała: "Tato, a co to są mandarynki?". Nogi się pode mną ugięły. Ustawiłem się natychmiast w
kolejce i stałem dwie godziny, żeby moje dziecko mogło spróbować mandarynek.