Najważniejszą być może cechą dzisiejszego amerykańskiego pejzażu politycznego jest słabość liberalnej lewicy związanej z Partią Demokratyczną. Zdominowana przez przeciwnika - republikańską prawicę używającą często religijnej retoryki - nie potrafi się odnaleźć, stworzyć nowego, wiarygodnego programu. Ten problem analizują nasi dzisiejsi rozmówcy Michael Walzer i Norman Birnbaum - obaj należący do intelektualnych patronów amerykańskiej lewicy. "Lewica nie wygrała w Ameryce! - mówi Walzer. - Wiele zwycięstw było niekompletnych. Triumf prawicy opartej na protestantach był konsekwencją tego, że nie dokonaliśmy rzeczywistego wyrównania nierówności społecznych i ekonomicznych. Uznaliśmy na dodatek, że najważniejsze są zmiany w prawodawstwie, w orzeczeniach Sądu Najwyższego itd. Ewangelikanie uznali natomiast, słusznie, że najważniejsze jest przekonywanie ludzi".
p
Do tego jeszcze wygrał określony gatunek ekonomistów... Neoliberałowie, twórcy teorii "racjonalnego wyboru", mistrzowie renesansu dzikiego kapitalizmu. Cóż, wielu z nas, ludzi lewicy, wierzyło, że to Europa Wschodnia po upadku komunizmu będzie miejscem eksperymentowania z różnego rodzaju "trzecimi drogami". Oczekiwaliśmy nowych pomysłów wyrastających z doświadczeń społeczeństw żyjących w socjalizmie. Nic takiego nie nastąpiło.
Chińczycy stworzyli niezwykłą kombinację komunistycznej tyranii i kapitalistycznego leseferyzmu. Wzięli sporo z najgorszych cech obu systemów, a mimo to rozwijają się gospodarczo, standard życia wielu ludzi się poprawia. Widać, że świat nie podąża w moją stronę. W Europie Wschodniej komunizm zdyskredytował lewicową politykę. Myślę, że dorobek zachodniej lewicy, nawet przyzwoitej lewicy, w przeciwstawianiu się komunizmowi był zbyt mały. Część lewicy, do której i ja należę, "lewica antystalinowska", jak o sobie mówiliśmy, uważała demokrację za absolutnie kluczową sprawę i ostro krytykowała komunistyczne teorie. Ale tak na ogół lewica nie miała zbyt wielkiego dorobku w tym zakresie i to musiało odbić się echem we wschodniej części Europy. Często jeżdżę do Izraela i zauważam, że imigranci z Rosji zachowują się tak, jakby zostali zaszczepieni przeciwko lewicy, jakby dostali zastrzyk, który pcha ich w stronę partii prawicowych, nawet jeśli jest to wbrew ich interesom. Tym razem to ja chciałbym pana o coś zapytać: jak to się stało, że pana rodacy wybrali tę drogę, którą wybrali?
Tak. Co prawda moje własne poglądy polityczne są - i pozostają - do znudzenia konsekwentne. Ale wielu studentów było - a czasem tylko sądziło, że jest - bardziej na lewo niż ja. Moim zadaniem okazało się spieranie z nimi, spieranie się z częścią tej szalonej nowej lewicowej polityki tamtych lat. Więcej miałem sporów z nimi niż z prawicą! W latach 60. prowadziłem na Harvardzie zajęcia o nazwie "Polityczne obowiązki": o rzeczach takich jak obywatelskie nieposłuszeństwo, opór wobec poboru do wojska i lojalność wobec własnego kraju. To był cudowny czas na bycie wykładowcą. Wszystko, o czym się mówiło, elektryzowało studentów. Siedzieli jak na szpilkach, często rozgniewani i oporni, ale słuchający! Dyskutujący. Będąc teoretykiem polityki, miałem dużą swobodę angażowania się w polityczne spory. W teorii polityki w tamtych latach nie było nic akademickiego. Byłem zaangażowany, pełen pasji, w sposób, w jaki nie powinno się być zaangażowanym, gdy jest się np. historykiem. To było bardzo ekscytujące. Ale później ten nastrój zaczął się kończyć, w późnych latach 70. coraz częściej czułem, że studentów ogarnia niepokój, gdy rozmowa zaczyna schodzić na zbyt emocjonalne tory. Krok po kroku przesuwali się w stronę centrum, starali się chronić siebie samych przed entuzjazmem. Przejmowali się jedynie własną wygodą, wynikami na egzaminach, karierą...
Idee są bardzo ważne. Dominujący dziś kapitalizm nie jest jedynie systemem ekonomicznym, to cały zestaw idei. Natomiast Marks trafnie przewidział globalizację kapitalizmu. Każdy "chiński mur" upada - kruszą się wszelkie bariery komunikacyjne czy kulturowe. Po globalizacji kapitalizmu nastąpi globalizacja oporu przeciwko kapitalizmowi, a w konsekwencji powstanie demokracja socjalna na skalę całego globu. Myślę, że ludzie lewicy powinni wspomagać ten proces, ich celem musi się stać powtórzenie w społeczeństwie globalnym tego, co zostało kiedyś osiągnięte w wielu krajach. W drugiej połowie XIX wieku kapitalizm i laissez-faire spowodowały powstanie ruchu robotniczego i rozkwit partii socjaldemokratycznych. Dzisiaj kapitalizm wytwarza podobne nierówności i kryzysy w globalnym społeczeństwie. Naszym wielkim problemem zarówno praktycznym, jak i teoretycznym jest podjęcie decyzji, gdzie jest miejsce na globalny sprzeciw, gdzie jest polityczna przestrzeń, w której mogą się gromadzić pracownicy świata. Dawne państwo narodowe zapewniało konkretne miejsce, w którym polityka solidarności była możliwa. Społeczność międzynarodowa nie zapewnia w tej chwili żadnej przestrzeni o takim charakterze.
Nadzieja leży w ludzkiej naturze. Ale przede wszystkim obserwujemy w międzynarodowej społeczności narastanie tych samych nierówności, które pojawiły się w społeczeństwach wielu krajów w XIX wieku. Nie jest czymś irracjonalnym oczekiwanie podobnej politycznej odpowiedzi w tym przypadku.
Państwo narodowe jest jak dotąd najlepszą areną dla polityki lewicowej. To niepodważalny fakt. Globalizacja jest procesem mającym wielkie znaczenie kulturowe i dającym szanse na rozprzestrzenianie się nie tylko kapitału, ale i postępu społecznego, lecz nie doradzałbym nikomu na lewicy rezygnacji z tych możliwości, jakie daje państwo narodowe.
Cóż, to przez wojnę. Proszę pamiętać, w czasie wojny w Wietnamie, która ciągnęła się przez wiele lat, zginęło 17 tys. żołnierzy, a ponad sto tysięcy zostało poważnie rannych. To było bardzo, bardzo ważne doświadczenie dla Amerykanów i bardzo ich to popchnęło w stronę lewicy. Sporo ludzi opuściło kraj, sporo znalazło się w więzieniu, wielu trafiło do armii wbrew swojej woli. Bardzo wielu ukrywało się między innymi na uniwersytetach, bo tam można było dostać odroczenie - czuli się jednak winni, że nie brali udziału w walkach razem z innymi. To wszystko sprawiło, że z polityką były związane szczególne emocje. I jeszcze jedno: Harvard, Princeton, Yale to były elitarne uniwersytety, jednak ich skład społeczny, poczynając od lat 50., zmienił się radykalnie. Na przykład Princeton, miejsce mojej pierwszej pracy w latach 1962-66, był tradycyjnie białym, protestanckim, męskim uniwersytetem. I nagle pojawili się Żydzi, potem katolicy, a potem czarni - wszelkie systemy kwotowe i mechanizmy wykluczenia zostały przełamane i odrzucone. Na Harvardzie widać to było jeszcze bardziej. W latach 60. Murzyni i Żydzi odegrali niezwykle ważną rolę. Może nie byli zbyt liczni, ale dostarczyli wielu przywódców, a ruch emancypacji Murzynów wyposażył nas we wspaniałą symbolikę. A potem, znienacka, w latach 70. uderzyły kobiety, radykalne feministki. Na tym kampusie, na którym jeszcze niedawno kobiet nie było w ogóle!
Do tej pory zginęło 2,5 tys. ludzi - w porównaniu z 17 tys. jest to wielka różnica. Na dodatek jest to wojna, w której walczy armia zawodowa. Żadne dzieciaki z uniwersytetów nie uciekają przed armią, do której mogłyby zostać powołane. I ten 11 września... Przed Wietnamem nie było ataku na amerykańską ziemię, to wytworzyło całkiem odmienne nastawienie. Wielu irackich uchodźców w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych, także lewicowych, opowiadało się za wojną. Wiedziano o skrajnej brutalności reżimu Saddama. Nawet ci z nas, którzy byli przeciwni wojnie, nie działali z tą samą pasją, co w przypadku Wietnamu, gdzie takiej niejednoznacznej sytuacji nie było. Ja popierałem interwencję w Afganistanie. Niektórzy z moich przyjaciół poparli nawet wojnę w Iraku. Tak naprawdę nikt nie wie, co zrobić. Żyjemy w tak wielkim zamieszaniu ideowym, że nie ma hasła, które moglibyśmy umieścić na transparentach.
Jeśli samemu stworzyło się taki bałagan jak w Iraku, a potem się go po prostu zostawia, to jest to strasznie nieodpowiedzialne.
Cóż, jest miejsce na spór o to, jaką prowadzić politykę, bo są kroki, które można by podjąć, a których ludzie Busha nie robią. Można spróbować uwzględnić interesy okolicznych krajów. Zapytać Iran, Syrię, Turcję, Arabię Saudyjską, jakie rozwiązania w tym regionie chcieliby poprzeć. Oni także mają tu ważne interesy, nie tylko my. Jest wiele dróg do umiędzynarodowienia irackiego dylematu i zmuszenia innych krajów, aby przynajmniej zaczęły odgrywać jakąś rolę w jego rozwiązywaniu. Sądzę też, że należałoby powiedzieć nowej irackiej elicie: "Macie mało czasu, macie rok lub dwa, żeby ustalić między sobą, jak zamierzacie rządzić tym krajem. Dłużej nie zamierzamy was ochraniać". Jedną z rzeczy, która podsyca ten niekończący się konflikt między sunnitami a szyitami, jest ich świadomość, że my jesteśmy gotowi siedzieć tam bez końca. Irak nie może być sprawą wewnątrzamerykańską - a już niemal się nią stał.
W tym wypadku trudno się zorientować, kto w Iraku jest północnym Wietnamczykiem. Sunnici czy szyici. Sytuacja jest inna.
W Iraku są amerykańskie bazy wojskowe, w których za bezpieczeństwo odpowiada prywatna firma. Wielu uzbrojonych Amerykanów zatrudnionych w Iraku nie podlega ani wojskowej dyscyplinie armii Stanów Zjednoczonych, ani irackim sądom. To jest zadziwiająca sytuacja. Wracamy do rozwiązań z dawnych czasów, do czegoś, co jest nie do pogodzenia z nowoczesnym państwem i jego zobowiązaniami. A wszystko to dzieje się pod płaszczykiem kapitalistycznego etosu. Natomiast armia zawodowa jako taka to zupełnie co innego. Nie musi być ona środowiskiem wyobcowanym ze społeczeństwa czy wypranym z wartości. Gdy wykładam w West Point, to słyszę, jak zawodowi żołnierze są niezadowoleni z rzeczy takich jak Guantanamo czy Abu Ghraib - znacznie bardziej niż politycy w Waszyngtonie, bo mają poczucie profesjonalizmu, kodeks honorowy, poczucie obowiązku. Do prowadzenia wojen z udziałem zaawansowanej technologii, takich jakie prowadzą Stany Zjednoczone, nie potrzeba powszechnego poboru. Potrzebujemy za to jakiegoś rodzaju służby narodowej, która mogłaby przybierać wiele form, służby działającej obok "armii specjalistów". Chociażby cywilnych sił rekonstrukcyjnych, które wkraczałyby do akcji po wojnie. Być może żołnierze tej służby powinni stanowić trzon operacji humanitarnych, takich jak ta, do której nie doszło w Darfurze, czy ta, do której nie doszło w Rwandzie. Do tego potrzeba ochotników zdecydowanych brać udział w działaniach, w których nie ma jasnego celu militarnego, za to istnieje jasny cel humanitarny. Służba narodowa, z możliwością wyboru różnego rodzaju zadań i formacji, jest czymś bardzo ważnym. Wyraźnie zabrakło nam tego w Iraku. Ten rodzaj armii, który stworzył Rumsfeld, łatwo wygrał wojnę, ale prawie natychmiast przegrał pokój. Jeśli chciało się wygrać pokój, trzeba było mieć innych ludzi, formacje znacznie liczniejsze niż te, które zdobyły Irak, inaczej wyszkolone - nastawione na ochronę instytucji społecznych, szkół, szpitali, muzeów, miejsc kultu...
Niektóre środowiska lewicy rzeczywiście ponoszą tu współodpowiedzialność, bo nie doceniały i nie doceniają patriotyzmu jako godnego szacunku uczucia, odzwierciedlającego przywiązanie do zestawu wartości i do zbiorowości, gotowość do poświęceń dla innych ludzi.
Każdy ludzki związek, każda wartość, każde ludzkie dzieło jest konstruktem społecznym. Narody są wymyślone. Ale rezultat tego wymyślenia jest czymś zupełnie realnym. Niesie ze sobą lojalność wobec pewnej tradycji, niesie ze sobą pamięć. Każdy, kto żył w XX wieku, musi zdawać sobie sprawę z uczuciowej siły nacjonalizmu w życiu politycznym. Trzeba z tym żyć i radzić sobie, trzeba krytykować złe formy nacjonalizmu i bronić innych form. Podejmowanie wysiłku zaprzeczenia realności nacjonalizmu to szaleństwo. Moje zdanie jest takie: należy przywrócić poczucie lojalności w stosunku do zestawu politycznych zasad, które trzymają nas razem. Widzi pan, właśnie dlatego państwo narodowe jeszcze nie jest przeżytkiem. Kiedyś napisałem esej "The Obligation to Die for the State" ("Obowiązek umierania za państwo"). Skoro państwo istnieje po to, by ochraniać życie swoich obywateli, to dopóki na świecie są mordercy, gwałciciele, terroryści, musimy znaleźć jakiś sposób, żeby zmotywować się do oporu przeciwko nim. Nawet za cenę życia. To miara poczucia lojalności w stosunku do innych ludzi i do zestawu politycznych wartości.
Lewica nie wygrała w Ameryce! Tylko na niektórych obszarach spraw społecznych i kultury rzeczywiście tak było, przede wszystkim w kwestii stosunku do kobiet. Wiele zwycięstw było niekompletnych, a potem przyszły lata aktywności radykalnych grup ewangelikalnych protestantów. Co włączyło ich do polityki? Właśnie niekompletność zwycięstwa lewicy. Triumf prawicy opartej na protestantach był konsekwencją tego, że nie dokonaliśmy rzeczywistego wyrównania nierówności społecznych i ekonomicznych. Uznaliśmy na dodatek, że najważniejsze są zmiany w prawodawstwie, w orzeczeniach Sądu Najwyższego itd. Ewangelikanie uznali natomiast, słusznie, że najważniejsze jest przekonywanie ludzi.
Swoje "zwycięstwo" - używam cudzysłowu, bo trudno w kwestii takiej jak aborcja mówić o zwycięstwie - lewica osiągnęła w sądzie. Niejeden z nas sądzi dzisiaj, że gdyby w wyniku decyzji Sądu Najwyższego prawo do aborcji nie stało się wtedy prawem federalnym, byłoby to paradoksalnie sukcesem lewicy. Ponieważ zmusiłoby to nas do koncentracji na działaniu politycznym, walce o masowe poparcie. Teraz to mobilizacja antyaborcyjna jest masowa, politycznie silniejsza.
Wierzę bardzo mocno w konieczność obrony życia ludzkiego. Po prostu nie uważam, że trzytygodniowy embrion to życie ludzkie. Opozycja wobec prawa do aborcji częściowo wynika z docenienia wartości życia, ale jest także wynikiem opozycji wobec transformacji stosunków między płciami, osiągnięć feminizmu, zmian obyczajowych. Ci sami ludzie, którzy atakują prawo do aborcji, popierają karę śmierci. To hipokryzja.
Prawda. Tylko że ci ludzie chętnie widzieliby znacznie więcej egzekucji. Od lat spór w kwestii prawa do aborcji wygląda tak, że obie strony całkowicie odrzucają argumenty przeciwnika. Ja nie czuję się fundamentalistą w tej sprawie. W Europie Zachodniej zawarto w kwestii aborcji kompromis i myślę, że mógłby on zostać osiągnięty także u nas - jeśli doszłoby do prawdziwego starcia idei. Starcie idei to warunek kompromisu.
p
, ur. 1935, amerykański filozof polityczny i publicysta, obecnie wykładowca Uniwersytetu Princeton. Jeden z czołowych przedstawicieli amerykańskiej liberalnej lewicy, związany z ruchem komunitariańskim. Obok filozofii politycznej zajmuje się m.in. politycznymi aspektami ruchów religijnych, filozofią moralności oraz teorią wojny sprawiedliwej. Jest redaktorem naczelnym znanego lewicowego kwartalnika "Dissent". Opublikował m.in. "The Revolution of the Saints" (1965), "Just and Unjust Wars" (1977), "Spheres of Justice" (1983), "Exodus and Revolution" (1985). Po polsku ukazały się m.in. książki "O tolerancji" (1999) oraz "Spór o wojnę" (2006). W "Europie" nr 3 z 19 stycznia ub.r. opublikowaliśmy wywiad z nim "O lojalności wobec wspólnot, w których żyjemy".