Dziennik Gazeta Prawana logo

Liderzy Marca '68 odwrócili się od robotników

5 listopada 2007, 12:09
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

W rozmowie z "Europą" David Ost mówi o zmierzchu "Solidarności" i o roztrwonieniu przez dawnych działaczy opozycji społecznego kapitału zaufania. Po 1989 roku, zamiast realizować ideały demokracji partycypacyjnej zrodzone w trakcie robotniczych protestów, spora część opozycjonistów zachłysnęła się neoliberalną ideologią i uznała, że jedyną istotną sprawą jest budowanie struktur kapitalizmu. Ost zauważa, że w warunkach istnienia tychże struktur głoszona przez PiS walka z "układem" jest iluzją. "W miejsce rozbitych układów powstaną nowe. Te układy są nieprzyjemne i niesprawiedliwe. Stanowią jednak istotę kapitalizmu. Bo układ to po prostu mechanizm, poprzez który klasy się reprodukują. Polska jest teraz systemem klasowym. Tego chcieliście i to macie".

p

Byliśmy świadkami zwycięstwa opozycji wywodzącej się z roku 1968. W Polsce właśnie to środowisko było najbardziej aktywne, to oni wierzyli, że da się coś zmienić. Byli pod wpływem globalnej fali radykalizmu, widzieli, co dzieje się w Paryżu, w Stanach Zjednoczonych w okresie działania ruchu praw człowieka, przyglądali się ruchowi studenckiemu w Meksyku. Dochodzimy w tym punkcie do dość w Polsce niepopularnej definicji lewicowości: jej najbardziej charakterystyczną cechą jest wiara, że świat da się ulepszyć i że można dokonać tego tylko za sprawą własnego uczestnictwa w życiu politycznym. Jest to oczywiście definicja pochodząca z tradycji Nowej Lewicy, sądzę że najbardziej w obecnej sytuacji trafna. W Polsce w roku 1968 ta grupa przegrała, ale jej członkowie wyciągnęli wnioski - moim zdaniem genialne i przełomowe. Hasło "społeczeństwa obywatelskiego" stało się ich wkładem w globalną politykę. Zarówno rok 1968, jak i 1970 uświadomił im, że systemu nie da się zmienić metodą frontalnego ataku, że o wiele skuteczniejszą metodą niż walka z władzą jest doprowadzenie do przemiany zwykłych ludzi. Nie określałbym tej grupy mianem rewizjonistów. W roku 1971 Leszek Kołakowski napisał "Tezy o nadziei i beznadziejności", esej, w którym wyjaśnił, dlaczego system był niereformowalny, dlaczego rewizjoniści nie mieli racji. A potem stwierdził, że i tak należy działać. Ten esej wyznaczył cele i metody działania polskiej opozycji w latach 70. i 80.

Postrzeganie Okrągłego Stołu w kategoriach zdrady jest wynikiem pewnego nieporozumienia. Jeśli ktoś chce istnieć, walczyć, działać, a jednocześnie woli nie uciekać się do przemocy i środków zbrojnych - musi rozmawiać ze swoimi przeciwnikami, zwłaszcza jeśli dysponują oni siłą fizyczną, ale są otwarci na rozmowy. Jak wielokrotnie podkreślał Andrzej Walicki, ludzie partii powoli przestawali być komunistami. Po roku 1956 porzucili rewolucyjne zapędy. Breżniew nie chciał dalszej rewolucji - wprost przeciwnie, był konserwatystą, który chciał uratować resztki systemu, nowe elity, które ten system zdołał wytworzyć. Podobnie było w Polsce. Ludzie, którzy w okresie powojennym doświadczyli awansu społecznego, zrozumieli w latach 80., że mogą utrzymać swoją pozycję nawet jeśli partia, której ją zawdzięczają, odda władzę. Poczuli się bezpiecznie, bo zobaczyli, że ani podczas Praskiej Wiosny, ani w czasie pierwszej "Solidarności" nikt nie chciał komunistów wieszać. I zdecydowali się władzę oddać. Wobec tego opozycja musiała negocjować. Po to jest się opozycją, żeby korzystać z dogodnego politycznie momentu. Tylko w ten sposób wygrywają ruchy społeczne na całym świecie.

Zacznijmy od tego, że nawiązanie współpracy z katolickimi dysydentami wymusiło fundamentalną wewnętrzną przemianę lewicowego środowiska wywodzącego się z roku 1968. Jego członkowie przestali krytykować Kościół. Przestali nawet nazywać siebie lewicą. Dziś często się twierdzi, że po prostu ukrywali swoją lewicowość. Myślę jednak, że rzeczywiście przestali w nią wierzyć. A co do robotników - intelektualiści znajdowali się w bardzo podobnym położeniu co robotnicy. Obu grupom zależało na tym, by zwiększyć zakres wolności. Intelektualistom przeszkadzała cenzura, robotnikom (co zrozumieli już w 1970 roku) brak związków zawodowych. System - nie tylko w Polsce, ale także w Czechosłowacji, na Węgrzech i gdzie indziej - sprawiał, że grupy, które w kapitalizmie miałyby różne interesy, występowały wspólnie. W roku 1980 intelektualista mógł szczerze myśleć, że jest robotnikiem, a przynajmniej że ma podobne interesy. Bo z powodów strukturalnych rzeczywiście je miał.

Oczywiście. System się rozpadał i pojawiły się rozbieżności interesów. W latach 80. nie było w Polsce podziałów klasowych. Były nierówności, ale to nie to samo co klasy. Klasy występują tam, gdzie grupy społeczne są skonfliktowane, elity mogą przekazać przywileje i bogactwo potomkom, a prości ludzie pracujący zdają sobie sprawę ze swego braku wpływu. Natomiast w dawnym systemie grupy kierowały swoje pretensje do partii, nie do innych grup. Brak własności prywatnej oznaczał, że elita nie miała bogactwa, a mogła przekazać jedynie kontakty i możliwości kształcenia się, które nie zapewniały dzieciom awansu. A robotnikom - wiadomo - zawsze roiło się w głowach, że to właśnie oni powinni mieć głos decydujący. To dlatego w mojej pierwszej książce o "Solidarności" - opublikowanej w roku 1990 - o klasach nie ma ani słowa, a w drugiej, którą napisałem 15 lat później (opisuję w niej polską transformację), klasa jest podstawową kategorią analityczną. Taki rozwój wypadków był zaskoczeniem, ale z perspektywy czasu wydaje się oczywisty: dopiero po roku 1989 w Polsce wreszcie mogły powstać klasy. Problemem robotników stało się to, że nie byli przygotowani do samodzielnej obrony swoich interesów. W latach 70. i 80. mogli liczyć na intelektualistów. Po przełomie już nie, bo intelektualiści z dawnej "Solidarności" po pierwsze zajęli się rządzeniem, po drugie mieli już inne niż robotnicy interesy, a po trzecie - i najważniejsze - zmienił się ich sposób postrzegania rzeczywistości.

W latach 1983-84, w warunkach wielkiej niepewności po wprowadzeniu stanu wojennego i klęsce pierwszej "Solidarności", środowisko to w niezwykły sposób zaczęło odwracać się od robotników, odchodzić od wartości współuczestnictwa. Michnik napisał książkę, o której dziś mało kto pamięta - "Takie czasy", wydaną w 1985 roku. Dokonuje w niej totalnej krytyki Wałęsy i "Solidarności". Pisze, że byli "satrapami", że nie można im było ufać, że było to środowisko niebezpieczne. Niezwykłą popularność zdobyły nagle pisma von Hayeka. Spośród osób nim zafascynowanych pamiętam Jadwigę Staniszkis i Leszka Balcerowicza. Opozycja zaczęła dochodzić do przekonania, że tkwiła w błędzie, uważając powszechną partycypację, powszechne działanie - czyli istnienie społeczeństwa obywatelskiego - za podstawę demokracji. Doszli do wniosku, że kluczową rzeczą jest własność prywatna. Po dojściu do władzy w roku 1989 grupa ta bardzo konsekwentnie zaczęła mówić robotnikom: "Nie możecie protestować, nie możecie strajkować, bo to, co się dziś dzieje, jest fundamentem dla systemu demokratycznego, który będzie w przyszłości działać w waszym interesie". Zresztą w obliczu załamania się Sowietów, również na Zachodzie lewica straciła wiarę w istnienie alternatyw wobec kapitalizmu. W pewnym sensie rok 1989 nie był zwycięstwem opozycji KOR-owskiej, lecz jedynie ludzi związanych z nią, wyrosłych z tego środowiska. Byli to jednak już inni ludzie, którzy przeszli wewnętrzną przemianę. W 1989 nie byli lewicą już od 10 lat.

Pozycja środowiska KOR-u stała się nagle tak silna, że zupełnie przestali dbać o własną wizję. W latach 70. i w czasie pierwszej "Solidarności" mieli pewną propozycję dla ludzi - budowanie aktywności obywatelskiej, o którym mówiłem. Po porażce "Solidarności" to środowisko zaczęło myśleć zupełnie inaczej. Porzuciło swoje stare wizje i stało się rzecznikiem powstającego kapitalistycznego porządku. Nawet jeśli w głębi serca zachowało stare partycypacyjne ideały, nie wyrażało ich głośno. Stwierdziło, że jakikolwiek bunt jest niebezpieczny. Dawni KOR-owcy przestali ufać ludziom. Zaprzepaścili swój rząd dusz. W zasadzie dobrowolnie oddali pole Kaczyńskim. Pytanie nie powinno zatem brzmieć: "Dlaczego ta grupa przegrała?", lecz "Dlaczego do przegranej doszło tak późno?". Oni w zasadzie już po roku - poza kapitalizmem - nie mieli ludziom nic do zaoferowania!

To kolejne nieporozumienie. Przez tę uczciwość rozumieli mówienie ludziom, że będzie im źle przez kolejne 10-20 lat. Nie potrafili się zdobyć nawet na gesty solidarności. Nikt na Zachodzie nie prowadziłby takiej polityki, bo w demokracji liczą się głosy, a głosy zdobywa się właśnie za sprawą solidarności, przynajmniej tej symbolicznej. Tymczasem Kaczyńscy - którzy już w roku 1990 byli najlepszymi politykami w obozie "Solidarności" - rozumieli, że nowy system spowoduje gniew i doprowadzi do konfliktów. O ile środowisko KOR-u chciało nie dopuścić do wyrażenia tego gniewu, o tyle oni podjęli próbę jego organizacji. Ani wtedy nie byli, ani dziś nie są przeciwnikami gospodarki liberalnej. Nie widzę, by jakoś szczególnie chcieli poprawić sytuację mniej zamożnych. Mówią jednak to, co robotnicy chcą usłyszeć: "Jest wam źle!", "Zrobiono wam krzywdę!", "Balcerowicz musi odejść!". No tak, Balcerowicz musi odejść, ale Gilowska musi zostać.

Czas Leppera nie dobiegł jeszcze końca. Jak do tej pory, grał bardzo mądrze i sądzę, że może mieć przed sobą wielką przyszłość. Co do Kaczyńskich, to odnoszę wrażenie, że cały swój wysiłek kierują obecnie na budowę własnej partii, tak by wygrać następne wybory i przerwać zasadę niestabilności rządzącą polską polityką w ostatnich kilkunastu latach. Na razie wydaje się, że może im się to udać, i to nie tylko dzięki dobrej koniunkturze gospodarczej. Są także skuteczni w budowaniu szerokiej partii prawicowej. Z jednej strony przechwytują elektorat LPR, z drugiej puszczają oko do liberałów, jak na przykład premier w niedawnym wywiadzie dla "Dziennika".

Dla mnie, Amerykanina, to całe gadanie o korupcji i układzie jest po prostu zabawne. Zwłaszcza w połączeniu ze stwierdzeniem, że przez te układy nie ma prawdziwego rynku. Akurat jest odwrotnie. Bo kapitalizm polega właśnie na układach - dzieci tego, kto ma pieniądze i władzę, będą miały pieniądze i władzę. Rozumiem niesmak Kaczyńskich i wielu innych Polaków, którzy widzą, że najbogatsi ludzie w ich kraju dorobili się majątku dzięki powiązaniom w poprzednim systemie. Jednak oczekiwanie, że tylko moralni i uczciwi będą mieć pieniądze, jest utopią. W kapitalizmie tak się nie stanie.

Że będzie dobrze działać, jeśli tylko rozbijemy układy. Tyle tylko że w miejsce rozbitych układów powstaną nowe. Wykładam teraz na prywatnej uczelni w stanie Nowy Jork, gdzie jest parę tysięcy studentów. To nie jest ścisła elita, ale prawie. Studenci są tam wysyłani przez rodziców po to, by zawrzeć znajomości, które wzmocnią ich pozycję w przyszłości. W szkole działają "fraternities", korporacje studenckie, na członkostwo w nich można się powołać w dorosłym życiu. To pomaga, a czasami wręcz pozwala załatwić wiele spraw. Również w polityce. Bush i Kerry należeli do tej samej "fraternity". Te układy są nieprzyjemne i niesprawiedliwe. Stanowią jednak istotę kapitalizmu. Bo układ to po prostu mechanizm, poprzez który klasy się reprodukują. Rozumiem chęć rozbijania akurat tego układu, który w Polsce wytworzyli dawni członkowie partii komunistycznej. Życzę nawet rozbijającym dobrze, bo też nie lubię układów. Ale muszą zdać sobie sprawę, że to ani nie zmieni istoty systemu, ani nie zapobiegnie powstaniu kolejnych układów również wykluczających normalnych ludzi. Tak jak mówiłem, Polska jest teraz systemem klasowym. Tego chcieliście (i chyba nic w tym złego) i to macie.

Partie muszą tak działać. Na uczynieniu PiS symbolem antyliberalnej polityki można wiele zyskać. Lewica jest pod tym względem w o tyle korzystniejszej sytuacji, że największa partia opozycyjna, Platforma, ze względu na własny konserwatyzm i podejście do lustracji jest niezbyt w tej kontestacji wiarygodna. Oczywiście jest to działanie populistyczne, ale w populizmie nie ma niczego złego. Na Zachodzie wszyscy są populistami. Na tym polega demokracja - trzeba zdobyć poparcie ludzi. Polscy liberałowie z dawnego KOR-u wiele stracili, ignorując tę prawdę.

p

, ur. 1955, profesor politologii w Hobart and William Smith Colleges w stanie Nowy Jork, wykładał również na Uniwersytecie Warszawskim i Central European University. Od lat 70. blisko związany z polską opozycją demokratyczną. Jest autorem wielu artykułów i książek o przemianach w Europie Środkowo-Wschodniej, m.in. "Solidarity and the Politics of Anti-Politics. Opposition and Reform in Poland since 1968" (1990), "Workers After Workers' States" (2001). Jego najnowsza monografia "The Defeat of Solidarity: Anger and Politics in Postcommunist Europe" ukaże się po polsku w przyszłym roku nakładem wydawnictwa Muza. Jej fragment opublikowaliśmy w "Europie" nr 2 z 11 stycznia br. Kontakt: ost@hws.edu

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj