Podstawowym problemem Unii Europejskiej wedle Christopha Bertrama jest brak silnego przywództwa w krajach członkowskich. Bardziej charyzmatyczni przywódcy mogliby sprawić, że idea zjednoczonej Europy stałaby się bliższa zwykłym obywatelom. "Cała Europa rządzona jest dziś przez słabe rządy i niestabilne koalicje. Rezultatem jest rosnące poczucie wyobcowania, malejące zainteresowanie obywateli polityką. Desperacko potrzebujemy polityków zdolnych wsłuchać się w głos ludzi i potraktować poważnie to, co usłyszą, a z drugiej strony przekonać tych ludzi, że zacieśnianie integracji europejskiej leży także w ich interesie". Konsekwencją takiego "wsłuchiwania się w głos ludzi" może być jednak zahamowanie dalszego rozszerzania UE, któremu społeczeństwa krajów członkowskich są zdecydowanie niechętne.
p
Niemiecki rząd jest zdeterminowany, by zakończyła się ona sukcesem. Trudno jednak nie dostrzegać przeszkód. Największą jest oczywiście sytuacja we Francji. Do referendum konstytucyjnego w zeszłym roku Francja była kluczowym graczem w Unii, państwem umożliwiającym przygotowanie i osiągnięcie konsensusu. Niestety, ponieważ wybory prezydenckie i parlamentarne przewidziane są na przyszły rok, Francja nie będzie miała rządu zdolnego do sprawnych działań i podejmowania decyzji przed końcem czerwca, kiedy niemieckie przewodnictwo Unii dobiegnie końca. A bez Francji bardzo trudno jest cokolwiek w Unii zrobić.
Wielka Brytania na pewno nie, bo ciągle nie może się zdecydować na pełne zaangażowanie w projekt integracji europejskiej. Włochom i Hiszpanii brakuje siły, a Polsce nie tylko siły, lecz również zainteresowania. Dotykamy w tym miejscu drugiego głównego wyzwania stającego przed niemiecką prezydencją: ciągle nie można osiągnąć konsensusu w sprawie europejskiej konstytucji. Ktokolwiek będzie rządził Wielką Brytanią w przyszłym roku, nie będzie chciał podjąć zasadniczych kroków w stronę integracji, i to samo można powiedzieć z dużym prawdopodobieństwem o Polsce. Główną zaletą Francji było to, że chociaż zdarzało się jej mieć inne niż Niemcy wyobrażenie o tym, w jaki sposób powinna rozwijać się wspólna Europa, oba kraje były w stanie osiągnąć kompromis, który okazywał się możliwy do zaakceptowania przez o wiele szerszą grupę państw członkowskich. Co więcej, zarówno Paryż, jak i Berlin były zdecydowane na integrację polityczną. W dzisiejszej Europie nie ma drugiego takiego zespołu i nie pojawi się on w najbliższej przyszłości. Pomysł, że projekt integracji europejskiej można realizować ze stale zmieniającymi się partnerami, jest moim zdaniem naiwny.
Można wskazać cały szereg czynników. Jednym z nich jest dystans oddzielający klasę polityczną od zwykłych ludzi, innym - problemy społeczne, które potocznie kojarzy się z globalizacją, ale które wynikają ze złej polityki i z niemożności przeprowadzenia koniecznych reform. W ciągu ostatnich dwóch lat sytuacja uległa pogorszeniu, ludzie czują się coraz bardziej niepewnie i coraz trudniej jest ich przekonać do jakichkolwiek zmian. Gdyby dziś powtórzyć referendum konstytucyjne, odsetek głosów na "nie" byłby jeszcze większy. Jest to konsekwencją najpoważniejszego problemu, trapiącego nie tylko Francję - brakuje nam dobrych przywódców. Cała Europa rządzona jest dziś przez słabe rządy i niestabilne koalicje. Rezultatem jest rosnące poczucie wyobcowania, malejące zainteresowanie obywateli polityką. Desperacko potrzebujemy polityków zdolnych wsłuchać się w głos ludzi i potraktować poważnie to, co usłyszą, a z drugiej strony przekonać tych ludzi, że zacieśnianie integracji europejskiej leży także w ich interesie. Ze wszystkich europejskich polityków Angela Merkel jest prawdopodobnie jedyną osobą zdolną popchnąć Unię do przodu. Po części wynika to z tego, że jej rząd - "wielka koalicja" chadeków i socjaldemokratów - ma stabilną większość w parlamencie i dużą wiarygodność. W każdym razie, przy obecnej strukturze instytucjonalnej UE, głównym osiągnięciem rządu Merkel może być pokazanie, jak wielką wagę Republika Federalna przykłada do kontynuacji procesu jednoczenia kontynentu oraz opracowanie planu działania na najbliższe lata.
Nie będzie następnych rozszerzeń i nie uważam, że to zły wybór. Ludzie dali do zrozumienia, że naprawdę tego nie chcą. Politycy bardzo chętnie udzielają poparcia dla europejskich aspiracji krajów, z którymi sąsiadują ich państwa, ale są o wiele mniej skuteczni w przekonywaniu własnych obywateli, że powinni poczuć się zobowiązani do solidarności wobec tych krajów. Zdolność rozszerzania solidarności jest bardzo ograniczona, również w kategoriach geograficznych. Portugalczykom Ukraina jest zupełnie obojętna - dlaczego mieliby płacić za jej rozwój? Nie wystarczy, że Polacy i Litwini chcą, by Ukraina stała się członkiem UE. Pozostałe 23-25 krajów - jeśli nie sami obywatele, to w każdym razie parlamenty narodowe - musi wyrazić na to zgodę. Prezydent Chirac zapowiedział, że we Francji sprawa tureckiej akcesji zostanie poddana pod głosowanie w referendum, do powszechnego głosowania dojdzie prawdopodobnie także w wielu innych krajach. Rezultat będzie zapewne negatywny. Tak więc, nawet jeśli Turcja będzie gotowa na członkostwo w Unii, UE niekoniecznie będzie gotowa na przyjęcie Turcji. Z wyjątkiem Rumunii i Bułgarii, które już zakończyły negocjacje, oraz paru małych krajów bałkańskich w przewidywalnej przyszłości nikt więcej nie wejdzie do Unii.
Kierunek, w jakim podąża Ukraina, jest w Niemczech przedmiotem poważnego zmartwienia. Jej prozachodnia i prodemokratyczna orientacja nie jest pewna. Inaczej niż w przypadku krajów, które weszły do Unii w roku 2004 lub wejdą do niej za parę miesięcy, wśród ukraińskiej klasy politycznej nie ma zgody, że członkostwo jest rzeczą pożądaną. Ze względów polityki zagranicznej politycy mają powody, by popierać ukraińską akcesję, lecz podejmując decyzję, muszą brać pod uwagę także interesy europejskich podatników, którzy koniec końców zapłacą za rozszerzenie. Niemiecki rząd może uważać, że przyjęcie Ukrainy do Unii jest dobrym pomysłem, ale ludzie są innego zdania.
Nad żywotnością teorii spiskowych można tylko ubolewać. Tak czy owak powinniśmy wykazywać dla Rosji więcej zrozumienia. Ten kraj ma wielkie kłopoty. Liczba ludności spada, gospodarka uzależniona jest od eksportu surowców, pewne części terytorium kontrolowane są przez powstańców. Europa powinna pomóc Rosji w rozwiązaniu tych problemów. Niemiecka prezydencja poczyni kroki w tym kierunku.
Równie dużą co w stosunkach z Egiptem, Chinami czy państwami afrykańskimi. Powinniśmy wspierać demokratyczne procedury i demokratyczny sposób myślenia. Nigdzie jednak demokracji nie da się zaprowadzić odgórnie. Musi ona powstawać spontanicznie, co oznacza, iż rzeczą kluczową jest to, jak myślą i zachowują się ludzie, a nie działania lub brak działań rządu.
Powiedziałbym, że Niemcy cierpią na prorosyjski romantyzm. Elementów emocjonalnych nigdy nie da się zupełnie wyeliminować z polityki zagranicznej. Z reguły jest jednak tak, że interesy biorą górę nad emocjami. Bez względu na to, jak bolesna była historia, nie słyszałem, by ktokolwiek w Polsce ani nigdzie indziej w regionie chciał prowadzić otwarcie antyrosyjską politykę.
Nazwałbym go mieszanką poczucia winy i tradycyjnej bliskości. Można także dostrzec wzajemną sympatię, która nie znikła mimo wszelkich okrucieństw popełnianych przez Niemców w Rosji podczas II wojny światowej. Wykorzystywanie tradycyjnie dobrych stosunków poszczególnych państw członkowskich z zewnętrznymi partnerami może stanowić siłę europejskiej wspólnej polityki zagranicznej. Brytyjczycy i Francuzi zachowali bliskie stosunki z większością państw powstałych po rozpadzie ich imperiów, Skandynawowie rozwinęli dobre kontakty z państwami południowej Azji, Polska ma dobre stosunki z Ukrainą, a Niemcy - z Rosją. Z reguły są to konsekwencje historycznych przypadków, ale nie ma powodu, byśmy nie mieli z nich korzystać.
Tak. I dlatego Niemcy powinni uczynić wysiłek i dostrzegać polską wrażliwość. Każdy kraj powinien tak robić w relacjach z mniejszymi i słabszymi partnerami, zwłaszcza jeśli wspólna historia nie należy do łatwych. W przeciwnym wypadku każda nerwowa reakcja lub nawet oznaka zniecierpliwienia zostanie wykorzystana przez lokalnych politycznych awanturników dla ich własnych celów i dla podsycania teorii spiskowych. Prawdę mówiąc, Polska nie jest łatwym partnerem. Kanclerz Merkel pokazała jednak swoją wolę uspokojenia Polaków, na przykład wtedy, gdy złożyła wizytę w Warszawie przed podróżą do Moskwy. Gerhard Schröder nie był tak mądry w organizowaniu stosunków Niemiec z Rosją i Polską, ale już Helmut Kohl owszem. Udało mu się nawiązać bliską współpracę z Borysem Jelcynem, ale nie postrzegano jej w Polsce jako zagrożenia. Wprost przeciwnie - uważano, że jest to próba doprowadzenia do demokratyzacji Rosji, a więc rzecz leżąca także w polskim interesie.
Rzeczywiście - konstytucja nie jest najważniejsza. O wiele większe znaczenie mają kompetentni i wierzący w Europę przywódcy, ale o tym już mówiłem. Jeśli zaś chodzi o inne osiągnięcia integracji europejskiej, o których pan wspomniał, to istotnie granice są bezpieczne - tak długo, jak nie bierzemy pod uwagę migracji. Do Włoch, Hiszpanii i innych krajów położonych na obrzeżach Unii napływa wielka liczba nielegalnych imigrantów - potrzebujemy zatem europejskiej straży granicznej i rzeczywiście wspólnej polityki wizowej. Kolejnym wyzwaniem jest wymiar sprawiedliwości. Jeśli ktoś popełni dziś przestępstwo w jednym państwie członkowskim, ma duże szanse uciec do innego - ponieważ nie ma kontroli granicznych - i być w nim w miarę bezpieczny. Wreszcie konieczny jest rozwój wspólnej europejskiej polityki zagranicznej. Europa przestała być zdolna do efektywnego działania, ponieważ prerogatywy, które powinny być skupione na jednym poziomie władzy, zostały rozdzielone pomiędzy UE i państwa członkowskie. Rządy narodowe oddały na przykład Unii władzę nad polityką handlową. Nie mają żadnego wpływu na to, z kim i na jakich warunkach będą mogły handlować działające w ich krajach firmy - a jest to rzecz bardzo ważna. Polityka monetarna, kluczowy instrument wpływania na krajową gospodarkę, również została przeniesiona na poziom wspólnotowy. To samo stało się z ochroną środowiska i wspomaganiem rozwoju. Spośród dziesięciu instrumentów prowadzenia polityki, jakie mają rządy rozwiniętych państw demokratycznych, kraje członkowskie UE pozbyły się pięciu czy sześciu. Z pozostałymi czterema czy pięcioma nie mogą zbyt wiele zdziałać - chyba że będą koordynować swoje działania z Komisją Europejską i innymi rządami narodowymi, co zabiera wiele czasu i energii. Ponieważ jest jasne, że nasze działania są od siebie wzajemnie zależne, a interesy wspólne, powinniśmy razem prowadzić politykę. Oznacza to, że należy ograniczyć możliwość stosowania weta i wzmocnić kompetencje Unii w polityce zagranicznej. Jest to oczywiście rzecz o wielkim symbolicznym znaczeniu - lecz polityka monetarna również miała wielkie symboliczne znaczenie dla Niemiec. Od paru lat nie ma już silnej marki, która była chlubą RFN i symbolem powojennej odbudowy. Byłoby dobrze, gdyby także inni byli w stanie zrezygnować z sentymentów dla naszego wspólnego dobra.
Gdyby nie było Unii i wspólnych instytucji, dyktat mocarstw byłby jeszcze bardziej prawdopodobny. Jeśli przyjrzeć się podziałowi głosów w Radzie UE, widać wyraźnie, że to małe, a nie duże państwa są nadmiernie reprezentowane. W polityce zagranicznej mamy 24 ministrów, którzy udają, że coś robią - udają, bo żaden z nich nie jest suwerenny w swoich decyzjach - oraz Komisję, ministra kraju sprawującego prezydencję i wreszcie Javiera Solanę. Przy tak dużej liczbie aktorów nie powinno nas dziwić, że Unia ma problemy z dbaniem o swoje interesy na arenie międzynarodowej. Innym problemem jest stan europejskiej obronności. Warunkiem prowadzenia wiarygodnej polityki zagranicznej jest dysponowanie zdolną do sprawnego działania armią. Każde z państw członkowskich uważa jednak obronę za podstawę narodowej suwerenności, nawet jeśli w praktyce europejskie armie nie dysponują - w porównaniu z głównymi światowymi aktorami - znaczącą siłą. Europa wydaje na obronę pół miliarda dolarów dziennie i ma pod bronią w sumie więcej żołnierzy niż jakiekolwiek państwo świata z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych. Kiedy jednak przychodzi do użycia europejskiego wojska w Libanie lub Afganistanie, okazuje się, że wysłanie kontyngentu 250 ludzi jest poważnym wyzwaniem. To, czego nie zmarnotrawią biurokratyczne machiny 25 armii, wydaje się w sposób, który nie jest dopasowany do realiów współczesnego świata. To nie wielkość sił, jakich może użyć państwo lub grupa państw, lecz zdolność i wola ich wykorzystania budzą respekt. Unia, która byłaby zdolna użyć nawet o wiele mniejszej siły niż ta, którą dysponują dziś jej państwa członkowskie, stałaby się poważnym graczem na scenie międzynarodowej.
Jak dotąd NATO nie odniosło sukcesu w integrowaniu europejskich armii i nie widzę powodu, dlaczego teraz miałoby być inaczej. Dochodzi do tego kwestia amerykańskiego zaangażowania. Stany Zjednoczone nie przejawiają dziś wielkiego zainteresowania Paktem, który ewoluuje w stronę struktury przede wszystkim politycznej, a nie militarnej. Europa ma wszelkie powody, by pozostać sojusznikiem Ameryki, ale w NATO - tak jak w innych organizacjach międzynarodowych - powinna mówić jednym głosem. Poza tym zdolność użycia wojska w odległych zakątkach globu nie jest jedynym uzasadnieniem dla istnienia wspólnej polityki zagranicznej i obronnej. Równie ważna jest ochrona zewnętrznych granic Unii. Pozostawienie jej w gestii państw narodowych byłoby zarówno niepraktyczne - bo nie dysponują one wystarczającymi środkami - jak i sprzeczne z zasadą solidarności, bo nie ma powodu, by te kraje same dźwigały brzemię ochrony naszego wspólnego bezpieczeństwa.
Budowa elementów tarczy nie miałaby wpływu na polski udział w europejskiej armii. Są jednak inne "ale". Po pierwsze, jeśli Demokraci wygrają listopadowe wybory do Kongresu, doprowadzą zapewne do wstrzymania całego projektu; zablokują także aktywną amerykańską politykę zagraniczną w najbliższych dwóch latach, które upłyną pod znakiem nagonki na Busha. Po drugie, posiadanie na swoim terytorium części amerykańskiej tarczy antyrakietowej bez wątpienia pogorszyłoby wasze stosunki z Rosją. Moskwa, słusznie lub nie, uważa, że tarcza wymierzona jest nie w Iran, lecz w Rosję. To dobrze współgra z postrzeganiem rozszerzenia NATO - któremu Rosja była i jest przeciwna - jako elementu wrogiego spisku. Polska powinna bardziej zwracać uwagę na rosyjską wrażliwość w tej kwestii, zwłaszcza jeśli chce, by jej własna wrażliwość była brana pod uwagę w takich sprawach jak gazociąg bałtycki.
p
, ur. 1937, niemiecki prawnik, politolog i publicysta, obecnie profesor John Hopkins University. W latach 1967-82 pracował w prestiżowym londyńskim International Institute for Strategic Studies (od 1974 roku był jego szefem). Później kierował m.in. działem zagranicznym tygodnika "Die Zeit", był także członkiem redakcji magazynu "Foreign Policy". W latach 1998-2005 kierował Stiftung Wissenschaft und Politik, jednym z najważniejszych niemieckich think tanków. Jest doradcą Bundestagu w sprawach polityki zagranicznej. Opublikował m.in. "Europe in Balance" (1995), "Inspection not Invasion" (2003).