W Polsce od jakiegoś czasu trwa spór na temat polityki historycznej. Jej zwolennicy twierdzą, że jest ona konieczna dla podtrzymania narodowej tradycji, przeciwnicy mówią o manipulowaniu historią na użytek bieżącej polityki. W eseju, który dziś publikujemy, Ewa Bieńkowska przedstawia współczesne francuskie spory na temat historii, pamięci i roli państwa w jej podtrzymywaniu. Sprawa "ustaw o pamięci" oprotestowanych przez historyków stawia na porządku dziennym kwestię trwałości republikańskiego modelu, w którym wszyscy obywatele mieli wspólną przeszłość ("nasi przodkowie Galowie") i wspólne, oficjalnie popierane przez państwo ideały. Dziś ten model rozpada się pod naporem wspólnotowych żądań, które odnoszą się także do historycznych krzywd i upokorzeń. Pamięć i historia stają do walki, której stawką jest w istocie możliwość swobodnej refleksji nad dziejami własnego kraju.
p
Czy istnieje historiografia demokratyczna, tak jak istniały dzieła historyczne pisane na zamówienie monarchii we Francji XVII wieku albo XIX-wieczna historia Rosji na zlecenie dynastii Romanowów, a potem historia pisana z punktu widzenia rewolucji bolszewickiej? Oczywiście, że przekonania piszących znajdują odzwierciedlenie nie tylko w ocenach, ale w samym sposobie wyboru i traktowania materiału. Istnieją wielkie dzieła historyczne pisane przez zapalonego demokratę Micheleta: dzieje są w nich opowieścią o emancypacji ludu, która kulminuje w rewolucji francuskiej i stwarza nową sytuację dla Europy i świata. Równość i wolność są wedle Micheleta wartościami, o które toczyła się walka od początku istnienia społeczeństwa ludzkiego i nawet wielkość monarchii francuskiej polegała przede wszystkim na nieświadomym przygotowywaniu (poprzez pozytywne zdobycze i poprzez ucisk) zwycięstwa ludu. Podobnie, choć innymi instrumentami, badał historię Tocqueville: jest ona subtelną kombinacją trwałości i zmiany, a liberalny sposób rządzenia wpisany jest w rytm wydarzeń.
Ten rodzaj prac to dzieła, które wyszły spod pióra jednego albo kilku uczonych i na ogół noszą ich nazwiska. Są więc wytworami indywidualnymi. Nawet gdy współbrzmią z wartościami zbiorowości, noszą piętno oderwania od niej, samotności gabinetu, w którym się pracuje. Brak im ostatecznej sakry: tej, której udziela suwerenny lud, sam przypieczętowujący swoje dzieje i nazywający fakty po imieniu. Zbiorowo, anonimowo pisana historia, będąca zarazem interpretacją i osądem - ten pomysł podobałby się Rousseau i Leninowi. To fenomenalne narzędzie wychowawcze. Gdy zastąpi inne sposoby czerpania wiedzy o świecie, w społeczeństwie powinny zniknąć różnice poglądów i jednostkowy upór poznawania. Przecież jest ono zbudowane z elementów całkowicie równych, równoważnych, zgodnie z ideą, że nawet kucharka będzie w nim zdolna rządzić.
W zdumiewającym tworze zwanym "demokracją socjalistyczną" inspiracja płynie jednak z góry. Sztuka tkwi w tym, by odpowiednio zainspirowany lud utożsamił się z odgórną inicjatywą i był przekonany, że wypływa ona z jego stanu wiary. Jak wiemy, taka sytuacja nie może trwać zbyt długo, w każdym razie nie na naszym subkontynencie, i wystarczy nawet małe naruszenie owej wiary, aby całość była nie do utrzymania. Inaczej mówiąc, nie jest to rozwiązanie doskonałe, bo narażone na zachwianie. Na ujawnienie się pęknięcia między rzeczywistym podmiotem ludzkim a podmiotem fikcyjnym, który spontanicznie i entuzjastycznie przetwarza przeszłość (i teraźniejszość) w artykuły religii, wyprowadzonej z samego siebie.
A gdyby tak prawdziwą odpowiedzią na te niepokoje - niepokoje co do jednomyślności - była dopiero demokracja, która umocniła się w Europie po zburzeniu muru berlińskiego? Są i tacy obywatele tego systemu, którzy mają go za niereprezentujący naprawdę społeczeństwa, czyli za burżuazyjny. Zostawmy im troskę o wykazanie, że bezprzymiotnikowe ludowładztwo, zgodne z ich pragnieniami, może się gdzieś zrealizować.
Tymczasem kraje europejskie muszą się zadowolić systemem przedstawicielskim, a socjolog wykaże nam, że ta reprezentacja związana jest z kondycją uprzywilejowaną. Parlamenty przedstawiają, czyli zastępują. Czasem przeżywają słuszne lęki, czy obejmują cały lud - uciszają je urządzeniami, które mają pokazywać jedność ludu. Będą to prawdziwie demokratyczne święta: święto narodowe, mistrzostwa sportowe, rocznice. We Francji przez długi czas dla lewicy czymś takim było "święto Huma", dziennika partii komunistycznej "L'Humanité", pod Paryżem na zielonej trawce, z propagandą i smażonymi kiełbaskami.
Dzisiejsze społeczeństwo nie jest podobne do tego, co wyłoniło się z II wojny światowej, społeczeństwa IV i początków V Republiki. Przyspieszone przemiany wyprowadziły je poza model demokracji wypracowany we Francji pod koniec XIX wieku. Wzorcowy jej kształt - pod hasłami wolności, równości i świątecznego braterstwa - zakładał, że każdy obywatel pojedynczo staje przed państwem i jego instytucjami, zgodnie z równością praw, w tym prawem do kariery. To nie model amerykański, nosi styl oświeceniowych encyklopedystów. Lud należy stopniowo podnosić, dostarczając mu narzędzi do pięcia się w górę. Dlatego szkoła jest tak ważną instytucją - podobnie jak pisanie historii. Gdy ten wzorzec pęka, gdy świadomość historyczna przestaje łączyć, a zaczyna dzielić, republika typu francuskiego wpada w poważne tarapaty.
Dnia 13 grudnia 2005 została opublikowana petycja "O wolności dla historii", pod którą najpierw podpisało się pięćdziesięciu historyków, potem już kilka tysięcy. Domagali się oni od władz ustawodawczych zniesienia tzw. "ustaw o pamięci", ponieważ utrudniają one - by nie rzec uniemożliwiają - pracę badawczą.
Ustawy o pamięci nie są pomysłem nowym. Narodziły się one wraz z procesami norymberskimi i ogłoszeniem zbrodni ludobójstwa za niepodlegające przedawnieniu. Wykraczały one poza zwykłe przypadki karne, ponieważ stanowiły groźbę dla całej ludzkości, która powinna pilnować, by nie pozostały bezkarne. Do prawodawstwa francuskiego ta decyzja weszła późno, w 1990 roku, zarówno w związku z sytuacją międzynarodową (Izrael i kraje muzułmańskie), jak wewnętrzną. Chodziło o ukrócenie antysemickich wyskoków skrajnej prawicy oraz literatury "negacjonistycznej", która, podając się za naukę, przeczyła istnieniu obozów zagłady. Mówiło się wtedy, że praktycznie to prawo - niepozwalające negować publicznie ludobójstwa popełnionego przez władze hitlerowskie na Żydach - zwrócone jest przeciw dwóm osobom: szefowi Frontu Narodowego i profesorowi uniwersytetu liońskiego nazwiskiem Faurisson. Zgodnie z intencją prawodawcy była to ochrona pamięci, strasznej pamięci, i czuwanie nad nią tak, by zbrodnia nigdy się nie powtórzyła.
Ustawa została dobrze przyjęta przez większość społeczeństwa, historycy nie mieli jej nic do zarzucenia. Wstrząs, jakim była Zagłada, zasługiwał na przypominanie i rozważanie, na stworzenie specjalnej atmosfery ochrony. Niepokój badaczy pojawił się później. W przypływie entuzjazmu moralnego (wspartego przez ormiańskie lobby we Francji) deputowani przegłosowali ustawę o tym, że mordowanie Ormian przez Turków podczas I wojny światowej nosi cechy ludobójstwa. Pamiętam, że przyjaciele Armenii też byli z tego zadowoleni, chociaż nieco zdziwieni... Ale problem zaczął się, kiedy opublikowano przekład książki amerykańskiego islamologa Bernarda Lewisa. Ten bronił tezy, że to zbiorowe morderstwo jest (tylko!!) zbrodnią wojenną i badania nad nim nie ukazują charakteru ludobójstwa. Kwestia słów, powiemy. Nie tylko, bo stoi za nimi inna kwalifikacja prawna i inne konsekwencje. Tak więc książka Lewisa, a właściwie jej francuskie wydanie, podpada pod paragraf negacjonizmu!
Inna ustawa "pamięciowa" mówi o zbrodni handlu czarnymi niewolnikami. I znowu: ukazała się książka, owoc poważnych badań, ukoronowana kilkoma nagrodami w kręgach zawodowych, którą od razu zaskarżyło środowisko obywateli francuskich z Gujany i Antyli. Autor tłumaczył, że ohydnego procederu niepodobna uznać za ludobójstwo (wedle przyjętej definicji), ponieważ handlarzom zależało na zachowaniu niewolników przy życiu. Potomkowie czarnych ofiar jak gdyby pragnęli wznieść się na najwyższy poziom, aby ich krzywda nabrała uznania bardziej tragicznego i wywołała powszechne potępienie. Oczywiście, sąd zawsze może oddalić bezpodstawną skargę, lecz parlament daje skarżącym nie byle jakie uzasadnienie.
Dodam krótko, że podobnie było w 2005 roku, gdy w prawie wprowadzono zapis o "pozytywnej roli kolonizacji" francuskiej. Przecież zgadzamy się, że szpitale, szkoły, drogi stały się wyposażeniem krajów kolonizowanych, bez którego nie można myśleć o rozwoju. I zaczęło się: posypały się protesty dawnych kolonizowanych i ich dzieci. Jak można sobie w ogóle wyobrażać, że kolonizacja wniosła cokolwiek pozytywnego!
Deputowani szybko przyjęli ten punkt widzenia. To oznacza sytuację, w której władza ustawodawcza przywłaszcza sobie obowiązek kształtowania historii wstecz, pod dyktando różnych grup społeczeństwa. Nasza epoka i nasze poglądy mają się stać probierzem historii, wszelkie odstępstwo od naszych zasad musi być napiętnowane. Będzie to historia moralizująca, uwzględniająca aktualnego zbiorowego ducha, którego rzutujemy w przeszłość. Oburzająca się na przykład, że fałszywa i niesłusznie wychwalana demokracja ateńska nie obejmowała kobiet i niewolników.
Historycy nie wytrzymali - petycja z 13 grudnia określa stan rzeczy jako niebezpieczny. Niebezpieczny dla swobodnych poszukiwań, dla nauki jako ich rezultatu. Dla świadomości społecznej, która utrwala się w poczuciu, że przewyższa wszystko, co dawniej ludzie myśleli i wytwarzali. Pisanie i interpretowanie historii nie może być zadaniem parlamentu, który nie ma do tego żadnych danych, a nieraz jego decyzje są związane z doraźnymi interesami wyborczymi. Nie może istnieć sytuacja, w której wyniki poszukiwań byłyby w sprzeczności z obowiązującym prawem, a naukowcy stawiani przed sądem za rezultaty swych studiów. Możemy sobie wystawić przyszły obraz nauk historycznych, spętanych lękiem przed ześlizgnięciem się w przestępstwo - wyjałowienie całych dziedzin, które z dzisiejszego punktu widzenia są kontrowersyjne. Pomyślmy o młodych uczonych, którzy będą wybierać tematy z uwagi na ich nieszkodliwość, popadną w lękliwy konformizm, zamaskowany jako posłuszeństwo wobec głosu suwerennego ludu. Rzeczywiście byłaby to historiografia tworzona zbiorowo, z której znikają kryteria warsztatowe i epistemologiczne, która staje się czystą - i płynną - ideologią. Są uczeni przekonani, że mimo wszelkich wysiłków obiektywizacji nauka już teraz taka jest i od zawsze była: to ekspresja klas panujących, zainteresowanych tym, by struktury społeczne nie zostały naruszone. Zmarły przed paroma laty filozof i socjolog Pierre Bourdieu, a dziś jego uczniowie nie będą jednak usatysfakcjonowani nową metodą kształtowania historiografii przez decyzje Zgromadzenia Narodowego. Deputowani należą, społecznie i ekonomicznie, do uprzywilejowanych, również przez nich przemawia chęć konserwowania tego, co jest.
Szczytem zamętu okazał się artykuł młodego adwokata Arno Klarsfelda (syna słynnej pary Klarsfeldów) "Do kogo należy historia?", opublikowany w dzienniku "Le Monde" w odpowiedzi na petycję historyków. Nikt nie może, powiada Klarsfeld, zawłaszczyć sobie historii, choćby pod pretekstem naukowego przygotowania do niej. Jest ona własnością wszystkich, każdy ma tu coś do powiedzenia jako wolny obywatel czujący na sobie ciężar przeszłości. Historycy zawodowi powinni uważać, by ich praca nie nosiła znamion uzurpacji. Wezwanie to niewiele różni się od nakazu zamknięcia ust, a w każdym razie niewtrącania się w taki użytek z historii, który czynią ludzie pod naporem aktualności i pamięci.
Czy to nie paradoks, że w naszych czasach historia i pamięć zostały rozdzielone, nawet przeciwstawione sobie? Pamięć ma być zdolnością utożsamienia się i współodczuwania, moralnego napiętnowania i pochwały. A jeśli praca historyków nad konkretnymi wydarzeniami nie współbrzmi z tak pojmowaną pamięcią? Tym gorzej dla historyków? Zwłaszcza że właśnie pamięć, pielęgnowanie pamięci jako podstawowego wymiaru tożsamości jednostkowej jest dzisiaj hasłem powszechnym, sposobem odnajdywania się ludzi w chaosie współczesności. Czy historycy mają jeszcze szansę prowadzenia swobodnych badań, gdy zajmują się wydarzeniami drażliwymi, takimi, z których kilka społeczności naraz pragnie zaczerpnąć wiedzę o sobie i akceptację siebie w teraźniejszości? Na przykład koloniści, dumni z cywilizacyjnych urządzeń, jakich dostarczyli - i kolonizowani, spętani cierpieniem z powodu piętna, jakie zostawiła ich pamięć. Czy możliwa jest pamięć powszechna, czyli pokojowa?
Wiele rozsądnych rzeczy ma na ten temat do powiedzenia profesor René Rémond, specjalizujący się w historii politycznej XIX i XX wieku. To spokojny obserwator całego sporu. W małej książeczce "Quand l'État se me^le de l'histoire" ("Gdy państwo wtrąca się do historii") pod postacią rozmowy z dziennikarzem próbuje wyjaśnić ten fenomen, pokazać jego historyczne zaplecze. Zaczyna, jak to historyk, od ustawy o prasie z okresu III Republiki, z 1888 roku. Miała ona bronić osoby przed szkalowaniem a zbiorowość przed anarchistami, dość wówczas aktywnymi. Zostało zabronione szerzenie nienawiści rasowej i apologia zbrodni. Demokracja wprowadziła formę cenzury mającej strzec publicznej moralności.
Republikanie zareagowali wtedy gwałtownie, mówiąc, że prawo o cenzurze jest "zbrodnicze" i "zabija wolność". Cenzura kojarzyła się z rządami despotycznymi - jeszcze kilkanaście lat wcześniej istniało cesarstwo z mocną kontrolą wolności wypowiedzi, z procesami o obrazę moralności (przypomnijmy przypadki Baudelaire'a i Flauberta). Wolność myśli była po stronie "obozu postępowego". Wygląda na dziwaczną wolta, która sprawiła, że cenzurowanie myśli i badań stanie się w przyszłości żądaniem tegoż obozu!
René Rémond tłumaczy tę woltę zmianą sytuacji jednostki wobec państwa. Wspomniałam już o tym. W ostatnich dziesięcioleciach XX wieku pojawiła się wrażliwość wspólnotowa, coraz większe rzesze obywateli występowały z żądaniami wobec państwa w imieniu grup, do których należą - etnicznych, religijnych, seksualnych. Modelem oficjalnym dzisiejszej Francji jest nadal model republikański, przez nieżyczliwych nazywany jakobińskim, w którym jednostkę łączy bezpośrednia relacja z państwem. W rzeczywistości wzorzec ten rozpuszcza się stopniowo pod naporem obywateli, którzy określają się niezgodnie z ideologią państwową: przez przynależność do wspólnot. I organizując się w stowarzyszenia, chcą walczyć o pozycję tych wspólnot, dążą do ustanowienia praw, które specjalnie będą je chronić i promować. Zapanowała atmosfera tropienia wszelkiego rodzaju dyskryminacji, nie tylko w sferze publicznej, ale również w tym, co w zachowaniach ludzkich może obrócić się przeciwko jakiejś wspólnocie (muzułmanie, potomkowie kolonizowanych, homoseksualiści, osoby kalekie i ich dostęp do rynku pracy...). Przez stulecia działała tradycyjna polityka unifikacyjna, dzięki której rozległe, językowo i kulturalnie odmienne prowincje mogły stopić się w jedno pod berłem monarchii. Jej mieszkańcy, jako poddani jednego króla, wraz z rewolucją 1789 - gdy stanowe, etniczne i religijne więzi zastąpiło poczucie obywatelskie - mogli się określić jako Naród. W tym znaczeniu - zauważyło to wielu historyków - republikańska Francja z powodzeniem kontynuowała dzieło monarchii absolutnej. Czyżbyśmy dopiero teraz mieli do czynienia z końcem procesu dośrodkowego? Czy historyczna centryfuga wypycha ludzi na zewnątrz utrwalanej przez stulecia struktury? Czy sytuacja, gdy człowiek znajduje się sam w obliczu państwowego kolosa stała się nieznośna i nie budzi już uczucia zadomowienia? Czy zaczynamy potrzebować innych form przynależności, małych i nieformalnych? Nie tylko języka francuskich klasyków, ale i porozumienia poufnego, zrozumiałego tylko w naszej grupie i zbudowanego ze wspólnych mitów i żądań? Nie być samym wobec kolosa, bronić się przed nim za pośrednictwem wspólnoty - to również nie dopuścić do spisania na straty tej odrębności, przez którą się określamy. Stąd już niedaleko do pragnienia kontrolowania przeszłości - chęci objęcia cenzurą faktów, które nas upokarzają.
Dziś władze nie mają wyboru - muszą uznać mniejszości. Te właśnie, które odrzucali sprawcy przewrotu w 1789 roku. Emancypacja miała dotyczyć jednostek, nie wspólnot, których istnienia republika po prostu nie przyjmowała do wiadomości. Ilustruje to stosunek do wspólnoty żydowskiej. Każdy z jej członków otrzymał wszystkie prawa, natomiast specyfika grupy, jej odrębność została zanegowana. Tylko pod tym warunkiem - jak sądzili rewolucjoniści - Żyd jako osoba mógł się wyzwolić i wejść w nurt postępu.
Co nie musi oznaczać ukrywania własnych korzeni. Republika nie miała przesądów. Przed dekolonizacją szczycono się tym, że poeta z Czarnego Lądu (piszący po francusku, choć o losie swojej rasy) został deputowanym, potem ministrem i członkiem bardzo konserwatywnej Akademii Francuskiej. A czarny przedstawiciel Gujany doszedł do stanowiska przewodniczącego Senatu. Wieloetniczność była naturalnie akceptowana, ale nie oznaczała wielokulturowości. Wszyscy stawali przed jednym prawem i wobec tych samych ideałów. W imię jedności (jak się dziś ironizuje) dzieci imigrantów z Włoch, Polski, Hiszpanii, Maghrebu uczyły się z podręczników o "naszych przodkach Galach"...
Obok "jednej i niepodzielnej" republiki zasadą scalającą była laickość. Od oddzielenia w 1905 roku Kościoła od państwa Francuzi, w tym duchowni, nie przestawali chwalić sobie tego posunięcia, które co prawda kosztowało na początku dużo konfliktów i krzywd, ale w rezultacie uzdrowiło stosunki i w polityce, i wewnątrz Kościoła. Na tej podstawie zorganizowano szkolnictwo, obowiązkowe, bezpłatne, świeckie, które nie wykluczało co prawda szkół wyznaniowych, ale pozbawiając je pomocy finansowej państwa, skazywało na marginesowość. Do końca II wojny światowej cały ten zespół zasad podważały pewne odłamy skrajnej prawicy: nacjonaliści, monarchiści, lecz od roku 1944 zatriumfowały one - jak się wydawało - definitywnie.
Republika, taka jak ją sobie najpierw wymarzyli wodzowie Rewolucji, a potem zdroworozsądkowo przykroili do faktów ojcowie III Republiki, nie miała praktycznie przeciwników i zachwalała swój sposób załatwiania problemu integracji przybyszów z zewnątrz. To, że przestrzegasz szabatu czy udajesz się z pielgrzymką do Lourdes albo święcisz ramadan, jest twoją prywatną sprawą. Jako jednostka społeczna masz jedną historię i jedne wartości. Czyżby więc dziś następował koniec francuskiej idylli (jeśli rzeczywiście była to idylla)?
Emigracja afrykańska i azjatycka zadała jej cios, po którym nastąpiło, w oparciu o doświadczenia amerykańskie, rozmnożenie się rozmaitych wspólnot definiujących siebie jako mniejszości. Z daleka Francja obserwuje porażkę amerykańskiego modelu melting pot, zaś z bliska porażkę własnego marzenia o integracji republikańskiej. Łącznie z nadszarpnięciem świętej zasady laickości w wyniku ustępstw wobec żyjących we Francji muzułmanów. Korzystniejsze dla władz okazało się rozciągnięcie opieki nad ich instytucjami religijnymi i zdobycie rozmówców w osobach duchownych reprezentujących wspólnotę czy wspólnoty. By nie wzbudzić podejrzeń o dyskryminację etniczno-religijną, nieprzekupni republikanie musieli stłumić swój jęk zawodu.
I tak dochodzimy do nowej roli historii w społeczeństwie demokratycznym. I do dziwacznej funkcji, w jakiej znalazł się zbiorowy ustawodawca, postawiony wobec zadania reinterpretacji dziejów zgodnie z życzeniami obywateli. Życzenia dotyczą przede wszystkim ekspiacji i moralnego zadośćuczynienia za krzywdy, dowartościowania ludów zepchniętych dotąd do piwnicy historii. Dotyczą też moralizacji sfery politycznej, której makiawelizm jest głośno odrzucany, tym głośniej, że praktykuje się go po cichu. Dotyczą wreszcie idei równości, której dzisiejszy świat domaga się tym żarliwiej, że mechanizmy społeczne i ekonomiczne zdają się jej urągać. Ta demokratycznie tworzona historia, nazywając zbrodnie po imieniu, rehabilitując pokrzywdzonych, kojąc dawne upokorzenia, niewiele jednak miałaby wspólnego ze światem, jaki pokazują nam nauki historyczne i który, chcąc nie chcąc, musimy przyjąć za własny. Pod groźbą oderwania od rzeczywistości i bycia skazanymi na niezrozumienie przeszłości, z której się wywodzimy (nawet jeśli w pewnych przypadkach niespecjalnie nas zachwyca).
Profesor Rémond, komentując petycję "O wolność dla historii", zwraca uwagę, jak delikatnym wytworem są nauki humanistyczne, balansujące pomiędzy niedającą się usunąć osobą uczonego a wymaganiem obiektywizmu. Od historiografii jawnie stronniczych, pozostających na czyjejś służbie, od historii zuchwale totalizujących całe cywilizacje i historii "ekspresyjnych", przybliżających nieuchwytnego ducha epoki, nauki historyczne nauczyły się skromności, rozwinęły metody, które można poddać sprawdzeniu. Historycy wiedzą, że nie unikną konfrontacji z wartościami, nie schowają się przed koniecznością ludzkiego spojrzenia na rzeczy. To delikatne dzieło, którego są współautorami i strażnikami, łatwo jednak zakłócić prawomyślnością, dobrymi uczuciami, za którymi kryje się resentyment.
Analizując gest prezydenta Chiraca, który uroczyście uznał współudział Francji w organizowaniu Zagłady poprzez oddanie do dyspozycji Niemców francuskiej policji i francuskich kolei, Rémond jest rozdarty między moralne zrozumienie a intelektualny niepokój. Jak wyważyć stosunek do przeszłości tak w końcu niedalekiej? Chirac obciąża dzisiejszą Francję za działania rządu niemającego wiele wspólnego z dzisiejszym systemem władzy. Fran?ois Mitterrand z tej właśnie przyczyny odmówił utożsamienia państwa Vichy z narodem, i uważał, że Francja nie ma się za co kajać. Rémond zauważa: wyobraźmy sobie, że pokrzywdzeni wszystkich stuleci zaczną domagać się ustaw o pokajaniu się. Za krucjaty, za odwołanie Edyktu nantejskiego (przyznającego pewne prawa protestantom), za krzywdy wyrządzone kongregacjom katolickim na początku XX wieku, za działania armii rewolucyjnej w Wandei, co do których trwa dyskusja, czy można mówić o ludobójstwie... Czy w zasięg obowiązków prawodawcy wchodzi ocenianie, piętnowanie przeszłości i nadawanie temu potępieniu mocy prawa? Czy historyk ma się czuć postawiony - potencjalnie - przed trybunałem? Czy powinien zdawać rację ze swej prawomyślności lub nieprawomyślności?
Przypominają się tu słowa niedawno zmarłego filozofa Paula Ricoeura, dla którego pamięć historyczna i jej utrwalanie było przedmiotem dogłębnej refleksji i który uważnie się przysłuchiwał debatom w społeczeństwie: uderzyło go i wydało się niebezpieczne to wysuwanie roszczeń pamięci przeciwko historii. Grozi ono utratą świata, który stwarza możliwość współżycia pomimo dzielących konfliktów i dramatów, ponieważ pozostaje wspólnym światem i daje się opisać w sposób dla wszystkich zrozumiały.
p
, ur. 1943, eseistka, historyk idei, członek zespołu redakcyjnego "Zeszytów Literackich", "Znaku", "Tygodnika Powszechnego". Wykładowca m.in. KUL-u, Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i uniwersytetu w Awinionie. Mieszka we Francji. Uprawia eseistykę filozoficzną i literacką. Jej najważniejsze książki to: "Dwie twarze losu. Nietzsche-Norwid" (1975), "W poszukiwaniu królestwa człowieka. Utopia sztuki od Kanta do Tomasza Manna" (1981), "Spór o dziedzictwo europejskie" (1999). W "Europie" nr 8 z 22 lutego br. opublikowaliśmy jej tekst "Zrozumieć XX wiek".