Andrzej Rychard, zastanawiając się nad sensem pojęcia "układ", zwraca uwagę, że sieciowe powiązania będące jego istotą nie zawsze mają charakter patologiczny. Słabością analiz układu tworzonych na użytek bieżącej walki politycznej jest właśnie niemożność odróżnienia dobrych i złych typów układu. Do tych pierwszych można zaliczyć np. instytucje społeczeństwa obywatelskiego. Rychard sugeruje, że PiS-owska "walka z układem" jest w istocie podporządkowana głębszej logice zmiany pokoleniowej - młodsza generacja polityków pragnie zniszczyć elity III RP, by zająć ich miejsce.
p
Trudno o termin równie niejasny i równie często używany w polskim życiu publicznym co "układ". Ta niejasność definicji nie dziwi, bo im mniej dokładnie jakieś pojęcie się określi, tym łatwiej jest go użyć w walce politycznej. Układ można zatem rozumieć jako konkretny problem społeczny czy polityczny, lecz również jako pewien model służący konceptualizacji rzeczywistości. W tym drugim znaczeniu - w kategoriach bliższych naukom społecznym - jest pewnym rodzajem sieci.
Przywykło się uważać, że określenie "sieć" wyjątkowo dobrze nadaje się do opisu społeczeństw i państw pokomunistycznych - rzekomo dlatego, że hybrydowym pojęciem sieci łatwiej jest analizować hybrydowe stosunki społeczne. Nie do końca zgadzam się z tym podejściem, uważam bowiem, że im bardziej niejasne jest zjawisko, tym bardziej jasnych i jednoznacznych kategorii potrzebujemy do jego opisu.
Sieci czasami nie są patologiczne, niekiedy ocierają się o patologie, a czasami ich patologiczny charakter nie ulega dyskusji. Ta ostatnia kategoria - powiązania między skorumpowanymi politykami a nieuczciwymi biznesmenami - jest chyba najbliższa temu, co przez "układ" rozumieją liderzy PiS. Mówienie o tym, że mafie trzeba zwalczać - jakkolwiek politycznie istotne - jest jednak intelektualnie oczywiste. Prób empirycznej identyfikacji struktur klientelistycznych było zaś w Polsce niewiele - najlepiej mi znaną jest praca Kai Gadowskiej, która zajęła się spółkami węglowymi. Nawet Rafał Matyja prezentuje podejście raczej teoretyczne, obstając przy tym, że układ ma właściwości systemotwórcze, mimo iż przyznaje, że jego cechy ontologiczne pozostają nierozpoznane. Rodzi się oczywiście pytanie, w jaki sposób coś, czego istnienia (czy też "sposobu" istnienia) do końca nie możemy być pewni, może mieć zdolności systemotwórcze.
Policyjny stosunek do układu utrudnia zrozumienie mechanizmów instytucjonalnych czy, jak określa to Matyja, proceduralnych. O układzie mówi się jako o swoistym pasożycie żerującym na czymś, co ze swojej natury jest zdrowe, i nie próbuje się odkryć logiki rządzącej całością systemu pokomunistycznego. Warto przyłożyć większą wagę do zrozumienia mechanizmów instytucjonalnych, struktury interesów, sposobów reprodukcji systemu. Nie powinniśmy skupiać się na analizie pasożyta, który przecież jest gdzieś ulokowany. Najważniejsze jest zrozumienie, w jaki sposób się tam znalazł i w jaki sposób rzeczywistość ukryta komunikuje się z rzeczywistością jawną.
Trzeba pamiętać, że strukturę sieciową mają nie tylko mafie i związki klientelistyczne, lecz również społeczeństwo obywatelskie, sieci samoorganizacji, struktury wzajemnego zaufania. We współczesnej socjologii sieci uważa się nie za patologię, lecz trzecią, obok rynków i hierarchii administracyjnych, metodę społecznej koordynacji. Pojawia się więc pytanie, w jaki sposób odróżnić sieci dobre od złych. W największym uproszczeniu można powiedzieć, nawiązując do klasycznej pracy Putnama, że w sieciach obywatelskich dominują relacje poziome, a w sieciach patologicznych, klientelistycznych - pionowe.
Polskie społeczeństwo jest dziś bardzo silnie spolaryzowane. Silniej na poziomie świadomości (podział na Polskę "liberalną" i "solidarną" dobrze się sprzedał) niż na poziomie rzeczywistej struktury społecznej. W takiej wizji kraju i społeczeństwa - w której "układ" lokowany jest po stronie liberalnej - nie ma środka, który w rzeczywistości istnieje (z badań Henryka Domańskiego wynika, że blisko 40 proc. polskich przedsiębiorców było wcześniej robotnikami) i który powinien znaleźć odbicie na scenie politycznej. Pojęcie "układu" użyte do walki politycznej podwyższa także poziom agresji i zwiększa odległość między obiema Polskami. Jeśli wierzyć zapewnieniom wrogów "układu", że zależy im na silnym państwie i inkluzywnym społeczeństwie, działanie to wydaje się politycznie przeciwskuteczne i oparte na błędnej diagnozie.
Nawet jeśli - jak twierdzili swego czasu niektórzy liderzy PiS - społeczeństwo obywatelskie jest czymś obcym polskiej tradycji i jako takie mało wartościowym, to kapitał społeczny i relacje wzajemnego zaufania między ludźmi również są produktem sieci. Problem Polski polega w większym stopniu na tym, że sieci - w dobrym sensie tego słowa - są dramatycznie słabe, niż na tym, że istnieją pojedyncze patologiczne struktury, które trzeba zniszczyć. Promowanie myślenia w kategoriach "układu" nie przyczyni się do wzrostu poziomu wzajemnego zaufania w społeczeństwie. Wprost przeciwnie - dominująca frazeologia może zaprzepaścić szanse na powstanie pozytywnych więzi społecznych.
Niedocenianie pozytywnego wymiaru sieci ma także inne konsekwencje. Jadwiga Staniszkis słusznie zauważa, że polscy politycy nie rozumieją natury władzy i systemu, w którym działają, że ignorują znaczenie procedur i instytucji. Panuje wśród nich przekonanie, że kluczem do naprawy sytuacji jest zmiana obsady personalnej, a jeśli myślą o procedurze, to robią to w sposób tradycyjny - wierząc, że im bardziej jest ona scentralizowana, tym lepsza. Polska klasa polityczna cierpi również na chorobę polegającą na trywializacji podejścia do polityki i rozumieniu jej w sposób deterministyczny: "Tu nacisnę - tam mi wychodzi". W ogóle nie bierze się pod uwagę wewnętrznej dynamiki. Dotyczy to zresztą nie tylko polityków, lecz również dziennikarzy.
Podobnie dzisiejsza próba rewolucyjnych przemian, która na początku wydawała się dość sztuczna, zaczyna tworzyć własne grupy zwolenników, w sposób niekoniecznie zgodny z intencjami twórców. W dyskusji o lustracji wyraźnie widać, że coraz większą rolę odgrywa kryterium pokoleniowe. Radykałów znajdziemy wśród młodych posłów zarówno z PiS, jak i z PO. Liderzy PiS z generacji braci Kaczyńskich wykazują zaś pewną wstrzemięźliwość.
Zamiar zniszczenia elit III RP, które są rzekomo siedliskiem "układu", dobrze współgra ze zmianą pokoleniową. Determinacja, z jaką do zmiany tej się dąży - często przywodząca na myśl rewolucję kulturalną - jest zresztą moim zdaniem symptomem problemu o wiele poważniejszego niż korupcyjne układy. Do głosu dochodzą ludzie, którzy z racji wieku nie mogli być ani współpracownikami dawnego systemu, ani opozycjonistami, a i w przemianach po roku 89 mogli mieć nikły udział, przez co są wolni od podejrzeń o członkostwo w układzie.
Może się więc okazać, że w zorganizowanej w oparciu o kryterium pokoleniowe IV RP nie będzie miejsca dla jej twórców, a realizacja programu PiS przez młodych również jest dość wątpliwa. Kto wie, czy osłabienie pozycji twórców idei IV RP nie okaże się więc jednym z nieoczekiwanych skutków walki z nieprecyzyjnie zdefiniowanym układem.
Takie mogą być skutki używania pojęcia, którego niejasność jest początkowo politycznie kusząca, bo daje dużą dowolność, lecz z biegiem czasu może okazać się kontrproduktywna dla jego autorów. Z kolei użyteczność pojęcia "układ" dla opisu i analizy sytuacji w Polsce też jest problematyczna, póki nie znajdziemy dobrych instrumentów analitycznych do oddzielania sieci i układów złych, patologicznych i antyobywatelskich od sieci służących budowie więzi obywatelskich.
p
ur. 1951, socjolog, profesor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Autor wielu prac dotyczących transformacji ustrojowej w Polsce. Wydał m.in. "Władza i interesy w gospodarce polskiej u progu lat 80." (1987), "Czy transformacja się skończyła?" (1996) oraz ostatnio "Polska - jedna czy wiele?" (2005, razem z H. Domańskim i P. Śpiewakiem).