Dziennik Gazeta Prawana logo

Republikanie zasłużyli na wygraną w wyborach

5 listopada 2007, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Norman Podhoretz uważa, że wynik wyborów do Kongresu nie jest bynajmniej przesądzony wbrew sondażom wieszczącym zwycięstwo Demokratów. Problemy polityki zagranicznej będą w tych wyborach odgrywać istotną rolę, a Republikanie są bardziej godni zaufania w tym zakresie. Ich strategia walki z terroryzmem okazała się skuteczna i udaremniła dalsze zamachy. Tymczasem liderzy Demokratów należący do pokolenia antywojennej kontestacji lat 60. "bardziej przejmują się prawami terrorystów niż ochroną państwa". W sferze gospodarczej bilans republikańskich rządów jest również wedle Podhoretza dodatni i nie zwiększa szans Demokratów: "Większość Amerykanów zdaje sobie sprawę, że pod rządami Republikanów powodzi im się o wiele lepiej niż parę lat temu".

p

Tak. Prognozy zwycięstwa Demokratów, w przypadku Izby Reprezentantów bardzo wysokiego, nie są według mnie wiarygodne. Wielu prawicowych wyborców ma za złe urzędującemu prezydentowi zbyt wysokie wydatki rządowe i zbyt miękką politykę imigracyjną i mówi, że nie będzie głosować. Sądzę jednak, że w ostatniej chwili ci ludzie zdadzą sobie sprawę, co oznaczałaby demokratyczna większość w Kongresie. Po drugie kluczem do sukcesu Busha w ostatnich wyborach prezydenckich była wysoka frekwencja wśród wyborców zarejestrowanych jako Republikanie. Karl Rove i inni republikańscy działacze partyjni bardzo ciężko pracują nad tym, by frekwencję tę jeszcze zwiększyć. Prognozy wyborcze nie biorą pod uwagę, że może im się udać. Po trzecie, mimo iż wojna w Iraku nie jest popularna, w kwestiach bezpieczeństwa narodowego i walki z terroryzmem Republikanie wydają się bardziej godni zaufania.

Pańskie wątpliwości są uzasadnione. W Stanach Zjednoczonych wybory parlamentarne, którym nie towarzyszy elekcja prezydenta, skupiają się zazwyczaj na kwestiach lokalnych. Jednak bezpieczeństwo narodowe stało się obecnie jednym z głównych zmartwień amerykańskich wyborców - prezydent i jego współpracownicy zrobili wiele, by w tym roku nadać wyborom bardziej ogólnonarodowy wymiar..

Chce pan, żebym streścił w paru zdaniach setki stron, jakie napisałem na ten temat! W największym skrócie: Partią Demokratyczną wciąż rządzi pokolenie polityków, którzy uformowani zostali przez ruch antywojenny z czasów interwencji w Wietnamie. Są oni przeciwni nie tylko wojnie w Iraku, lecz również środkom, które mają nas uchronić przed terroryzmem na własnym terenie. Głosowali w sposób, który wskazuje, że bardziej przejmują się prawami terrorystów niż ochroną państwa. Przez długi czas Demokraci - Truman, Kennedy, Johnson - byli w kwestiach polityki zagranicznej i bezpieczeństwa narodowego twardsi od Republikanów. Lewica i radykałowie zdołali zdominować Partię Demokratyczną dopiero pod koniec lat 60. Chodziło nie tylko o Wietnam. Ci ludzie byli - i nadal są - przeciwni jakiemukolwiek użyciu amerykańskiej siły zbrojnej, którą postrzegają jako zagrożenie dla reszty świata. Twierdzą, że nie są pacyfistami, choć używają wszystkich typowych dla pacyfistów argumentów. Mają problem z podaniem przykładu jakiegokolwiek użycia siły, które byliby skłonni zaakceptować - z wyjątkiem działań humanitarnych takich jak w Bośni i Kosowie, gdzie amerykańskie interesy nie były akurat zagrożone.

Ryzyko nadużyć zawsze istnieje, ale jak dotąd nic nie wskazuje, by do nich rzeczywiście doszło. Poza tym wiele z tych działań uważano wcześniej za normalne i uzasadnione w sytuacji wojny. Demokratyczne społeczeństwo musi wypracować równowagę między ochroną swobód obywatelskich a ochroną państwa. Osobiście uważam - i podobnego zdania wydaje się być większość Amerykanów - że administracja Busha zdołała taką równowagę wypracować. Ludzie, którzy ciągle mówią o naruszaniu praw obywatelskich, zamiast martwić się o to, czy robimy wystarczająco wiele, by zapewnić sobie bezpieczeństwo, powinni być postrzegani jako bagatelizujący terrorystyczne zagrożenie. Tymczasem większość Amerykanów jest przekonana, że zostaną podjęte kolejne próby ataków w stylu 11 września. I te obawy są uzasadnione.

Były wystarczające, czego najlepszym dowodem jest to, że do kolejnych ataków na skalę 11 września nie doszło - wbrew powszechnym obawom. Urzędująca administracja znakomicie poradziła sobie z wyzwaniem, wobec jakiego stanęła 11 września 2001 roku, a George W. Bush jest - jak się okazało - bardzo podobny do Harry'ego Trumana, który był w stanie przeciwstawić się komunistycznemu zagrożeniu w roku 1947. Problem w tym, że lewicowi liberałowie z Partii Demokratycznej byli radykalnie przeciwni przedłużaniu ważności aktów prawnych, na których oparto działania po 11 września.

Na pewno wielu zwolenników Partii Republikańskiej ma w pewnych kwestiach polityki wewnętrznej bardziej zdecydowane stanowisko niż obecna administracja. Polityka Busha niezbyt pasuje do klasycznego obrazu konserwatywnego rządu, który ogranicza wydatki i zakres swojej ingerencji w życie obywateli. Z drugiej strony Bush zrobił wiele rzeczy, które podobają się konserwatystom - zmniejszył podatki, jest przeciwnikiem aborcji i badań na komórkach macierzystych. Mianował także dwóch sędziów Sądu Najwyższego, którzy cieszą się na prawicy dużą estymą. Ta ostatnia rzecz jest zresztą tym, co może dodatkowo zmotywować konserwatystów do głosowania - jeśli Demokraci odzyskają przewagę w Senacie, będą w stanie zablokować kolejnych prawicowych kandydatów na sędziów.

Inaczej niż wskazują to sondaże i prognozy, po raz kolejny wybory nie zakończą się miażdżącą przewagą którejkolwiek partii. Demokraci nie są jednak przygotowani na porażkę i jej nie uznają. Dlatego, jeśli Republikanie utrzymają większość w obu izbach Kongresu, następne pół roku upłynie pod znakiem badania legalności wyborów w sądach.

Z mojego punktu widzenia byłby to bezspornie wpływ zły. Choć z drugiej strony ludzie często zmieniają swoje podejście do problemów, jeśli muszą wziąć odpowiedzialność za ich rozwiązywanie. Mam zatem nadzieję, że Demokraci staną się bardziej rozsądni. Nie możemy jednak wykluczyć, że skupią się na krytyce administracji Busha i prowadzeniu rozmaitych dochodzeń, których celem będzie osłabienie lub nawet usunięcie prezydenta. Kluczowe znaczenie będzie mieć tu podział miejsc w Izbie Reprezentantów - wielu demokratów, którzy kandydują w wyborach zapowiedziało już, że doprowadzenie do impeachmentu Busha będzie pierwszą rzeczą, którą się zajmą po zwycięstwie.

Na przykład zgodę na to, że powinniśmy zostać w Iraku dopóty, dopóki Irakijczycy nie będą mieli stabilnego rządu i nie będą w stanie samodzielnie zatroszczyć się o swoje bezpieczeństwo. Po drugie - uznanie, że zagrożenie, któremu usiłuje przeciwstawić się Bush, jest prawdziwe. Jak na razie wielu demokratów nie wierzy w to, że znajdujemy się w stanie wojny i że działania zbrojne są właściwą reakcją na działania islamofaszystów. Ciągle są przekonani, że terroryzm można i należy zwalczać metodami policyjnymi. Tak samo myśleli w latach 90. i to właśnie takie myślenie sprawiło, że doszło do zamachów 11 września. Drugim dowodem fiaska demokratycznego podejścia do polityki zagranicznej jest rozwój sytuacji w Korei Północnej. Administracja Clintona, przy pomocy Jimmy'ego Cartera, wynegocjowała z tamtejszym reżimem porozumienie, które Koreańczycy zaczęli naruszać, zanim jeszcze wysechł atrament na podpisach. Pod rządami Demokratów USA nie zrobiły nic, by tym naruszeniom zapobiec. Jak napisałem w sierpniowym numerze "Commentary", jedyną alternatywę wobec doktryny Busha stanowią dziś kapitulacja i powrót do izolacjonizmu. Nikt rozsądny na Zachodzie nie może tego chcieć.

Długo. Gdy George Kennan pisał swój słynny artykuł będący podstawą strategii powstrzymywania, stwierdził, że na zwycięstwo trzeba będzie poczekać 15 lat. Okazał się być zbytnim optymistą - III wojna światowa trwała 42 lata. Spodziewam się, że obecna wojna trwać będzie równie długo.

Tak, jestem pewien. Wizja Demokratów opiera się na współpracy z Europą i ONZ oraz na umniejszaniu znaczenia działań militarnych - oni nie tylko nadmiernie dowartościowują dyplomację, ale także wracają do dawnego przekonania, że terrorystów może pokonać policja.

Dawne, preferowane przez Demokratów podejście nie zapobiegło atakom z 11 września. Według mnie jest to wystarczający powód, by uznać je za nieefektywne. Nowe podejście jest ciągle w fazie rozwoju. Chodzi w nim nie tylko o bombardowanie obozów, w których szkolą się terroryści, lecz także o zmianę politycznej sytuacji regionów i państw, z których się wywodzą. To jest podstawa doktryny Busha i moim zdaniem jedyny skuteczny sposób walki z terroryzmem.

Dlatego że Demokraci myślą w ten sam sposób, co większość Europejczyków. Zapominając, że to Ameryka jest supermocarstwem.

Bez wątpienia. I nie spodziewałbym się zasadniczej zmiany tego stanu rzeczy w bliskiej przyszłości. Przez ostatnie 30-40 lat obydwie partie ciążyły nie w kierunku centrum, lecz swoich skrajnych skrzydeł. Demokraci stali się partią lewicową, a Republikanie prawicową. Wcześniej ten podział nie był oczywisty, bo w obydwu partiach spotkać można było szeroką gamę dość podobnych poglądów. W Partii Demokratycznej ostatnią osobą nawiązującą do sposobu myślenia o polityce zagranicznej typowego dla Trumana czy Kennedy'ego był Joe Liebermann, który właśnie z kretesem przegrał prawybory w Connecticut. Również liberalni Republikanie są coraz mniej liczni.

Bez wątpienia stanowią ważną część Partii Republikańskiej. Ale ich znaczenie zostało bardzo wyolbrzymione przez liberałów, którzy chcieli nastraszyć nimi wyborców. Mówienie, że Stany Zjednoczone mogą stać się teokracją, jest po prostu śmieszne. Religijna prawica, którą można określić również mianem ewangelikalnych protestantów czy protestanckich fundamentalistów, tradycyjnie głosowała na Demokratów i w pewnej części pozostała im wierna, czego często się nie dostrzega. Zmiana preferencji wyborczych większości ludzi należących do tej grupy nastąpiła w latach 70. w wyniku przechwycenia kontroli nad Partią Demokratyczną przez lewicowych liberałów pod koniec poprzedniej dekady. Nie sądzę, by religijna prawica miała tak wielką siłę i rozległe wpływy, jakie się jej przypisuje. Ci ludzie mają mocne przekonania i walczą o nie na tyle, na ile mogą. Jako Żyd i zwolennik Izraela dziękuję Bogu, że istnieją - bo są najsilniejszą grupą wyborców popierającą Izrael. Bardziej nawet niż amerykańska wspólnota żydowska. Dlaczego miałoby być niebezpieczne? W latach 50. i 60. wszyscy byli bardzo zadowoleni z tego, że murzyńskie kościoły stały się ośrodkami ruchu praw obywatelskich walczącego o przyznanie czarnym Amerykanom praw wyborczych. Nikt nie miał nic przeciwko temu, że Martin Luther King i inni liderzy byli duchownymi. Zresztą Stany Zjednoczone nie prowadzą polityki zagranicznej w oparciu o silne przekonania religijne. Ta polityka może być co prawda popierana przez część obywateli ze względu na ich przekonania, ale to samo można powiedzieć o wielu innych działaniach rządu. Poza tym polityka zagraniczna nie jest dla religijnej prawicy tak ważna jak kwestie społeczne. Głównymi przedmiotami zmartwień tej grupy są aborcja, pornografia i narzucanie antyreligijnych praw przez sądy. Nie wydaje mi się, by religijna prawica miała w tym wypadku jakieś wyraźne preferencje. Jeśli wyborcy będą kierować się oceną stanu gospodarki, Republikanie wygrają wybory. Mamy najniższe bezrobocie w historii, niską inflację, miliony nowych miejsc pracy w różnych branżach, rosnące płace realne i hossę na rynku papierów wartościowych. W dodatku spadają ceny ropy, co dla wielu ludzi ma kluczowe znaczenie. Większość Amerykanów zdaje sobie sprawę, że pod rządami Republikanów powodzi im się o wiele lepiej niż parę lat temu i nie wierzy, że kraj pogrąża się w biedzie. Z wyjątkiem ludzi obsesyjnie zainteresowanych polityką nikt nim się nie przejmuje. Jednak nawet gdyby było inaczej, to wyrażony jako część PKB deficyt budżetowy nie jest wcale tak duży. Przeprowadzona przez Busha obniżka podatków wygenerowała o wiele większy wzrost gospodarczy, niż się powszechnie spodziewano, co pomogło zmniejszyć relatywną wagę deficytu. Republikanie zdecydowanie zasłużyli na to, by wygrać wybory.

p

, ur. 1930, publicysta amerykański uważany za jednego z intelektualnych patronów neokonserwatyzmu. Związany od lat 50. z pismem "Commentary", w latach 1960-1995 był jego redaktorem naczelnym. Publikuje eseje poświęcone polityce, literaturze, a także tradycji żydowskiej. Wydał m.in. książki: "The Present Danger" (1980) oraz "Ex-Friends" (2000). Po polsku ukazało się "Krwawe skrzyżowanie" (1989) i "Dlaczego byliśmy w Wietnamie?" (1988).
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj