Dziennik Gazeta Prawana logo

Demokracja przegrywa z terroryzmem

5 listopada 2007, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 12 minut

W jaki sposób demokratyczne państwo szanujące swobody obywatelskie może skutecznie walczyć z fanatycznymi terrorystami? Nasz dzisiejszy rozmówca Alan Dershowitz uważa, że jedynie fundamentalne zmiany prawa i wprowadzenie na szeroką skalę zasady prewencji pozwoli uporać się z terrorystycznym zagrożeniem. Tylko prawne usankcjonowanie takich praktyk jak tortury czy skrytobójstwo umożliwi ich skuteczne stosowanie w imię bezpieczeństwa narodowego i ograniczy ewentualne nadużycia.

p

Ta zmiana w praktycznym zastosowaniu kontroli społecznej już dziś ma fundamentalny wpływ na swobody obywatelskie, prawa człowieka, prawo karne, bezpieczeństwo narodowe, politykę zagraniczną i prawo międzynarodowe. Prewencja, o której mówimy, pociąga za sobą całą serię praktyk: skryte zabijanie terrorystów, ataki armii i komandosów na państwa realizujące projekty produkcji broni nuklearnej, wyprzedzające wojny ze "zbójeckimi państwami". Oznacza to "profilowanie" rasowe, etniczne czy religijne środowisk podejrzewanych o skłonności terrorystyczne, cenzurę wypowiedzi stwarzających zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego i cenzurę "mowy nienawiści", a także stosowanie tortur albo innych nadzwyczajnych metod przez służby wywiadowcze w celu udaremnienia ataku terrorystycznego. Oznacza wreszcie stosowanie psychiatrycznych i farmakologicznych metod mających na celu przeciwdziałanie przestępstwom seksualnym. Nasilenie tego typu działań datuje się od ataków z 11 września 2001 roku.

Tradycyjny model ludzkiego zachowania zakładał istnienie racjonalnej osoby, na którą można wpłynąć groźbą nieuchronnej kary. Klasyczna teoria odstraszenia przewiduje, że sprawca jest zdolny dokonać racjonalnej oceny sytuacji. Osoba taka przeprowadza kalkulację zysków i strat związanych z własnym czynem i na podstawie tej racjonalnej oceny postępuje. Ta teoria zakłada także zdolność społeczeństwa do przyjęcia pierwszego ciosu ze strony sprawcy - dopiero potem następuje ruch mający na celu udaremnienie następnych ciosów. Takie założenie teoretyczne jest obecnie coraz częściej kwestionowane, odkąd niebezpieczeństwo zdobycia przez terrorystów-samobójców broni masowej zagłady jest coraz bardziej realne, zaś społeczna zdolność eliminowania takich szaleńczych pomysłów staje się coraz mniejsza. Świeckie, demokratyczne państwo nie ma takich instrumentów kary i nagrody, za pomocą których mogłoby odwieść fanatycznego terrorystę od wysadzenia się w powietrze razem z setkami niewinnych osób. Jako że fundamentalistów nie sposób odstraszyć, konieczność przyjęcia metod prewencyjnych staje się nagląca. Podobnie trudno jest przyjąć doktrynę odstraszania wobec państw takich jak Iran, którym przewodzą osoby przekonane, że realizują nadprzyrodzoną misję powierzoną im przez Boga. Odstraszanie jest skuteczne jedynie w przypadku świeckich dyktatur w rodzaju Korei Północnej czy Kuby, gdzie rządy dokonują kalkulacji doczesnych zysków i strat.

Stany Zjednoczone postawiły na "rozciąganie" istniejącego prawa karnego i prawa imigracyjnego. Każdy system prawny ma swoje "rozciągliwe punkty", dla amerykańskich władz stały się one pomocne w walce z zagrożeniem terrorystycznym. Omijanie prawa służy między innymi CIA, która wyciąga w ten sposób informacje od ludzi podejrzewanych o terroryzm z większą swobodą, aniżeli byłoby to możliwe w procesie karnym regulowanym przez wyraźne prawo i konstytucję. Co dzieje się w tej próżni prawnej? Jesteśmy świadkami podejmowania przez władze decyzji ad hoc, którym już po fakcie nadaje się "racjonalne znaczenie"; w wielu przypadkach decyzje te otoczone są wstydliwym milczeniem.

Dopóki państwa będą zagrożone przez inne kraje i grupy terrorystyczne, dopóty akcje prewencyjne będą stosowane. Jeśli międzynarodowe instytucje będą niezdolne do powstrzymywania konfliktów, zagrożone państwa będą działały w takich sytuacjach jednostronnie bądź w porozumieniu z wybranymi sojusznikami. Żadne państwo nie popełni samobójstwa tylko po to, by nie pogwałcić prawa międzynarodowego. Statut ONZ dostarcza pewnych wskazówek, które można odnieść do akcji prewencyjnej. Są one niestety całkowicie nierealistyczne. Ortodoksyjna interpretacja artykułu 51. nie zostawia żadnych złudzeń: nie można legalnie przeprowadzić militarnych działań prewencyjnych nawet w obliczu nieuchronnej inwazji wroga. Jedynie państwo, które zostało już zaatakowane, może odpowiedzieć zbrojnie. To jest prawo nie tylko nierealistyczne, ale i niemoralne. Żyjemy w czasach broni nuklearnej - pierwsze uderzenie może okazać się katastrofalne w skutkach. Nic dziwnego, że artykuł 51. w jego najbardziej restrykcyjnej interpretacji jest całkowicie ignorowany. Jest to bardzo niedobra sytuacja, ponieważ generałowie i politycy mają skłonność przeceniania zagrożeń. Co więcej ich decyzje zapadają w kryzysowych sytuacjach i bywają nieprecyzyjne, rodzą różne katastrofalne pomyłki jak w przypadku wojny w Iraku. Zaletą realistycznego prawa międzynarodowego regulującego stosowanie prewencji byłaby szansa skorygowania takich impulsywnych decyzji.

Rzadko. To powinna być wyjątkowa i ostateczna instancja obronna. Z całą pewnością nie może to być dominująca strategia zastępująca działania dyplomatyczne, policyjne, ekonomiczne. Można uderzyć tylko w sytuacji, kiedy mamy wysoki stopień pewności, że bez ataku wyprzedzającego niebezpieczeństwo, jakie stwarza jakieś państwo czy organizacja terrorystyczna, zaowocuje nieuchronnym konfliktem, a także kiedy zawiodą już inne, pokojowe rozwiązania.

Ludzkość zdołała wypracować postawę wobec już popełnionego przestępstwa. Zwykle mówimy, że lepiej, aby 10 winnych pozostało wolnych, aniżeli jeden niewinny został niesłusznie skazany. Czy taki sposób myślenia powinien obowiązywać także w przypadku prewencji? Czy lepiej, aby 10 potencjalnych terrorystów zostało wolnych, aniżeli jeden niewinny podejrzany został zatrzymany? Moja odpowiedź brzmi: nie. Powinno się więzić ludzi wyłącznie w oparciu o podejrzenia. Jeśli prawdopodobieństwo, że jakiś osobnik może być uwikłany w terrorystyczną konspirację jest wysokie, należy go aresztować na jakiś czas. W czasie wojny z terroryzmem powinno się unikać przyjmowania zbyt dogmatycznej, ściśle legalistycznej postawy.

Kiedy pojawiają się nowe wyzwania, nie należy pozostawiać ich poza zasięgiem prawa. Wolałbym, aby tortur nie stosowano, jednak skoro amerykańskie służby specjalne torturują terrorystów, chciałbym wkomponować tę praktykę w jakiś system odpowiedzialności. Chciałbym, aby prezydent Stanów Zjednoczonych albo reprezentant Sądu Najwyższego podpisał deklarację, że bierze odpowiedzialność za torturowanie konkretnego człowieka, gdyż stwarza on wielkie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Gdyby taki przejrzysty porządek prawny istniał, zyskalibyśmy ochronę przed nadużywaniem tortur i złym traktowaniem jeńców.

Owszem, wydaje mi się, że nawet techniki torturowania powinny być określone. Dopiero wtedy możemy mówić o odpowiedzialności. W obliczu przejrzystego prawa żaden prezydent nie zezwoliłby na to, co się stało w więzieniu Abu Ghraib. Większość obywateli amerykańskich po prostu nie chce wiedzieć, co się tam dzieje. Wiedzą, że CIA torturuje terrorystów, ale nie chcą, żeby im o tym mówić. Co nie zmienia faktu, że tak czy inaczej jako naród jesteśmy za te praktyki moralnie odpowiedzialni.

Próbowaliśmy już hipokryzji w tej materii i skrycie torturowaliśmy ludzi z Al-Kaidy. Teraz powinniśmy nadać moc prawną tej praktyce. Jednak jeśli miałoby się okazać, że uregulowania prawne nie pomagają, wycofajmy się z tego.

Tortury czasem działają, czasem nie. Wiemy z historii, że wiele osób na skutek tortur załamało się i wyjawiło tajne informacje. Zresztą dzisiaj, kiedy uzyskujemy jakąś informację w wyniku tortur, staramy się ją zweryfikować. Agenci wywiadu wożą terrorystę w różne miejsca, szukając dowodów na potwierdzenie jego słów.

Inaczej niż Stany Zjednoczone, które także potajemnie likwidują terrorystów, Izrael postarał się tę praktykę uczynić jawną i nadać jej formę prawną. Dzięki temu opinia publiczna stosunkowo dużo wie o tej strategii. Celem tych zamachów są dziś głównie przywódcy organizacji terrorystycznych, wcześniej byli nimi naukowcy wspomagający rozwój potencjału nuklearnego państw wrogich Izraelowi i handlarze materiałami rozszczepialnymi. Rząd izraelski twierdzi, że setki, być może tysiące jego obywateli zostało ocalonych dzięki polityce prewencyjnego zabijania. Stosują ją wtedy, gdy nie ma już innych opcji.

Od początku historii Izraela jego przywódcy słusznie założyli, że nie będą zdolni do przyjęcia pierwszego uderzenia wrogiego państwa. Nie wierzyli także w taką moc odstraszania, która przekonałaby wrogów, że więcej straciliby aniżeli zyskali, atakując Izrael. Dlatego, nie zważając na liczne potępienia Narodów Zjednoczonych, państwo żydowskie stosowało militarne działania wyprzedzające co najmniej od 1956 roku. Ta doktryna opiera się na dwu kluczowych założeniach: wyprzedzającego ataku lotnictwa na cele militarne wroga oraz przeniesienia ciężaru walki na terytorium przeciwnika. Klasycznym przykładem jest wojna sześciodniowa z 1967 roku. Konflikt był nieunikniony - Syria i Egipt gromadziły wojska na granicy, Egipt zablokował Izraelowi dostęp do międzynarodowych wód. Izrael uderzył jako pierwszy. Ta decyzja została - już po fakcie - uznana przez zasadniczą część wolnej społeczności międzynarodowej za prawomocną i zasadną moralnie.

To prawda. W przypadku Izraela działania prewencyjne miały dużą skuteczność na krótką metę, jednak w odleglejszej perspektywie czasowej nie jest już tak różowo: akcje wyprzedzające spowodowały powstanie silnego resentymentu wśród Arabów wielu z nich zwróciło się w stronę ekstremizmu i samobójczych zamachów.

Jest to przykład uderzenia prewencyjnego wykonanego z chirurgiczną precyzją. Pokazuje także kłopoty, jakie napotykają władze podejmujące decyzję o ataku. Iracki reaktor w 1981 roku nie został jeszcze ukończony. Jednak rząd izraelski doszedł do wniosku, że możliwość wyprodukowania przez dyktaturę Saddama broni nuklearnej stwarza zagrożenie dla egzystencji państwa żydowskiego. Pomimo że zaraz po ataku światowa opinia publiczna potępiła zgodnie działanie Izraela, dzisiaj dostrzegamy zalety tego ataku. Świat był niewątpliwie bezpieczniejszy bez Saddama uzbrojonego w broń atomową.

Wątpię. Historia nie lubi się powtarzać. Są tylko dwa kraje, które mogłyby zaatakować Iran: Izrael i Stany Zjednoczone. Armia amerykańska byłaby w stanie powstrzymać Iran przed wyprodukowaniem bomby atomowej, byłaby zdolna także obalić obecny reżim fundamentalistyczny. Tak się jednak nie stanie. George Bush nie otworzy drugiego frontu w Iranie, dopóki nie zakończy się kampania iracka, a to nie nastąpi szybko. Izrael mógłby zaatakować Iran, ponieważ grozi on państwu żydowskiemu unicestwieniem. Jednak najprawdopodobniej nie posiada takiej siły militarnej, by poradzić sobie z tym zadaniem, nie jest w stanie zniszczyć wszystkich irańskich instalacji nuklearnych. Zapewne Izraelczycy poradziliby sobie z ich uszkodzeniem, ale nie zniszczeniem. Wydaje mi się zresztą, że władze irańskie wcale nie zmartwiłyby się atakiem Izraela, zdobyłyby popularność wśród społeczności muzułmańskiej, wykazały, że Izrael jest państwem agresywnym. Taki atak tylko umocniłby władzę obecnego reżimu, który traci autorytet i potrzebuje czegoś, co umocniłoby jego pozycję. Krótko mówiąc, obawiam się, że reżim ajatollahów nie zostanie powstrzymany i wyprodukuje bombę atomową

p

* ur. 1938, amerykański prawnik, adwokat, profesor prawa na Uniwersytecie Harvarda. Zasłynął jako obrońca m.in. Patricii Hearst, Mike'a Tysona i O.J. Simpsona. Po 11 września 2001 roku głośna stała się jego propozycja, by zalegalizować stosowanie tortur wobec podejrzanych o terroryzm. Dershowitz wielokrotnie wypowiadał się też na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego, konsekwentnie broniąc postępowania strony izraelskiej. Opublikował wiele książek, m.in. "Reasonable Doubts" (1996), "The Case for Israel" (2003) oraz ostatnio "Preemption. A Knife that Cuts Both Ways" (2006).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj