To była zwykła przepustka, na którą wybrał się do Kabulu z bazy w Bagram. Przed meczetem stał tłum ludzi, pogrążonych w modlitwie. Wtedy nastąpił wybuch - eksplodował samochód wypełniony materiałem wybuchowym.

"Usłyszałem nieprawdopodobny huk, fala gorąca przewróciła mnie na ziemię. Leżąc, nie mogłem się ruszyć, widziałem wokół latające ludzkie szczątki. Z dwóch małych dziewczynek, które stały niedaleko mnie została jedynie krwawa miazga. Jedna z nich jeszcze przed chwilą tuliła szmacianą zabawkę, teraz lalka leżała na zakrwawionej ulicy - tego widoku nie zapomnę do końca życia" - opowiada dziennikowi.pl porucznik Leszek Stępień, który służył w 2003 roku w Afganistanie.

Stępień leżał w kałuży krwi blisko pół godziny, zanim odnaleźli go ratownicy. "To było coś strasznego. Wokół obrazy jak z piekła, a ja niczego nie słyszałem, żadnych krzyków czy jęków" - mówi. Potem okazało się, że huk bomby uszkodził mu bębenki słuchowe.

"Czułem ból w lewej stopie i paniczny strach, że straciłem nogę. Nie miałem siły, żeby podnieść głowę i obejrzeć, jakie mam obrażenia. Wtedy po raz pierwszy od wielu lat zacząłem się modlić..." - opowiada drżącym głosem.

Stępień ma amputowaną stopę. Przez pół roku leżał w szpitalu wojskowym we Wrocławiu. Diagnoza lekarzy - wojenny szok pourazowy.

"Do dziś budzę się czasami z krzykiem, bo obraz tej masakry wraca. Mam dwie córeczki, jedna ma 8, a druga 10 lat. Tyle mniej więcej miały dziewczynki, które zginęły tuż koło mnie" - dodaje.

Porucznik Leszek Stępień służył 12 lat w jednostce saperów z Opola. Afganistan to była jego pierwsza wojskowa misja. Dostał od wojska odszkodowanie i rentę.

Reklama