Tekst Krzysztofa Koehlera to kolejna odsłona sporu na temat funkcji i celów krytyki literackiej zapoczątkowanego artykułem Andrzeja Wernera ("Europa" nr 18 z 10 maja br.). Zwracał on uwagę, że krytyka literacka jest coraz bardziej uzależniona od mediów i podobnie jak sama literatura ucieka od rzeczywistości.
Z Wernerem polemizował Michał Paweł Markowski, twierdząc m.in., że stosowanie kategorii "rzeczywistości" w dyskursie krytycznym nie ma sensu. Koehler nie zgadza się z Markowskim, zarzuca mu posługiwanie się całkowicie arbitralnymi założeniami, które nie zostają poddane dyskusji. Markowski zastawia przy tym na swojego przeciwnika (i na czytelnika) swego rodzaju pułapkę - jej mechanizm polega na automatycznym wykluczaniu z samej przestrzeni sporu tych stanowisk, które nie zgadzają się na owo odrzucenie rzeczywistości.
p
Świetnie się stało, że oto pojawiła się wreszcie taka jak w "Europie" dyskusja o literaturze, jej statusie i komentatorach, zwanych krytykami. Dyskusja ta jest w naszej krytyce literackiej niezwykła, bo nie ogranicza się do sporów o pierwszeństwo w literackich rankingach czy wyrażania takich albo innych przekonań estetycznych przez jej uczestników. Pojawił się w niej ton dawno oczekiwany: wreszcie rozmawia się o zapleczu filozoficznym i światopoglądowym, leżącym u podstaw wszelkiej krytyki rzeczywistości, w tym także rzeczywistości literackiej. Przy czym obie wypowiedzi: Andrzeja Wernera ("Europa" nr 18 z 10 maja br.) i Michała Pawła Markowskiego (nr 19 z 17 maja) są wystarczająco przeciwstawne, by można było jakoś się między nimi umieścić.
Odnajduję się gdzieś pośrodku tego sporu, ale mam większą ochotę na spieranie się z Markowskim i bronić chciałbym Wernera. Nie sądzę bowiem, by stanowisko krytyka z Krakowa było aż tak bezdyskusyjne i niepodlegające wątpliwości, jak przedstawia to on w swoim wystąpieniu.
Zacznę jednak od opisania miejsca, skąd zaczynam swoją argumentację. Nie zgadzam się (tak jak i Michał P. Markowski) na tęsknotę "za dawnymi, dobrymi czasami", na biadolenie o zaniku centrum, o chaosie w ustalaniu hierarchii i kanonów. Zgadzam się, że we współczesnej rzeczywistości, którą wyznaczają w wielkim stopniu media, nie można się na nie obrażać i - udając, że się ich nie dostrzega - estetycznie na nie wybrzydzać i ignorować je. W istocie, zachowanie takie ma w sobie jakieś znamiona hipokryzji. Wynika albo z obrazy na rzeczywistość, albo resentymentu wobec czasów współczesnych. Od biadolenia wolę spór, który oznacza słuchanie innych i próbę ich zrozumienia. To zawsze jest działaniem pozytywnym, a wynikać musi niekoniecznie tylko z pragnienia odniesienia zwycięstwa w sporze. Warunkować je może na przykład także chęć poszerzenia swojej wiedzy o świecie. Albo pragnienie konfrontacji swoich przemyśleń z przemyśleniami innych. Na tych dwu ostatnich wartościach szczególnie mi zależy, zatem proszę z góry o wybaczenie mi naiwnych pytań: bardziej zależy mi bowiem na tym, by się na-uczyć niżby kogokolwiek po-uczyć.
Nie podzielam dekretowanej przez Markowskiego triumfalistycznie i właściwie bezrefleksyjnie tezy, że "nie ma rzeczywistości samej w sobie, niezależnej od języków opisu i sposobów patrzenia". Na czym buduje swoją pewność i czy ją w jakikolwiek sposób w swej wypowiedzi uzasadnia? Otóż nie czyni tego: jest tak, jak on uznaje, że jest, i basta. Inaczej zaś myślących odsyła na śmietnik historii, usuwa z dialogu i ośmiesza. Ale być może jest tak, że tego, co twierdzi Markowski o rzeczywistości, nie trzeba już wcale udowadniać, bo jest to dzisiaj tak oczywiste jak to, że ziemia krąży wokół słońca.
Zdradzam zatem swoją indolencję i proszę o pouczenie. Ale jakoś lękam się bycia pouczanym właśnie przez Markowskiego, bo podejrzewam, że stosuje on tu prostą perswazyjną taktykę zastępowania dowodu formowaniem kwantyfikatorów typu: "Jak to, przecież wszyscy inteligentni ludzie to wiedzą" albo stwierdzeń w rodzaju "Jak można w ogóle o to pytać?".
Czemu nie godzę się na przedstawioną przez Michała Markowskiego linię rozumowania? Przede wszystkim dlatego, że odnoszę wrażenie, iż nieco fałszuje i dowolnie interpretuje czytany (a nawet cytowany!) przez siebie tekst. Dowód: cytowany przez niego Werner mówi o nowym krytyku, że "reprezentuje raczej wspólnotę interesów niż wspólnotę poglądów". Dla Markowskiego to idea absurdalna, albowiem zakłada rozdzielenie interesów i poglądów. Jeśli się przyjmie, że to właśnie powiedział Werner, to zaiste Markowski ma rację, kiedy głosi, że "poglądów od interesów odseparować się nie da, bo poglądy niewyłożone publicznie nie mają żadnego znaczenia". Tyle że - jeśli dobrze pojąłem Andrzeja Wernera - wcale nie rozdziela on tych dwóch faktów, ale mówi o czym innym: o zmieniającej się dzisiaj koncepcji czy zasadzie uprawiania krytyki literackiej - że traktuje się ją raczej po kupiecku niż ideowo, że nie wspólnota poglądów wpływa na ich prezentację, ale raczej wspólnota interesów. Werner mianuje krytyka ekspertem do wynajęcia i mówi, że "sens jego wypowiedzi zawsze będzie należał do reżysera na medialnej scenie". Nie wierzę, by przy swojej przenikliwej inteligencji Markowski nie zrozumiał tego, co mówi Werner. Zatem nie pojmuję, jak może mu zaraz po cytacie wkładać w usta słowa, których ten ostatni nie wypowiedział. Czy (w świetle tego cytatu) Werner naprawdę stwierdza, że krytyka "nieprawdziwa - reżyseruje jej [literatury] spektakl na scenie medialnej"? Nic takiego! Stwierdza raczej, że krytycy jako eksperci są wynajmowani i nie mają swojego głosu, są reżyserowani, orkiestrowani. Pracowałem wystarczająco długo dla TV, a wszak Michał P. Markowski robi to nadal, bym nie wiedział i nie widział, jak takie reżyserowanie się odbywa: marnie opłacani przez swoich branżowych pracodawców krytycy literaccy dorabiają w mediach, besztani i instruowani przez różne Panie Redaktorki, które i tak umieszczają ich głos w kontekście jakiejś nieznanej zwykle wypowiadającemu się koncepcji reżyserskiej. Czemu Markowski udaje, że tego nie wie?
Dlatego że instrumentalnie traktuje swojego rozmówcę. Tworzy sobie pewien jego wizerunek, przykrawa do tezy, którą zechciał był sobie wymyślić, i następnie oskarża, demaskuje to, co sam stworzył. Bardzo to wdzięczne, ale moralnie nieco podejrzane przedsięwzięcie.
Oskarża Wernera Markowski o cynizm. Mocne to słowa. Nie chcę ich odnosić do samego Markowskiego, który na pewno cynikiem nie jest. Raczej pewnie sceptykiem. Sceptykiem akademickim. Widać ów akademicki sceptycyzm, kiedy zakłada Markowski - wzorem najnowszych uniwersyteckich poradników dla humanistów, które nad Wisłą notabene sam tworzy - że każdy z dyskursów zakorzeniony jest w ideologii. Kiedy powiada bowiem: "Nie ma rzeczywistości, jest za to >>rzeczywistość<<, czyli koncept, którym staramy się zatamować rwący nurt życia, i to koncept zideologizowany do cna", to co zakłada? Swoiste targowisko stanowisk i sporów na temat rzeczywistości, z których wszystkie są "ustawiane" przez ideologie, wzajemnie sobie równe i traktowane jako wygodne, ale i "przechodnie" narzędzia. Z tego sporu czy też targowiska racji i zideologizowanych dyskursów wszystkie są w gruncie rzeczy do przyjęcia poza jednym: złym, mieszczańskim (świetny termin - z dofastrygowanym na doczepkę marksizmem rodzi spory lęk: straszni mieszczanie z Marksem pod pachą i Stalinem w roli rozprowadzającego). Jest on passé, do odstrzału, z nim się nie rozmawia, nie podejmuje dialogu.
Nim rozważymy kryteria wykluczenia "mitu mieszczańskiej ideologii", zajmijmy się tym wstrętnym dyskursem mieszczańskim. Czego on chce? Co go charakteryzuje? Po pierwsze wierzy w rzeczywistość, w jej istnienie; tak samo też wierzy w jej obowiązywanie, w to, że rzeczywistość jest determinująca a nie determinowana, "że rzeczywistość istnieje niezależnie od naszych sposobów jej opisywania, my zaś wiemy czym ona jest, bo dysponujemy takim w nią wglądem, który wolny jest od ideologicznych naleciałości...".
Markowski uważa tego rodzaju pogląd za złowróżbny mit. Wyrzuca go z pola sporu (ze "sceny medialnej") po pierwsze za to, że nie przyznaje się on do tego, iż jest taki jak inne dyskursy (uznaje swoje fundamenty za "przedideologiczne"). I pod drugie za to, że swoim istnieniem kwestionuje racje istnienia wszystkich innych, czyli tych, które uznają determinującą moc rzeczywistości za mrzonki i majaki chorej czy zakłamanej świadomości.
W tej strategii wykluczenia tkwi moim zdaniem pierwsza słabość intrygującego wywodu Markowskiego: skoro wszystkie dyskursy są uprawomocnione, to czemu ten jeden ma być wyłączony ze sporu? Czemu nie dopuszczamy go do łaski spierania się? Za tą pierwszą słabością idzie druga. Wyobraźmy sobie bowiem taką możliwość, powiadam, wyobraźmy sobie tylko, że ten jeden dyskurs nie będzie wynikiem ideologii. Oczywiście w myśl założeń przyjętych w tekście nie może on nawet istnieć, bo skoro wszyscy - takie jest założenie Markowskiego - jesteśmy "pracownikami firmy, która nazywa się ideologia", to ktoś, kto mówi o obiektywnym istnieniu rzeczywistości, kto mówi, że ona jest i obowiązuje, też wyznaje jakąś ideologię i wypowiada się z wnętrza własnego ideologicznego języka.
Gdyby jednak Werner przyznał się przed Markowskim, że jest dysponentem "ideologii mieszczańskiej", jak mu sugeruje ten ostatni, to czy Markowski dopuściłby Wernera do klubu? Rzecz jednak w tym, że Werner nie godzi się na takie ustawienie debaty, bo mówi, że rzeczywistość determinuje nasze jej postrzeganie, a nie, że my ją determinujemy (a tak naprawdę tworzymy wewnątrz swojego języka). Że jest to rzeczywistość przedideologiczna, że jej dysponent nie da się umieścić w kategoriach zideologizowania podpowiadanych przez Markowskiego. Ale tu Markowski stawia swoje ultimatum: albo poddasz się memu dyktatowi, albo cię nie ma. Widać tym samym bardzo wyraźnie, jakim poważnym zagrożeniem dla Markowskiego jest krnąbrny Werner: nie tyle bowiem polemizuje w przestrzeni wyznaczonej przez krytyka z Krakowa, ale wprost neguje, odrzuca i uznaje za nieważny sam sposób rozumowania tego ostatniego. Podważa jego wiarygodność.
I tu wracam do wątpliwości z początku: na jakiej podstawie mam w tym sporze o rzeczywistość przyznać rację Markowskiemu? Owszem stara mi się on zgodę na jego stanowisko ułatwić: wpierw kwantyfikując ("wszyscy", "każdy"), a następnie strasząc (marksizmem). Argument w postaci zaliczania czyjegoś poglądu do powszechnie uznanej za negatywne kategorii pojęć jest argumentem mało eleganckim, a jego stosowanie zwykle wynika z poczucia braku racji. Albowiem z tego co wiem, tych, którzy wierzą w obiektywne istnienie rzeczywistości i jej determinującą funkcję, jest znacznie więcej niż zacofanych mieszczan i marksistów. Są to także chrześcijanie, którzy wierzą w przedustanowiony porządek Logosu, czyli sensu, wpisany w rzeczywistość oraz realiści wszelkiej maści, na przykład tomiści. Ale może oni też hołdują mieszczano-marksizmowi?
Na wszelki wypadek załóżmy, jak chce Markowski, że wszyscy poza mieszczanami i marksistami są wyznawcami jego tezy. Mimo to jednak zapytam go: czy poza dekretem, który sam ogłasza, ma jakiś racjonalny powód, bym szedł za nim i uznał, że to ja determinuję rzeczywistość (ba, tworzę ją swoim językiem)? Póki mi tego Markowski nie wyjaśni, wcale nie zdobędę pewności, a stosowane przezeń strategie sofistyczne raczej mnie do jego stanowiska nie zbliżają.
Spróbujmy jednak zastanowić się uczciwie nad odpowiedzią udzielaną przez Markowskiego na temat rzeczywistości i doboru języków, które "w danym momencie wydają mu się najciekawsze". Właściwie wiem, dlaczego nie chce on (i nie może!) podać żadnych innych obiektywnych kryteriów wyboru takiego, a nie innego języka. Moja teza jest taka, iż gdyby podał jakieś inne poza własnym subiektywnym poczuciem, musiałby w konsekwencji przejść na stronę Wernera. W ogóle dyskurs Wernera, powtarzającego jak mantrę "rzeczywistość", "zobowiązania", "służba" itp., nie może wejść w zakres dyskursu, który proponuje Markowski. Dlaczego? Bo ściąga go na ziemię, domagając się podania innych, jakichś bardziej obiektywnych kryteriów wyboru takiego czy innego języka opisu. Wystarczy bowiem, by złapany w taką pułapkę Markowski wyznał: "Wydaje mi się, że wybrałem ten język z innego niż czysta ciekawość powodu, na przykład dlatego że jest bardziej pasujący do opisu rzeczywistości, pełniej ją oddaje", a zaraz musiałby przyznać, że jednak kryterium tego wyboru ustala dyktat rzeczywistości, którego nieistnienie zostało zadekretowane już na wstępie. Więc Markowski nie ma wyboru. Musi zdławić dyskurs Wernera, musi, bo się boi. Musi pozostać na swoim terenie: zideologizowanych dyskursów, które wzajemnie się znoszą i polemizują ze sobą w jakiejś pustce, bez odniesienia, bez kryteriów zewnętrznych.
Nie wiem, czy zdołałem w czymkolwiek przekonać Michała Pawła Markowskiego. Bardzo bym chciał przynajmniej go zainteresować, może rozbawić. Chcę też, aby wiedział, że nie przyjmuję konkluzji jego artykułu: "Mówmy więc o tym właśnie: o językach opisu, o ideologiach, o światopoglądach, perspektywach zarówno literatury, jak i jej badaczy, a beznadziejny dyskurs na temat samej rzeczywistości wyrzućmy do kosza, bo nic z jego żałosnych podrygów nie wynika". I powiem więcej: mam nadzieję, że nie uda się Markowskiemu ta sztuczka, by coś wyrzucać do kosza. Bo moim skromnym zdaniem - co starałem się wykazać wyżej - nic właściwie sensownego nie wynika z wizji zaproponowanej przez niego, jeno samotność, zniechęcenie i jałowa ziemia. Wydaje mi się, że póki sił, nie wolno się na taką wizję sporu, jaką on proponuje, godzić.
p
, ur. 1963, poeta, eseista, badacz literatury, pracownik Instytutu Filologii Polskiej UJ, wykłada także na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Współpracuje z pismami "Arcana" oraz "Fronda". Był również redaktorem w TVP. Interesuje się m.in. literaturą polskiego renesansu i baroku - opublikował książkę "Stanisław Orzechowski i dylematy humanizmu renesansowego" (2004). Wydał kilka zbiorów wierszy, m.in. "Partyzant prawdy" (1996), "Na końcu wielkiego pola" (1998), "Umarłaś śmierci" (1998).