Przedstawiamy dalszy ciąg dyskusji "Europy" na temat statusu literatury i krytyki literackiej oraz ich odniesienia do rzeczywistości. Dziś Andrzej Werner, którego tekst "Pochwała dekadencji" ("Europa" nr 19 z 10 maja br.) sprowokował całą debatę, odpowiada na zarzuty Michała P. Markowskiego ("Precz z dekadencją", "Europa" nr 22 z 31 maja br.). Uznaje, że w większości są one oparte na przeinaczaniu bądź świadomym niezrozumieniu jego własnej argumentacji. Można jednak dopatrzyć się w nich poważniejszych i bardziej niepokojących wątków. Markowski manifestuje wedle Wernera swoiście kapitulancką postawę. Postuluje, by literatura oddała się swobodnej grze z językiem, którego odniesienie do świata zostało unieważnione. Uznaje rzeczywistość "za co najmniej niejasną, a więc niegodną uwagi" i przyjmuje "pragmatyczną wizję, że wszystko jest starciem specyficznych interesów w walce o własną pozycję, zakres oddziaływania, władzę na polu bitwy lingwistycznego darwinizmu".
p
Markowski woła: precz! To, co miało być polemiką z moimi argumentami, doskonale potwierdziło zasadność obaw wyrażonych w tekście "Pochwała dekadencji". Niesprzyjająca rzeczowej dyskusji furia polemisty została, przyznam, częściowo sprowokowana. Mój tekst istotnie mierzył w dyrektywy poznawcze - tu kusi cudzysłów - wyznawców takiej ideologii humanistycznej praktyki, jaką wyznaje i z godną podziwu płodnością wprowadza w życie Markowski. Artykulik "Precz z dekadencją" szczególnie wyraziście odsłania jej konsekwencje. Obok okrzyków nacechowanych wybitnie krytycznymi emocjami Markowski wznosi też okrzyki pozytywne. Jest "precz!", powinno zatem być i "niech żyje!". Wyróżniona zostaje w ten sposób "interpretacja". Gotów jestem nawet przyłączyć się do tej admiracji. Chciałbym tylko zapytać, kto i jak interpretuje. Jak? - tu otwierają się niemalże nieskończone możliwości, ale pod jednym warunkiem - musi zostać zachowany kontakt z tym, co się interpretuje. Kto? - z pewnością nie polecałbym jako interpretatora Markowskiego. Właśnie dlatego, że wspomnianego warunku nie spełnia. Nie interpretuje; kroczy i każe się podziwiać. Nie prowadzi dialogu z tekstem, monologuje, z wielkim z siebie zadowoleniem rozpościera pyszny własnym zdaniem pióropusz. I mocą swoich "interpretacji" robi ze mnie głupka-niedouka. A co najmniej odsyła do lamusa. Nie mnie oczywiście sądzić, na ile owa kwalifikacja może być uzasadniona. Jest ona jednak niedopuszczalna z zupełnie innego względu. Dyskusja z głupkiem jest z zasady nieciekawa. Toczy się w kręgu rozróżnień elementarnych, zaprzeczeń oczywistych, które nie przyciągną zainteresowania czytelników, nie przyniosą im korzyści poznawczych, za to zapewne wzmocnią i tak dobre samopoczucie polemisty. Markowski wprowadza pojęcia-cepy, bezlitośnie młóci nimi powietrze, aż wreszcie ustawia palisadę, przez którą żadne zwierzątko-myślątko przedrzeć się nie zdoła.
"Powiedzmy to jasno: kiedy ktokolwiek ze znienawidzonych przez Wernera krytyków rzeczywistości (nazywa on ich oczywiście ponowoczesnymi) powiada, że rzeczywistości nie ma, to chce jedynie powiedzieć i ja się z tym zgadzam - że nie ma rzeczywistości samej w sobie, niezależnej od języków opisu i sposobów patrzenia. To nie >>pojęcie opisu<<, jak sugeruje fałszywie Werner, >>staje się uzurpacją<<, ale pojęcie opisu neutralnego, niezabarwionego światopoglądowymi przesłankami, nieopartego na rozmaitych, najczęściej niedostrzegalnych lub całkiem zwyczajnie wypieranych z pola świadomości determinantach". Markowski głęboko, ale całkowicie nietrafnie wnika w moje emocjonalne zaangażowanie. "Krytycy rzeczywistości" nie są bynajmniej przeze mnie znienawidzeni, a już zwłaszcza en bloc. Przeciwnie - sporo się od wielu z nich (jeśli myślimy o tych samych postaciach) nauczyłem. Po drugie nie nazywam ich nowoczesnymi, choćby dlatego że właśnie w tym szkicu kwestionuję użyteczność tej terminologii. Co innego krytyczne sprawdzenie wszelkich - językowych, ideologicznych, światopoglądowych - uwikłań i determinant takiego a nie innego postrzegania rzeczywistości, co innego natomiast redukcja tego postrzegania do determinant, co innego wreszcie proces teoriopoznawczy, co innego zaś przekonanie, że skoro "czystej" rzeczywistości odkryć i opisać niepodobna, to już w sensie metafizycznym rzeczywistość nie istnieje, a przynajmniej nie warto zawracać sobie nią głowy. W języku teoretycznym tego rodzaju skrajne postawy bywają wprost formułowane, ale hipertrofia krytycyzmu - bo przeciw niej występowałem i występuję, a nie przeciw samemu krytycyzmowi - znajdowała i znajduje wyraz przede wszystkim w wyprowadzanych stąd dyrektywach poznawczych, w praktyce nauk humanistycznych i w samej produkcji literackiej. Nie napisałem traktatu teoriopoznawczego, zajmuję się raczej skutkami radykalnych założeń w szerokiej sferze życia kulturalnego. Tekst Markowskiego dostarczył mi kolejnego dowodu na to, że te konsekwencje są istotnie żałosne. Moje założenia poznawcze "interpretuje" Markowski jako kalkę myślenia księdza Chmielowskiego: "Rzeczywistość jaka jest, każdy widzi". Tajemnicą polemisty pozostanie źródło takiego sądu. Z pewnością nie jest nim "Pochwała dekadencji". A może jakieś inne moje pisanie? Pierwszą, niejako fizykalną rzeczywistością, z jaką styka się interpretator, jest litera tekstu. Oczywiście to jeszcze niewiele znaczy. Poza świętym przykazaniem, że tej litery przekraczać nie wolno. Cała reszta zależy od tego, jakie pytania zostaną zadane tekstowi, czym, gdzie i po co interpretator ów tekst nakłuje. Dobro publicznej debaty zyska, gdy w odpowiedzi na nakłucie tekst wyda dźwięk możliwie czysty i piękny. Inaczej mówiąc: odsłoni jakieś nowe, a przynajmniej nieoczywiste realności, przede wszystkim - duchowe. Nie zawsze jest to możliwe. Pamiętajmy jednak, że nie tylko autor interpretowanego tekstu, ale również interpretator jest ograniczony siecią determinant: ideologicznych, światopoglądowych, wreszcie - językowych. Przed badaczem świadomym mediatyzacji własnego i innych postrzegania stoją zatem dwie, różne w swej istocie strategie. Jedna wyciągnie konsekwencje z przemieszania determinant i słowników, uzna rzeczywistość za co najmniej niejasną, a więc niegodną uwagi, przyjmie pragmatyczną wizję, że wszystko jest starciem specyficznych interesów w walce o własną pozycję, zakres oddziaływania, władzę, postara się wygrać na polu bitwy lingwistycznego darwinizmu. Zachowując dla spokoju sumienia (a cóż to za zwierzę?) utopię pospólnych interesów w duchu Rorty'ego (odtrutka na niebezpieczeństwa agresywnego nietzscheanizmu) i jego uczniów. Druga strategia równie świadoma uwikłań zarówno własnych, jak i tekstu, postępuje w przeciwnym kierunku. Starannie analizuje obustronne rozbieżności języków i usilnie dąży do tego, by dostosować język interpretacji do języka przedmiotu, tak aby lepiej, głębiej - choć przecież nigdy całkowicie - wniknąć w zaklętą w nim tajemnicę. Czyli - innymi słowy - w rzeczywistość. Stosuje różnorodne techniki ograniczenia własnych nawyków poznawczych, a zatem i językowych, znane przecież i stosowane, poczynając od redukcji fenomenologicznej. Zapewne nawet łatwiej ograniczyć oddziaływanie sfery własnych interesów, o której Markowski pisze - odnosząc się do życia literackiego, nie zaś do gry giełdowej - że jest nieodłączna od poglądów. Proszę zauważyć tę subtelną różnicę między uwzględnieniem sfery interesów a przyjęciem, iż jest ona nieusuwalna, a więc w pełni usprawiedliwiona, zaś bezinteresowność poznania należy włożyć między bajki. Świat, jaki jest, taki jest, kto nie uzna tej zasady - przegrywa. Wolę przegrać. Albo, wyposażony w tę wiedzę, założyć dobrze prosperującą firmę produkującą cegłę dziurawkę. Zgaduj-zgadula, skąd to porównanie wziąłem i dlaczego je przypomniałem. Ktoś rozumujący inaczej niż Markowski, nie wiedząc, co jest prawdą, zakładając, że tak jak różne rzeczywistości istnieją także różne prawdy o niej różnych sfer gigantycznej magmy życia tyczące, różnorako opisywane i odczytywane, chce się wsłuchać w tę jedyną, w osobny ton wyposażoną. Przedłużyć jej istnienie, zrozumieć, ocalić, porozumieć się wzajemnie. Dążenie do prawdy, choćby najbardziej sceptyczne, wyklucza swobodną grę interesów w relacjach z tekstem, ale też i drugą osobą. Stawia granice, gwarantując wszakże co najmniej honorową porażkę. Żyjemy na rozdrożu różnych języków, staramy się kontrolować emocje, które są w dużym stopniu przywiązane do tego najbardziej własnego. Efektowna, ale i niebezpieczna formuła, że granice mojego języka są granicami mojego świata, nie jest do końca prawdziwa. A zatem jest nieprawdziwa, nie odpowiada naszej złożonej obecności w świecie. Nie znając prawdy, może poza swoją własną (a tu też należałoby użyć liczby mnogiej), szukamy jej, dążymy do niej, choćby niedosiężnej, ale przecież zauważalnej w niezliczonych językowych, ale także egzystencjalnych odpryskach. To stosunek krytyka do przedmiotu, jeśli przedmiot na to pozwala, ale i twórcy wobec enigmy otaczającego życia. Skupmy się na chwilę na tym obszarze - pamiętając, że cały czas mowa jest o rzeczywistości i "rzeczywistości", którą mi wmawia Markowski. Nie żądam przecież od literatury opisu nazwanej i dość oczywistej rzeczywistości: przemian ustrojowych, transformacji, walk politycznych, korupcji, nędzy i bogactwa - słowem tego "co każdy widzi" - i w rzeczonym tekście pisałem o tym wprost. Dobrze, jeśli to wszystko istnieje gdzieś na zapleczu: nie żyjemy wszak w próżni, również i z tej powierzchni wyrastają ludzkie dylematy, rodzą się trwałe przyzwyczajenia i postawy. Są to jednak sfery dostępne innemu poznaniu, nieustannie opisywane i komentowane w całym swoim skomplikowaniu interesów partyjnych, politycznych, ekonomicznych i jakich tam jeszcze. Kto kopiuje rzeczywistość, kopiuje jedynie językowe schematy potocznych spojrzeń. Wydawałoby się to zbyt oczywiste, by się nad tym dłużej rozwodzić. Od literatury, ale także od filmu i teatru oczekuję czegoś innego. Nie opisania rzeczywistości powszechnie dostępnej (w istocie zazwyczaj zmistyfikowanej, częściowo albo tylko pozornie dostępnej), ale odkrycia jej nieznanych pokładów. Zasłoniętych zmysłem praktyczności, konceptualizacją na usługach różnorakich interesów. Jeśli w każdym poznaniu wskazana jest jak najdalej posunięta kontrola interesownych, apriorycznych założeń, to w obrębie sztuki bezinteresowność jest wymaganiem tym bardziej niezbędnym. Również - bezinteresowność poznawcza. Pisarz nie musi rozsądzać, kto miał rację: Anna Karenina czy jej zdradzany mąż, prawić morałów, ferować wyroków. I na tym polega jego uprzywilejowana rola. Wystarczy (ba, łatwo powiedzieć...), że wniknie w materię życia niepodległą wobec jakiejkolwiek jednoznaczności. W jej wewnętrzny dramat nieredukowany do jakiegokolwiek rozwiązania. Co jest po drugiej stronie? O tym pisałem w "Pochwale dekadencji". A więc, w telegraficznym skrócie: literatura, która od niejasnej i jakże trudno dostępnej rzeczywistości odwraca się, chętnie uznaje dominację słów nad rozpoznaniem świata i grą nimi zastępuje odpowiedzialność za własne, pisarskie uczestnictwo. Jedni pisarze dostają się później pod opiekę różnych medialnych grup interesów i mamy literaturę jak się patrzy. Inni, zwłaszcza jeśli wyłamują się z modnych tendencji, giną gdzieś w zgiełku nowinek wydawniczych. Tak daleko posunięte uogólnienia są oczywiście niesprawiedliwe, niemniej wskazują na dominującą tendencję, tak zażarcie bronioną przez Markowskiego. Z żalem nie wymieniam przykładów nowych dokonań naszej prozy, które omijają wskazaną mieliznę.
A właściwie cepik, ustrojstwo niewielkie, o wyjątkowo prostej konstrukcji. Otóż Markowski dowodzi, że media są i będą, czy chcę tego, czy nie chcę, a ponadto stanowią bardzo użyteczną trybunę głoszenia słusznych poglądów. Naturalny i jakże donośny sposób społecznej komunikacji. Nawet ja - Werner z niego właśnie korzystam, a jeśli zarazem korzystam i krytykuję, to jestem cynikiem. Czy muszę tłumaczyć, że nie myślę o mediach takich czy innych, różnych oczywiście i niejednokrotnie umożliwiających Markowskiemu prowadzenie udatnych dyskusji literackich, także i mnie niekiedy służących? Że mowa jest tu nie o "Tygodniku Powszechnym", "Gazecie Świątecznej" czy "Europie", kanałach telewizyjnych "Kultura" czy "Arte". Że poświęciłem uwagę systemowi wyboru informacji, kreacji wydarzeń, kontroli obrazu rzeczywistości poddanej naciskom obecnym i poza mediami, tu jednak występującym w szczególnym stężeniu i na obszarze globalnym - z własnym nadrzędnym wyróżnikiem w postaci popłatności, skrajnego skomercjalizowania takiej a nie innej selekcji. Czy standaryzowana w niemal wszystkich stacjach telewizyjnych od Władywostoku po Los Angeles i od Oslo po Melbourne wizja rzeczywistości, z lokalnymi jedynie odmianami, nie stanowi wyzwania i zobowiązania dla literatury i kina na całym tym obszarze? Trzeba wyjątkowo złej woli, by tak wszystko poprzekręcać i na paru stronach snuć zupełnie bezprzedmiotowe dywagacje.
A cóż to znowu takiego? Ten argument w roli obraźliwego epitetu dawno się już nie pojawiał. Cóż jest jego opozycją, kto jest modelowym nie-mieszczaninem: świadomy robotnik? Ponieważ Markowski nie jest wtajemniczony w moje klasowe pochodzenie, wnioskuję, że ma to wszystko związek z jakościami intelektualnymi. I rzeczywiście: przywołany zostaje Roland Barthes i inspirowane przezeń rozważania na temat mieszczańskiego intelektualisty. Znowu nie rozumiem, co mam z tym wszystkim wspólnego, ale trop jest istotny, gdyby ktoś chciał szukać myślowego zaplecza mojego szanownego polemisty. "Pochwała dekadencji" była pierwotnie tekstem znacznie obszerniejszym. Zapewne Markowski nie czytał jego pełnej wersji, ale - jak już dowodziłem - nie ma to większego znaczenia. Chciałbym tu jedynie przytoczyć pominięty fragment, który wydaje mi się korespondować z sygnalizowaną kwestią. "Wielu późniejszych prawodawców ponowoczesności, zwłaszcza we francuskim środowisku intelektualnym, przeżyło w okolicach 1968 roku fascynację ideami Nowej Lewicy. Trudno powstrzymać się od wrażenia, że gwałtowna krytyka nowoczesnego rozumu była u nich rodzajem reakcji na upadek politycznej mitologii własnej młodości. Polityczne mity: najpierw Związek Radziecki a potem chińska rewolucja kulturalna, straciły swą moc, przestały nagle być atrakcyjne. Były całe biblioteki relacji i danych, ale dopiero Sołżenicyn, a w wymiarze filozoficznym Leszek Kołakowski zatrzymali fascynację komunizmem. Zemstą tych, którzy bezpowrotnie utracili ideologię obiecującą lepszy i sprawiedliwszy kształt świata, było unieważnienie języka jako narzędzia wypowiedzi człowieka o świecie. Każda wypowiedź jest podporządkowana dyskursowi ustanawiającemu i podtrzymującemu, świadomie czy nieświadomie - to nie ma najmniejszego znaczenia - pewien porządek władzy, jest więc w gruncie rzeczy zideologizowana. Gdy wszyscy są winni, znika pojęcie winy, odpowiedzialności za słowo. Literatura jest najbardziej niewinna, gdy otwarcie rezygnuje z jakichkolwiek funkcji przedstawiających: referencjalnych czy też autoreferencjalnych i przyjmuje postać gry według określonej konwencji. A zatem odnosi się raczej do innych systemów językowych niż samej rzeczywistości. Szczególnie jednak ważne i pociągające, że dzięki tak wybranej strategii demistyfikującej skrycie ideologiczne postawy i zachowania, w tym zachowania słowne, formacja ta mogła zachować swój rewolucyjny etos i znienawidzonego wroga, czyli system kapitalistyczny. Wobec kompromitacji marksistowskiego systemu pojęciowego >>kapitalizm<< musiał zostać nazwany inaczej - czy to nie właśnie w ten sposób zrodziło się pojęcie nowoczesności? Jakoby ideologicznie niewinne, bo kładące nacisk na pozornie odideologizowane współczynniki dzisiejszej cywilizacji łącznie z ich oświeceniowymi korzeniami, co wskazuje, iż rzecz tyczy rozważań filozoficznych (rola Rozumu), nie zaś ideologicznych. Spróbujmy zastosować do tej argumentacji Derridiańską dekonstrukcję bądź też Foucaulta analizę dyskursu dominującego...". I co teraz? Przynajmniej mam rozwiązaną sprawę następnego cepa (nr 4) - marksistowskiego, którym Markowski usiłuje mnie dosięgnąć, podpierając się - o dziwo - Ignacym Fikiem. Mógłbym się odegrać odwracając zarzut marksizmu, ale wyrosłem już z podwórka i nie bawię się w przezywanie. Bardziej by mnie nawet zajęło odwrócenie zarzutu mieszczaństwa, bo czyż podobne unieruchomienie kultury jako gry o swobodnie zmienianych regułach (a nakłujmy Gombrowicza Lacanem, może odpowie jak Lacan? - ależ tak, pewnie że odpowie - przecież to Markowski cały czas gada) nie odcina jej od sfery praxis, nie skazuje rzeczywistości na domniemaną niezmienność - a to przecież pasuje jak ulał do wyznaczonych przez Markowskiego za Barthes'em kryteriów mieszczańskiego światopoglądu. Ale - powtarzam, nie bawi mnie ta dziecinada. Pozostaje jeszcze pytanie, o co właściwie tu chodzi, w jakim celu Markowski prowadzi tę hochsztaplerkę? Odpowiedź pada już w pierwszym akapicie. Otóż Markowski sugeruje, że - zgodnie zresztą z własnymi założeniami - chodzi jak zwykle o władzę. Do niej sprowadzają się różnice pokoleniowe: mój artykuł według tej interpretacji jest biadoleniem "sprawnego niegdyś narzędzia samopoznania literatury", które utraciło przywilej ustalania kanonów - jest on dzisiaj w innych rękach. Jeśli Markowski myśli o swoich rękach - szczęść Boże. Trzeba tylko zadbać o taki system pojęciowy, który nie wykluczałby zbożnego celu, skądinąd nigdy mnie specjalnie nie pociągającego. Kanon nie kanon, jest to może niezbyt fortunny, ale jakże wyraziście odsłonięty znak miejsca, prestiżu. Wszystkie zebrane przesłanki świadczą jednoznacznie, że uprawianie humanistyki Markowski pojmuje dokładnie tak samo, jak każdy pozbawiony skrupułów karierowicz.
p
, ur. 1940, badacz literatury, krytyk filmowy, profesor w Instytucie Badań Literackich PAN, wykładowca warszawskiej Akademii Teatralnej. Zajmuje się głównie powojenną literaturą i kulturą polską - pisał m.in. o twórczości T. Borowskiego ("Zwyczajna apokalipsa" - 1981) i J. J. Szczepańskiego ("Wysoko, nie na palcach" - 2003). Oprócz tego opublikował m.in. książki "Polskie, arcypolskie" (1987) oraz "Pasja i nuda" (1991). W "Europie" nr 19 z 10 maja br. ukazał się jego tekst "Pochwała dekadencji".