Dziennik Gazeta Prawana logo

X-Men w Waszyngtonie

5 listopada 2007, 12:09
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Amerykańska administracja ulega ostatnio przemianom tak zadziwiającym, że nie powstydziliby się ich bohaterowie najnowszego kinowego hitu SF - zauważa Niall Ferguson. Najważniejsza z tych przemian dotyczy polityki zagranicznej: triumfalnie powraca do niej tradycyjny realizm polityczny w stylu Henry'ego Kissingera. Pytanie tylko, czy w kwestii Iranu Ameryce wystarczy determinacji i czy będzie w stanie umiejętnie posługiwać się groźbą wojny, by wywierać wpływ na irański reżim.

p

X-Men szturmem wzięli Waszyngton. Przez chwilę sądziliśmy, że mamy do czynienia z prowadzącym kraj wprost do ruiny niekompetentnym gronem neokonserwatywnych fantastów, nieliczących się z publicznym groszem. Ale oto administracja Busha uległa mutacji - stała się grupą superbohaterów. Przypomnijmy trójkę postaci z grupy X-Men: Gold Man, Mystique i Magneto. Dziś sekretarz skarbu płynnie przemienił się w Gold Mana Sachsa. Sekretarz stanu stała się Realistique. Nie próżnował nawet prezydent i przybrał postać Regreto. I wcale nie chodzi tylko o zwykłą grę słów.

Fani przygód X-Men szybko pojmą aluzję. Dla porządku jednak informacja dla tych, którzy żyją w stanie błogiej nieświadomości: X-Men (i X-Women) to grupa superbohaterów-mutantów, wytwory genetycznej anomalii, dzięki której zyskują nadludzkie moce. Walczą z szeroko pojętym złem.

Wróćmy do Waszyngtonu. W ciągu ostatnich kilku tygodni byliśmy świadkami niezwykłych mutacji w amerykańskiej polityce. Najpierw prezydent.

Na wspólnej konferencji prasowej z Tonym Blairem przeszedł samego siebie w wyrażaniu skruchy i przyznał, że jego "swoiście twarda postawa" w czasie inwazji na Irak przyczyniła się do wysłania "niewłaściwego sygnału w stronę Amerykanów".

Potem nastąpił prawdziwy zamach stanu - Bush mógł wreszcie poinformować o nominacji na stanowisko sekretarza skarbu Henry'ego M. Paulsona, multimilionera i prezesa zarządu banku inwestycyjnego Goldman Sachs. Po pięciu latach dryfowania, gdy chodzi o działania tego departamentu, nominacja może oznaczać powrót do dobrze przemyślanej polityki finansowej z okresu prezydentury Clintona.

Jednak rzeczą jeszcze bardziej niezwykłą jest przemiana sekretarz stanu Condoleezzy Rice w Realistique - bohaterkę uprawiającą realistyczną politykę zagraniczną w duchu Henry'ego Kissingera.

Nazwawszy ongiś Iran elementem "osi zła", administracja zdawała się niezdolna do rozwiązania drogą dyplomatyczną problemu zagrożenia, jakie stanowią błędnie pojmowane ambicje nuklearne tego kraju. Wszak dopiero co Bush po prostu podarł list prezydenta Mahmuda Ahmadineżada adresowany bezpośrednio do Białego Domu.

Całkiem niedawno jednak sekretarz Rice nagle dokonała płynnej przemiany, oświadczając, iż Stany Zjednoczone połączą siły ze swoimi "europejskimi partnerami" (Wielka Brytania, Francja, Niemcy) i zaproponują Iranowi nowe porozumienie polityczne. Natychmiast uzgodniła warunki tej propozycji nie tylko ze swoimi europejskimi odpowiednikami, lecz także z ministrami spraw zagranicznych Rosji i Chin. Wszystko w ciągu zaledwie tygodnia. To najlepszy tydzień amerykańskiej dyplomacji od czasu przeprowadzki Busha do Białego Domu.

Oczywiście nie znamy szczegółów i sformułowań dokumentu wysłanego do Teheranu. W sposób widoczny jednak proponuje on Iranowi możliwość wyboru. Porzućcie plany budowy broni nuklearnej, a dostaniecie prawdziwą marchewkę - w tym także pomoc w budowie zakładów jądrowych wykorzystujących reaktory z lekką wodą. Alternatywa? Jeśli będziecie brnąć dalej oraz kontynuować nielegalny i tajny program, spodziewajcie się kija. W grę mogą wchodzić różne sankcje: od embarga na eksport materiałów używanych w celach wojskowych do całkowitego zamrożenia kontaktów dwustronnych.

Odczuwam silną pokusę, by uchylić kapelusza przed panią Rice. Udowodniła bowiem - jak przed nią Kissinger - jak dużo można osiągnąć poprzez perswazję i wytrwałość. Nawet działając z pozornie słabej pozycji. W obliczu ciężkiej sytuacji w polityce wewnętrznej i kłopotów armii amerykańskiej w Iraku administracja Busha wydawała się w coraz mniejszym stopniu zdolna do tego, by powstrzymać kontynuację irańskiego programu budowy broni nuklearnej przy użyciu siły. Obecna oferta sześciu potęg (USA, Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Rosja, Chiny) zdaje się najlepszą alternatywą polityczną.

Jest jednak jedno "ale". Czy w przypadku Iranu USA mogą popełnić taki sam błąd jak w przypadku Korei Północnej? W 2002 kraj ten ponownie uruchomił swój kompleks nuklearny w Yongbyon. Intencje władz koreańskich były jasne dla wszystkich: chodziło o wznowienie prac nad wzbogacaniem uranu. Od momentu ponownego otwarcia kompleksu Korea Północna ani na chwilę nie przestała też produkować plutonu dla celów wojskowych. Podobnie jak w przypadku Iranu, także i tu reakcja administracji polegała na podjęciu decyzji o uczestnictwie USA w wielostronnych rozmowach.

Również i wtedy państwu łamiącemu prawo międzynarodowe zaproponowano zarówno kij, jak i marchewkę. Marchewka - hojna pomoc dla będącej w opłakanym stanie gospodarki Korei Północnej. Kij - groźba rozprawy z przemytem narkotyków, fałszywych pieniędzy i w końcu zbadanie problemu broni konwencjonalnej posiadanej przez Koreę Północną. Efekt? Żaden. Reżim wracał do rozmów tylko wtedy, gdy mu się podobało i nie wykazywał najmniejszej chęci rezygnowania ze swoich nuklearnych ambicji. Przyczyna jest prosta. Być może nie powinno nas dziwić, że Kim Dzong Il dawno temu zrozumiał, iż najlepszym sposobem wykorzystania programu budowy pocisków rakietowych z głowicami nuklearnymi jest użycie go jako narzędzia szantażu. Znamy przecież zdolności tego reżimu do działania w sposób właściwy przestępczości zorganizowanej. W październiku ubiegłego roku Phenian odwiedził prezydent Chin Hu Jintao. Uważa się, że zapewnił wtedy Kim Dzong Ila o przyznaniu pomocy w wysokości 2 mld dolarów. Kierowanie łajdackim reżimem może być całkiem miłym i lukratywnym zajęciem.

Czy w przypadku Iranu możemy spotkać się z podobną sytuacją? Tak, ale tylko wtedy, gdy pozwoli mu się wejść w posiadanie jednej czy więcej bomb jądrowych. Bez bomb nie ma szantażu. Irańczycy będą mogli wejść w ich posiadanie tylko wtedy, gdy z góry wykluczymy możliwość zastąpienia polityki kija i marchewki uderzeniem militarnym. W polityce zagranicznej bowiem dyplomacji nigdy nie można uznawać za cel sam w sobie. Carl von Clausewitz, wielki pruski strateg i teoretyk wojskowości zauważył: wojna to kontynuacja polityki zagranicznej innymi środkami. Na podobnej zasadzie polityce zagranicznej z góry wykluczającej wojnę jako ostateczność musi zabraknąć wiarygodności pozwalającej osiągnąć własne cele. To sama istota realizmu politycznego.

Nowa dyplomacja amerykańska będzie skuteczna jedynie wtedy, gdy swoimi działaniami nie pozostawi Irańczykom żadnych wątpliwości. Nie mogą posiadać pocisków nuklearnych. Nie tylko - wbrew temu co twierdzą - nie mają do tego "prawa", ale gwałcą w ten sposób postanowienia traktatu o nierozprzestrzenianiu broni nuklearnej, którego Iran jest przecież sygnatariuszem.

Wielu ludzi na świecie chciało wyleczyć administrację Busha z jej wiary w potęgę militarną jako uprawnione narzędzie uprawiania polityki. Jeśli jednak Iran odrzuci marchewkę i kij oferowane przez Rice, stary Bush, ten z okresu przed zmutowaniem, istotnie okaże się jedynym lekarstwem.

p

, ur. 1964, jeden z najwybitniejszych europejskich historyków młodszego pokolenia. Wykładowca nowożytnej historii politycznej i gospodarczej na uniwersytecie oksfordzkim, obecnie wykłada w Stern School of Business na New York University. Autor m.in. "The Pity of War" - monografii poświęconej I wojnie światowej, "The Cash Nexus: Money and Power in the Modern World", "Empire" oraz "Colossus: The Rise and Fall of the American Empire" (2004), w której lansował tezę, że USA są (niejako wbrew sobie) współczesną wersją dawnych światowych imperiów. W czerwcu tego roku wydał "War of the World". W "Europie" wielokrotnie drukowaliśmy jego teksty - ostatnio "Śmierć globalizacji" (nr 19 z 10 maja br.).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj