p

Alain Besancon*

Sytuacja Kościoła katolickiego

Joseph Ratzinger urodził się w pobożnej Bawarii. Rewolucję nazistowską obserwował jedynie przez pryzmat chaosu dwóch ostatnich lat wojny. Zgodnie z konkordatem - ten jego punkt był respektowany - jako seminarzysta nie służył na froncie, a jedynie w oddziałach obrony cywilnej. Z jego autobiografii wynika, że raczej nie dostrzegał jeszcze w tamtych latach istoty nowoczesnego totalitaryzmu, a jedynie absolutny horror charakterystyczny dla tego systemu. Zrozumiał jego istotę w roku 1968 i latach następnych, gdy jako dziekan wydziału teologii uniwersytetu w Tybindze miał do czynienia z rewolucyjnymi ideologami Frakcji Czerwonej Armii. Ideologiczne formacje takie jak nazizm czy komunizm rozumie się od razu albo nie rozumie się ich wcale - wystarczy tu intuicja dotycząca jednej komórki ich organizmu. Ratzinger zyskał ją w 1968 roku.

Nowy papież

Przez papieża Pawła VI został mianowany arcybiskupem Monachium, ale zajmował to stanowisko jedynie przez pięć lat. Ma zatem dość krótkie doświadczenie pastoralne. W 1981 roku Jan Paweł II mianował go z kolei prefektem Kongregacji Doktryny Wiary, którą niegdyś nazywano Świętym Oficjum. Jest wielką zasługą poprzedniego papieża, że powołał na takie stanowisko człowieka, o którym wiedział, że jest lepiej intelektualnie przygotowany - choć sam też był intelektualistą. To w zasadzie rzadkość, by wybitne osobistości były w stanie tolerować wokół siebie innych równych sobie ludzi. Wojtyła kształcił się w Polsce w sposób dość chaotyczny i w znacznie gorszych warunkach. Ratzinger zaś był prawdziwym uczonym, na którym papież mógł polegać w każdej sytuacji. To przełomowy moment pontyfikatu. Pierwsze teksty Jana Pawła II, zwłaszcza jego przemówienie w UNESCO, zasiały we mnie pewien niepokój. Od momentu przyjścia Ratzingera nie ma już śladu tych niejasności. Obaj różnili się od siebie, ale potrafili zachować przyjaźń we wspólnej pracy, intelektualne zaufanie aż do końca.

Wbrew temu, co się często sądzi, Ratzinger nie jest w żadnym razie triumfalistą. Wręcz przeciwnie - ma nadzwyczaj trzeźwy, choć nie zabarwiony rozpaczą sposób widzenia dzisiejszej sytuacji Kościoła. Nie wiadomo, czy Jan Paweł II mimo swej tak łatwo udzielającej się odwagi nie miał czasami podobnych myśli. To, że nie żywi żadnych iluzji, Ratzinger przypomniał przed i tuż po swoim wyborze: sprawy Kościoła idą źle, jest on w bardzo złym stanie.

Reklama

Na czym więc się oprzeć? Na prawdzie. Ratzinger jest przekonany, że nawet tonąc Kościół zachowuje skarb, który stanowią jego dogmaty definiowane i redefiniowane przez teologiczną refleksję na przestrzeni wieków. Jako teolog katolicki, kardynał i papież zrównuje te dogmaty z prawdą jako taką, przynajmniej z jej najbardziej istotną częścią. Dostrzegał wyraźnie marksistowsko-leninowską inwazję teologii wyzwolenia i robił wszystko, by zahamować szkody, jakie czyniła ona w Ameryce Łacińskiej. Jeśli chodzi o obyczaje, omawiał wiele kwestii wymagających bacznej uwagi. Jest przywiązany do idei celibatu księży świeckich - o czym przypomniał wkrótce po swoim wyborze na papieża. Co do znacznie poważniejszej kwestii wyświęcania kobiet, wchodzi tu w grę teologia fundamentalna - w pełni jasnej idei tej teologii wciąż brak. Dotyka ona najgłębszej warstwy relacji między kobietą i mężczyzną, począwszy od stworzenia. Jeszcze przez długi czas nie należy oczekiwać w tej materii żadnych spektakularnych gestów.

Odziedziczone problemy

O swoim stosunku do luteranów Ratzinger pisał wielokrotnie. Zawsze przemawia z punktu widzenia prawdy. Nie pozwala sobie na żaden ekumeniczny sentymentalizm, poszukuje tego, w co właściwie wierzymy. Nie przeszkadzało mu to jednak kontynuować dialogu, by wypracować bardzo ważny tekst porozumienia podpisany w Augsburgu w 1999 roku. Bez względu na to, jak będzie wyglądała sytuacja w przyszłości, tego rodzaju dyskusje są cenne o tyle, że po jednej i drugiej stronie następuje ożywienie i mobilizacja myśli teologicznej. A przecież zarówno w obozie katolickim, jak i protestanckim, gdzie niegdyś do dyskusji stawało tylu wspaniałych zawodników, brak teraz wielkich nazwisk. Sama idea sporu teologicznego wydaje się zanikać za sprawą obojętności, zapoznania sensu i ignorancji. Dyskusje są wygładzone, wzajemny szacunek jest czymś oczywistym. Teologiczna, a zwłaszcza eklezjologiczna różnica zdań pozostaje w mocy.

Kościół katolicki gotów jest zrobić niemal wszystko, by połączyć się ze światem prawosławia - tak bardzo cierpi z powodu tego, że dwa Kościoły oddzielone są od siebie mimo tej samej wiary. Jan Paweł II zrobił naprawdę wszystko, co mógł. Bardzo życzliwie określał prawosławie jako "jedno z dwóch płuc" Kościoła, choć tak naprawdę cierpi ono na wyjątkowo ciężką rozedmę. Stało się nie tylko narzędziem państwa rosyjskiego, którym było od zawsze (nawet za Stalina), ale wręcz jednym z najważniejszych trybów w jego machinie. Kremlowscy dygnitarze paradują z wielkimi krzyżami pod ubraniem i pokazują je przy każdej okazji, chadzają też na wszystkie procesje. Maluje się nawet ikony Putina. Mówi się już nie tyle o prawosławiu, co o "prawosławizmie" - jak mówiono kiedyś o leninizmie. W niektórych tekstach Moskwa uznaje samą siebie nie tylko za Trzeci Rzym, ale za jedyne Jeruzalem, a Rosję za jedyne państwo naprawdę chrześcijańskie. Żąda od Watykanu, by ten własnymi rękami zdusił ostatecznie Kościół unicki, który car Mikołaj I i Stalin represjonowali już wcześniej, ale który wciąż trwa na Ukrainie, mając ponad 5 milionów wiernych. Watykan nie może oczywiście ulec naciskom, niemniej wciąż wstrzymuje się przed mianowaniem patriarchą kardynała arcybiskupa Lwowa, czego domagają się unici.

Świat żydowski przyjął dobrze - i miał wszelkie powody, by tak zrobić - wyniesienie kardynała Ratzingera na Tron Piotrowy. Wie dobrze, czego Ratzinger dokonał, wspólnie z papieżem podejmując ważne kroki na drodze ku pojednaniu. Na razie nie widać żadnego przedmiotu sporu. Nowy papież świętował w rzymskiej synagodze 40. rocznicę encykliki "Nostra aetate", koncyliacyjnego dokumentu, który uchylił pewną liczbę fałszywych koncepcji dotyczących judaizmu.

Najważniejszym przeciwnikiem Benedykta, jego be?te noire jest relatywizm. Zwalcza on szerzenie się tego zjawiska w Kościele. Dziś to przede wszystkim świat chrześcijański uznaje, że - ogólnie rzecz biorąc - wszystkie religie są sobie równe, uzupełniają się nawzajem, a każdy może brać to, co chce, skąd tylko chce. Ratzinger jest przekonany, że prawda ma gdzieś swoje miejsce, że jest jedna, a w pełni zawiera ją jedynie nauczanie Kościoła katolickiego. Co do dialogu między religiami - myślę tu o spotkaniach w Asyżu - tego typu inicjatyw raczej nie należy się po nim spodziewać.

Nowe wyzwania

Można powiedzieć, że horyzont sześciu poprzednich pontyfikatów - począwszy od Piusa XI - wyznaczało widmo ideologicznych totalitaryzmów: faszyzmu i komunizmu. Były one nie tylko zagrożeniem zewnętrznym, ale także pokusą dla Kościoła. Od mniej więcej 15 lat ten horyzont odsunął się, pozostawiając jednak miejsce dla nowych wyzwań, do których podjęcia Kościół jest słabo przygotowany. Słabo, ponieważ te wyzwania zaskoczyły go, a wyrzeczenia, do których zmuszał straszliwy wiek XX, wyrobiły w nim pewien zasób przyzwyczajeń, które nie pasują do dzisiejszej sytuacji i osłabiają jego zdolność stawienia czoła wyzwaniom XXI wieku.

Pierwszym z tych wyzwań jest islam. Sto lat temu świat zachodni postrzegał tę religię jako relikt przeszłości, archaiczny ornament, który może się albo stopniowo rozpaść, albo wegetować w swym wielowiekowym bezruchu. Dziś islam ma więcej wiernych niż Kościół katolicki. Jest religią zdobywczą, prozelicką, tłumi chrześcijaństwo w Afryce i wygasza stopniowo ostatnie jego ogniska na Bliskim Wschodzie. Zdobywa wciąż nowe przyczółki w Europie - na całym Zachodzie mnożą się meczety i miejsca modlitwy.

W kwestii islamu w Kościele dominuje postawa niezdecydowania wynikająca przede wszystkim z głębokiej ignorancji kleru - nawet osoby z najwyższych pięter hierarchii nie wiedzą za dobrze, czym jest islam i nie zadały sobie dotychczas trudu, by się tego dowiedzieć. Niemniej Rzym staje przed dylematem i musi wybrać między dwoma sposobami postrzegania całego problemu. Pierwszy z nich polega na odrzuceniu konfliktu, na zaprzeczaniu, że on w ogóle istnieje. Dobrze streszczają go takie wyrażenia jak: "trzy religie objawione", "trzy religie wywodzące się od Abrahama" albo wreszcie "trzy religie Księgi". Dwa pierwsze wyrażenia okazują się fałszywe przy najbardziej choćby powierzchownej analizie teologicznej czy egzegetycznej. Ostatnie opiera się zaś na pospolitym nonsensie. Oznacza ono tylko tyle, że w obrębie prawa muzułmańskiego można wystąpić o przyznanie statusu "dhimmi" (cudzoziemca, innowiercy), kiedy jest się żydem, chrześcijaninem albo zoroastrianinem. Nie oznacza natomiast, że muzułmanie na równi z chrześcijanami wyrażają cześć dla Biblii. Mimo to owe trzy określenia są na co dzień używane w katolickich kazaniach czy konfesyjnych czasopismach i wydają się niemożliwe do wyrugowania - tak bardzo rozpowszechnił się duch synkretyzmu. To zjawisko groźne, ponieważ - jak poucza nas historia - kiedy Kościół nie wie już, w co wierzy i nie dostrzega różnicy między sobą samym a islamem, staje się muzułmański, nawet tego nie zauważając. Drugi, odmienny sposób postrzegania problemu polegałby na szczerym i nieodwołalnym zaliczeniu islamu do religii niechrześcijańskich, do - jak mówiono jeszcze sto lat temu w Kościele - pogaństwa. Nie ma niczego hańbiącego w byciu poganinem! Byłby to koniec "trójkąta" chrześcijaństwo-judaizm-islam. Taki trójkąt jest możliwy do wyobrażenia w judaizmie i - z innych powodów - także w islamie, ale nie w chrześcijaństwie dostrzegającym nierozłączną więź pokrewieństwa z judaizmem, która jednak nie istnieje w przypadku islamu. Tego rodzaju trójkątna struktura funkcjonuje wyłącznie za sprawą słabości chrześcijańskiego wykształcenia. Szkodzi stosunkom z żydami, nie pomagając bynajmniej relacjom z islamem. Niszczy też samą ideę chrześcijaństwa.

Drugim wyzwaniem jest fala protestantyzmu przybierającego nowe formy. Określa się je dziś mianem ewangelikanizmu. Pewne cechy tej nowej religijności mogą dać sporo do myślenia światu katolickiemu. "Jeden, święty, powszechny i apostolski" - takie są "wyznaczniki" Kościoła katolickiego. Uczuciowy, nie-dogmatyczny, moralizatorski, demokratyczny, obywatelski - takie mogłyby być natomiast wyznaczniki ewangelikanizmu. Tradycyjnego katolika najbardziej zadziwia w tym wszystkim zdolność samodzielnego stwarzania własnej wiary, pociągająca za sobą skłonność do rozłamów i nieustannego dzielenia się Kościołów i "kultów", które powstają niemal z tygodnia na tydzień. Zadziwia go też obojętność wobec teologii dogmatycznej i intelektualne ubóstwo religijnego przekazu, jak również elastyczność wyboru, która sprawia, że dowolnie zmieniamy wyznanie, bo bardziej podoba nam się pastor, jego "program" albo po prostu zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Zadziwia go wreszcie wąskie skupienie się na Biblii, fundamentalizm, wątki millenarystyczne.

Byłoby jednak wielkim błędem patrzenie na ewangelikanów z góry. Zachowali oni z pierwotnego protestantyzmu bardzo silne poczucie bezpośredniej, osobistej relacji z Bogiem, posłuchu dawanego Jego słowu w postaci przekazywanej przez Biblię, ważności życia moralnego, posłuszeństwa przykazaniom. Mają też silne poczucie grzechu, pierworodnego i faktycznie czynionego, wierzą w zbawienie za sprawą Jezusa Chrystusa i w przemianę życia, która jest jego wynikiem, odczuwają zobowiązanie do czynienia dobra i wyznawania wiary. We wszystkich tych punktach łapią, by tak rzec, europejskich katolików na gorącym uczynku: na braku zaangażowania, słabości, niekiedy apostazji.

Misje ewangelikanów wyruszyły na podbój świata. Ich skuteczność działania jest porażająca. Misjonarze ewangelikalni będący spadkobiercami protestanckiego radykalizmu nie działają tak jak katolicy, którzy pozwalali przetrwać wielu zwyczajom pogańskim, zwłaszcza wśród amerykańskich Indian - chrystianizując je tylko z wolna. Ku rozpaczy etnologów w Ameryce Łacińskiej Indianie porzucają za jednym zamachem swoje synkretyczne zwyczaje i śpiewają chórem hymny świeżo przetłumaczone z angielskiego. Fundamentalizm odczytuje Biblię tak jak islam odczytuje Koran: to dwa nieomylne teksty zesłane z nieba. Chrześcijaństwo w tej formie przedstawia strukturę izomorficzną względem islamu, a to sprzyja konwersji - dlatego misje ewangelikanów po raz pierwszy w historii misji chrześcijańskich odnoszą w świecie islamu godne uwagi sukcesy.

Ewangelikanizm nie rozwijałby się tak szybko, gdyby nie był związany z obrazem i prestiżem Ameryki. To ona jest słońcem przyświecającym konwersjom. Przyjmujemy nie tylko wiarę w Boga chrześcijańskiego, ale także wiarę w kulturę dominującą w Stanach Zjednoczonych (na którą zresztą nawróciliśmy się w naszym sercu już dawno temu). Nowy zielonoświątkowiec w Afryce czy nowy baptysta w Salwadorze otrzymuje jej stempel i dostępuje, by tak rzec, społecznego awansu, dostaje pierwszy wirtualny jeszcze paszport do amerykańskiej ziemi obiecanej, gdzie tak trudno się dostać.

Spóźnione dostrzeżenie problemu

Jakie okoliczności sprawiły, że Kościół katolicki tak późno zdał sobie sprawę z tych dwóch wyzwań - o ile w ogóle zdał sobie z nich sprawę (co nie jest takie pewne)? Wyróżniłbym dwie najważniejsze przyczyny: zwrot "humanitarny" pod naciskiem komunizmu oraz oddziaływanie ogólnej ewolucji społeczeństwa demokratycznego od czasu wydarzeń '68 roku. Inaczej mówiąc: religia humanitarna i religia demokratyczna.

Wspomniałem, że ostatnie sześć pontyfikatów wspierało podstawowy wysiłek przeciwstawiania się dwóm śmiertelnym ideologicznym epidemiom, które zaraziły świat. Nie można powiedzieć, by nazizm zagroził duszy Kościoła. Tylko w niewielkim stopniu została ona skażona wpływami nazistowskimi. Inaczej sprawa się miała z komunizmem, który trwał dłużej i był zjawiskiem bardziej uniwersalnym. Kościół katolicki o tyle, o ile pozostawał poza zasięgiem jego ataku, stawiał opór i głosem najwyższego zwierzchnika wypowiedział słowa potępienia. Bez wątpienia encyklika "Divini Redemptoris" z 1938 roku nie wyczerpuje tematu, ale w tamtym czasie żaden z przywódców świata nie opublikował tak mocnego tekstu. Demaskuje on najbardziej niebezpieczną cechę komunizmu: fałszowanie dobra.

Jednak po 1945 roku europejski Kościół znalazł się w niebezpieczeństwie. Część wiernych pozostała pod panowaniem komunizmu, a ten ostatni stał się na tyle silny, by rzucać oskarżenia pod adresem Kościoła: o sprzyjanie reżimom nazistowskim, faszystowskim, autorytarnym, akceptowanie "kapitalistycznego" porządku świata itd. Kościół (mam tu na myśli jedynie część kleru) przyjął jako częściowo prawdziwy opis rzeczywistości, który proponowała ideologia komunistyczna. Dychotomia kapitalizmu/socjalizmu przedostała się do kościelnego dyskursu. Księża i zakonnicy próbowali prowadzić "dialog" z ideologami, a kościelni propagandyści usiłowali wydobyć z ich drewnianego języka jakąś wspólną humanistyczną "treść". Gotowi byli podziwiać ich działania, program, a nawet myślenie pod warunkiem, że wyrzekną się ateizmu. Taki był fundament teologii wyzwolenia.

Komunizm upadł, pozostawiając za sobą ruiny. Kościół nie wyraża jednak skruchy z powodu paktowania z nim, ponieważ, nie zrozumiawszy go zbyt dobrze, nie dostrzega wyraźnie, za co miałby się kajać. A jednak nie może uniknąć rachunku sumienia, który pozwoliłby zrozumieć, jak to się stało, że wodziła go na pokuszenie perwersyjna imitacja jego samego. Podjęcie i rozważenie tej kwestii byłoby użyteczne z punktu widzenia nowych wyzwań obecnego wieku.

Pokusę komunizmu przygotowała religijność humanitarna. Od początku XIX wieku pojawia się - w obrębie lub obok chrześcijaństwa - nurt humanitarny, który pragnie zająć się wszelkimi odmianami społecznego nieszczęścia. Stygmatyzuje on Kościół hierarchiczny jako wspólnika możnych tego świata. Przedstawia się jako w praktyce bardziej chrześcijański niż samo chrześcijaństwo, jako bardziej oddany biednym i pokrzywdzonym. Jest matrycą pierwszego socjalizmu francuskiego i angielskiego.

Racjonalny polityczny element tego chrześcijańskiego humanitaryzmu został spożytkowany przy tworzeniu rządów i formowaniu się ducha socjaldemokratycznego, który nie miał w sobie nic z utopii. Chrześcijańska demokracja we Włoszech, Niemczech, Francji czy Belgii skonsolidowała ustrój demokratyczny i przyczyniła się do wejścia Europy w nowoczesność. Inna frakcja w Kościele poszła jednak dalej. Kiedy państwo opiekuńcze przejęło dużą część dawnego programu humanitaryzmu, trzeba było ów program rozszerzyć i poszukiwać choćby na końcu świata kolejnych nisz ubóstwa. Gorzej, że analiza ekonomiczna i społeczna, która leżała u podstaw tych działań, była często zamknięta w teoretycznych ramach marksizmu, a więc fałszywa. W ten sposób w prasie i wielu ruchach katolickich rozwinęła się cała mitologia klasy robotniczej wyzyskiwanej i "utraconej przez Kościół z jego własnej winy". Proponowano programy, które w razie ich realizacji wyrządziłyby nieodwracalne szkody. Największa była jednak szkoda wyrządzona rozumowi - humanitarna fala o marksistowskim zabarwieniu rezygnowała z precyzyjnej analizy rzeczywistości. "Otwarcie na świat" zostało zaprzepaszczone za sprawą ślepoty niepozwalającej dostrzec rzeczywistych procesów rozwoju dokonujących się w tym świecie.

Religia demokratyczna

Demokracja nie zawsze była religią. Była politycznym ustrojem, z którym Kościół miał problem przez cały wiek XIX. Oto jednak nagle w 1968 roku demokracja wyszła poza granice obszaru polityki. Oznaczało to rewolucję równie ważną - a może nawet ważniejszą - niż w 1789 roku. Efekty wyjścia zasady demokratycznej poza jej pierwotną domenę były spektakularne. To zanik autorytetu, uprawomocnienie wszystkich opinii bez względu na ich treść, pozbawienie wspólnych reguł moralnych właściwej im rangi - a w konsekwencji uogólniony relatywizm. Demokracja nabiera barw religijnych, gdy chodzi o wymazanie wszelkich różnic między ludźmi: między kobietą i mężczyzną, osobami hetero- i homoseksualnymi, obywatelem i imigrantem, mistrzem i uczniem itd.

Konsekwencje rewolucji '68 dla Kościoła są ogromne i wciąż odczuwalne. Na styku humanitaryzmu socjalistycznego i humanitaryzmu demokratycznego humanitaryzm chrześcijański nabrał jeszcze większej gwałtowności. Wygenerował postaci w rodzaju ojca Pierre'a, których popularność dorównuje popularności Zidane'a. Ich przyprawiająca o konsternację demagogia, zawstydzające kabotyństwo czy teologiczne fantazjowanie nie szokują bynajmniej katolickiej publiczności, która uważa ich za ikony prawdziwej miłości bliźniego. To oni są "świętymi" humanitarnej demokracji.

Pojęcie grzechu straciło swoją ostrość. W codziennym języku unika się nawet tego słowa, zastępując je omownymi wyrażeniami w rodzaju "braku miłości". Nie dostrzega się już zbyt dobrze, od czego właściwie Chrystus przyszedł zbawić ludzi. To poczucie grzeszności i zbawienia tak silne u ewangelikanów uległo osobliwemu rozrzedzeniu w świecie katolickim, zwłaszcza w katechezie. Dzieci nie rozumieją już, dlaczego należy być chrześcijaninem, skoro sprawy mają się równie dobrze w przypadku muzułmanów, buddystów i tych, którzy nie wierzą już w nic. Stąd wynika relatywistyczne przekonanie, że wszystkie religie są warte tyle samo, że w każdej z nich można sobie zapewnić zbawienie.

Kościół katolicki czy raczej jego przedstawiciele mogą do woli przyswajać humanitaryzm, akceptować nowy ustrój demokratyczny, poszukiwać punktów stycznych z duchem '68 - wszystko na nic: wydaje się, że Kościół jest bardziej znienawidzony niż kiedykolwiek wcześniej. Dwa poprzednie stulecia były czasem rozwoju ostrego antyklerykalizmu, jednak ludzie żyli wtedy przynajmniej w oparciu o pewne wspólne moralne pryncypia, które miały związek z tym, czego nauczał Kościół. Ale te pryncypia przestały już być wspólne, ponieważ nowy etap rewolucji demokratycznej czyni je kwestią indywidualnego wyboru. Są jedynie preferencjami. Stąd również chrześcijaństwo en bloc może być darzone niechęcią.

Padają coraz ostrzejsze oskarżenia dotyczące przeszłych dziejów Kościoła - przywołuje się Galileusza czy inkwizycję - a akty skruchy nic nie dają. Jest jeszcze niewolnictwo (którego jednak papieże nigdy formalnie nie zaakceptowali) i bardziej gwałtowne niż kiedykolwiek obarczanie winą za Shoah. Oskarżenia cofają się coraz dalej w przeszłość - osądzany jest już nie tylko Kościół, ale całe chrześcijaństwo, począwszy od swych założycielskich tekstów. Wróciliśmy oto do początku czasów, kiedy chrześcijanie wraz z żydami oskarżani byli o "odium humani generis". Przez długi czas pogardzano religią chrześcijańską w imię rozumu i nauki. Dziś oburza ona ze względów moralnych.

Jak reaguje Kościół na tę powódź nienawiści i pogardy? W wielu przypadkach, zwłaszcza we Francji, wybiera postawę, która polega na zaprzeczaniu, iż ma się wrogów. Takie zaprzeczenie oznacza odwracanie się plecami do rzeczywistości. Oznacza także fałszowanie moralności, bo nie można wybaczyć wrogom, jeśli wcześniej nie zostaną oni rozpoznani i nazwani. To także zdrada własnych przyjaciół i reakcja strusia, który bojąc się wkłada głowę w piasek. Jest ona zgodna z najbardziej obłędną wersją religii humanitarnej i najbardziej uogólnioną wersją religii demokratycznej. Jedno słowo doskonale opisuje to wszystko: słowo "miłość" powtarzane i odmieniane do znudzenia, używane we wszystkich możliwych konfiguracjach i doszczętnie sprostytuowane.

Rozpad katolicyzmu?

Dogmatyczna jedność Kościoła, jedność liturgii i autorytet Rzymu legły w gruzach. Ten upadek można mierzyć statystycznie. W ciągu mniej więcej 40 lat liczba praktykujących zmniejszyła się we Francji o trzy czwarte; analogiczne krzywe we Włoszech, Hiszpanii, Polsce, a nawet Stanach Zjednoczonych z mniejszym lub większym opóźnieniem zmierzają w tym samym kierunku. Liczba księży zmniejsza się w jeszcze szybszym tempie. Około setki powołań we Francji - wobec niemal tysiąca zaraz po wojnie. W USA liczba seminarzystów spadła z 48 tys. w 1965 roku do 5 tys. dziś. Liczba zakonnic zmniejszyła się w tym samym czasie o 50 proc. Jedna czwarta imigrantów z Ameryki Łacińskiej, którzy pierwotnie byli katolikami, przeszła na protestantyzm.

W większości krajów europejskich chrześcijanie (nie mówię tylko o katolikach) stanowią coraz bardziej ograniczoną mniejszość. Zdali sobie już z tego sprawę i pogodzili się z tym. Czy wiedzą przynajmniej, w co wierzą? Sondaże wskazują na ogromną niepewność w kwestii najbardziej fundamentalnych dogmatów jak zmartwychwstanie Chrystusa czy życie wieczne. Młode pokolenie nie wie już zbyt wiele na temat religii. Nawet jeśli było katechizowane, i to dobrze katechizowane - co jest rzadkością - podstawowe pojęcia są już w jego świadomości nieobecne. Z pewnością winą za to nie należy obarczać jedynie katechetów, lecz raczej ewolucję demokracji czy bardziej ogólnie ewolucję rozwiniętych społeczeństw nowoczesnych.

Istnieje w Kościele stary i ważny nurt, który uznaje, że posiadł lekarstwo na kryzys. Za czas jego narodzin można uznać epokę modernizmu końca XIX wieku. Dzisiejszy, nowy modernizm postuluje zlikwidowanie ogromnego rozdźwięku między Kościołem i normami rządzącymi współczesnym społeczeństwem. Wywiera presję, która jest presją samego społeczeństwa. Pragnie, by Kościół pozbył się niepotrzebnego ciężaru zmurszałych dogmatów, norm etycznych, które już nie zyskują uznania. Interpretuje na przykład zmartwychwstanie Chrystusa jako li tylko sposób mówienia jego uczniów, który oznaczał, że "przesłanie" przez niego pozostawione ma charakter wieczny. Pragnie przekonać wszystkich, że grzech pierworodny jest mitem wymyślonym przez św. Pawła i św. Augustyna, dwóch neurotyków, którzy na całe stulecia uczynili łacińskie chrześcijaństwo chorym; że rozwód i aborcja są dopuszczalne - a w każdym razie, że rozwiedzeni mogą ponownie zawierać związki i przystępować do komunii; że kobiety mogą być dopuszczane do kapłaństwa. Te tezy wyglądają wiarygodnie, po ludzku, mają w sobie szlachetność i pobłażliwą łagodność charakterystyczną dla naszych demokratycznych ustrojów. Świadczą o "otwarciu na innego", które jest "wartością" stale przywoływaną i rekomendowaną w naszych czasach.

Nie potrzeba wielkiej kultury teologicznej, by stwierdzić, do czego doprowadziłyby owe z pozoru zupełnie niewinne tezy nowego modernizmu. Jakąś kulturę teologiczną trzeba jednak mieć. Zwrot ku humanitaryzmowi, a później kryzys '68 roku nie sprzyjały jednak jej nabyciu. Od dawna już adepci seminariów karmieni byli naukami społecznymi, Marksem i Freudem - z punktu widzenia teologii był to czas stracony. Trzeba też wziąć pod uwagę spadek poziomu kultury ogólnej, zanik łaciny i greki, wreszcie coraz niższy społeczny poziom, z którego rekrutuje się kler - i na którym pozostaje. Nie można już powiedzieć, by w swojej diecezji biskup z racji zalet intelektu był uważany za członka elity - bądź dlatego, że nie uznaje się jego zalet, bądź dlatego, że owa elita faktycznie jest lepiej wykształcona od niego.

Co dalej?

Z punktu widzenia historyka, który chce się ograniczyć do rozważenia teraźniejszości i możliwej przyszłości, namalowany przeze mnie obraz ma szansę być trafny i dokładny. Nie wiem, jakie działania należy podjąć w tej sytuacji, pozwolę sobie jednak wyłuszczyć na koniec zasadniczą tezę: kryzys Kościoła katolickiego jest zasadniczo kryzysem umysłowym, a jądrem kościelnej umysłowości może być jedynie teologia.

Jeśli Kościół (mam tu znowu na myśli część kleru) nie był zdolny do tego, by właściwie orientować się w świecie, jeśli obierał w XX wieku drogi prowadzące donikąd, to działo się tak dlatego, że nie był w stanie właściwie postrzegać rzeczywistości. Nie dostrzegał wyraźnie przeciwnika, nie wybrał odpowiednio przyjaciół i wrogów, nie analizował jak należy rozwoju sytuacji i nie zauważał, co się naprawdę dzieje. To z powodu owego ciągłego niedostatku rozumienia zrażał do siebie tych, którzy mogliby być jego naturalnymi przyjaciółmi i zraża nadal tych, którzy nim pogardzają.

Teologia jest jego dziedzictwem. To nauka trudna, której poświęcił on swoje najlepsze zdolności. Jej mistrzowie zbudowali na przestrzeni wieków swego rodzaju intelektualną katedrę, która wzrastała w sposób jednolity, nie tracąc ogólnej formy. Dobrych teologów nie kusiły ideologie totalitarne, nie wpadli oni też w pułapkę humanitaryzmu i ideologii '68 roku. Oczywiście sprawy nie zawsze miały się tak dobrze. Bynajmniej - zdarzały się rzeczywiste akty represji, a katedra często zastygała w kryształ niezdolny do dalszego rozwoju. Ale zasada została zachowana i nawet na zewnątrz Kościoła wielcy myśliciele - jak choćby Hegel - starali się ją na swój sposób ożywiać. Wiedzieli, że ignorancja w sprawach teologii uniemożliwia zrozumienie wielu aspektów naszego świata.

Czy ta wielka katedra definitywnie runęła? Nie wierzę. Została raczej pochłonięta niczym miasto zatopione przez morze - wciąż daje się słyszeć słaby, stłumiony odgłos jego dzwonów. Nowy papież jest prawdopodobnie najlepszym z możliwych papieży na tym najlepszym (albo najgorszym) ze światów. Jest przy tym człowiekiem starym, naznaczonym przez wiek. Jako uczony, którym zawsze był, przebywa w ciszy swej wielkiej biblioteki i w samotności, która otacza jego zaszczytny urząd. Czyta, pisze, kieruje sprawami Kościoła, wygłasza kazania, celebruje. Wie, kim jest i jak należy działać. I modli się.

Alain Besancon

© Commentaire, wiosna 2006

przeł. Michał Warchala

p

*Alain Besancon, ur. 1932, filozof, historyk idei, politolog. Członek Institut de France i profesor paryskiej École de Hautes Études en Sciences Sociales. Jeden z najważniejszych znawców historii Rosji i ZSRR - w latach 80. wiele jego prac sowietologicznych (m.in. "Krótki kurs sowietologii", "Anatomia widma") wydano w Polsce poza zasięgiem cenzury. Zajmuje się także historią religii - opublikował na ten temat m.in. "L'image interdite" (1994) oraz "Trois tentations dans l'Église" (1996). Kilka lat temu ukazała się w Polsce jego książka "Przekleństwo wieku". Gościł na łamach "Europy" od samego początku jej istnienia; ostatnio w nrze 19 z 11 maja ub.r. opublikowaliśmy jego głos w dyskusji "Zachód, Europa Środkowa i Rosja - trzy różne funkcje historii".