Roman Giertych chyba sam nie wierzy w zapewnienia o naprawie polskiej szkoły, którymi karmi uczniów i nauczycieli. Bo na sześcioletniej córce nie chciał ich testować. Wolał słono zapłacić za prywatną szkołę - 590 zł miesięcznie. I zaoszczędzić dziecku "przykrych doświadczeń" z publiczną edukacją za młodu. Posłał więc swoją pierworodną do jednej z najbardziej luksusowych szkół w Warszawie.
Czego tutaj nie ma! Nauka dwóch języków od małego. A zamiast zwykłego, nudnego wuefu - taniec i pływanie. Do tego najlepsi nauczyciele i ekskluzywne wnętrza. Czyli to wszystko, o czym większość polskich uczniów może tylko pomarzyć.
Minister Giertych mógł posłać córkę do podstawówki niedaleko swojej willi w pobliskich Łomiankach. Tam klasy są tak przepełnione, że prawie 50 uczniów chodzi na tzw. drugą zmianę. "Nie mamy ani sali gimnastycznej, ani boiska" - opowiada "Faktowi" dyrektorka szkoły Joanna Cackowska. To, czy maluchy zażyją ruchu, zależy od pogody. Gdy jest ładna, biegają po trawniku. Gdy pada, tłoczą się w ciasnym korytarzu.