Republikanie przegrali wybory uzupełniające. Ale czy wygrali je Demokraci? Albo raczej, jacy Demokraci je wygrali? Te pytania zadaliśmy kilka godzin po zamknięciu lokali wyborczych w USA Anatolowi Lievenowi, jednemu z najciekawszych - choć bardzo zaangażowanych, i to raczej nie po stronie Republikanów - specjalistów od spraw amerykańskich. Odpowiedź Lievena brzmi: wygrali Demokraci, którzy zgadzają się na oligarchiczną strukturę władzy i społeczeństwa w USA, wygrali Demokraci, których lider pani Hillary Clinton, aby mieć szansę w najbliższych wyborach prezydenckich, przedstawia się swoim wyborcom jako umiarkowana konserwatystka, zarówno w polityce zagranicznej, jak i - choć w mniejszym stopniu - w polityce wewnętrznej. Wygrali Demokraci, którzy wiedzą, że radykalny elektorat jest w USA zbyt mały, aby dostosowywać do niego język partii, która pragnie rządzić. Wygrali Demokraci, którzy wiedzą, że Stanami Zjednoczonymi, podobnie zresztą jak większością innych krajów, rządzi się z centrum.
Jak mówi Lieven, Republikanie zostaliby zmiażdżeni w każdych wyborach europejskich (uściślijmy - w zachodniej części kontynentu). W wyborach amerykańskich zostali boleśnie ukarani za błędy, ale nie rozgromieni. Przyznam, że wcale nie martwi mnie ewolucja Demokratów w kierunku centrum, i może nawet lepiej, gdyby była to ewolucja autentyczna, a nie wyłącznie wyborcza mimikra. Ideologizacja amerykańskiej polityki zaszła daleko, choć to i tak nic w porównaniu z doświadczeniami naszego kontynentu. Słynny Martin Schulz, kontrowersyjny szef socjalistów w Parlamencie Europejskim, wypowiedział po zapoznaniu się z wynikami amerykańskich wyborów swoją słynną kwestię "To początek końca sześcioletniego koszmaru dla świata". Jest to deklaracja zdumiewająca, nawet u człowieka, który wcześniej przedstawiał Polskę jako kraj najbardziej w Europie łamanych praw człowieka. Kiedy porównuje się to niezwykłe w swej żarliwości zawołanie bojowe z opisaną przez Lievena ewolucją Partii Demokratycznej ku centrum, widać, że Europejczycy mają dziś o wiele większy kłopot niż Amerykanie z tym, by otrząsnąć się ze swoich własnych ideologicznych koszmarów.