Dziennik Gazeta Prawana logo

Demokraci wygrali, przełomu nie będzie

5 listopada 2007, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 25 minut

Komentując wyniki wyborów do Kongresu, Anatol Lieven przekonuje, że nie należy spodziewać się znaczącej zmiany amerykańskiej polityki. Wygrana Demokratów odzwierciedla niezadowolenie ludzi z rozwoju sytuacji w Iraku oraz ze stagnacji dochodów klasy średniej. "Gospodarka rośnie, ale większość przeciętnych Amerykanów nie może tego osobiście odczuć. Poza tym dość powszechne stało się przekonanie, że Republikanie są skorumpowani, niekompetentni i zdemoralizowani" - mówi Lieven. Po Demokratach Amerykanie spodziewają się sprawniejszego rządzenia, ale ich - jak również demokratycznych polityków - poglądy pozostaną zasadniczo prawicowe.

p

Tak sądzę. Widać wyraźnie, że poziom niepewności i szowinizmu jest dziś w Stanach Zjednoczonych o wiele niższy niż trzy lata temu. Po pierwsze dlatego, że pamięć o 11 września słabnie, mimo wysiłków administracji Busha, która chce ją pielęgnować. Po drugie dlatego, że rozwój sytuacji w Iraku przyjął zdecydowanie zły obrót. Wielu nacjonalistów, którzy parli do tej wojny i zachęcali do narzucenia światu amerykańskiej dominacji, zamilkło. Bob Kagan, mój dawny kolega, oświadczył ostatnio, że "świat stał się wielobiegunowy o wiele szybciej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać". Chodzi oczywiście o to, że świat stał się wielobiegunowy o wiele szybciej, niż on sam się spodziewał. Na wynik wyborów wpływ miało oczywiście dużo więcej czynników niż Irak i wojna z terroryzmem. Przede wszystkim - stagnacja dochodów klasy średniej. Gospodarka rośnie, ale większość przeciętnych Amerykanów nie może tego osobiście odczuć. Poza tym dość powszechne stało się przekonanie, że Republikanie są skorumpowani, niekompetentni i zdemoralizowani. Symbolami tych przywar stali się odpowiednio: "lobbysta" Jack Abramoff, koszmarna indolencja po przejściu huraganu "Katrina" oraz uganiający się za młodymi chłopcami kongresman Mark Foley. W dodatku zdominowany przez partię Busha Kongres ostatniej kadencji okazał się jednym z najbardziej leniwych i najmniej efektywnych w amerykańskiej historii. Nic dziwnego, że Demokraci zgodnie z przewidywaniami zdobyli większość w Izbie Reprezentantów. Nie oddaje to zresztą zmiany w nastrojach opinii publicznej ani nawet rzeczywistego podziału głosów. To nie były wybory parlamentarne w europejskim rozumieniu tego słowa. Tylko o część miejsc rozegrała się prawdziwa walka - i nie chodzi mi tylko o to, że wybierano jedynie 33 ze stu senatorów, lecz również o to, że w wyniku manipulacji granicami okręgów wyborczych niektóre miejsca w Izbie Reprezentantów stały się "bezpieczne" dla ludzi, którzy je zajmują. Gdyby to były europejskie wybory w systemie proporcjonalnym, Demokraci zyskaliby rzeczywistą przewagę w obu izbach.

W znacznym stopniu tak. Nie spodziewam się, by zwycięstwo Demokratów doprowadziło do przełomu porównywalnego z tymi, jakie nastąpiły po wyborze Franklina D. Roosevelta czy triumfie Republikanów w roku 1994. Bez wątpienia dadzą się za to odczuć efekty krótkoterminowe - Demokraci rozpoczną szereg dochodzeń mających wykazać niekompetencję Busha i jego administracji lub mających na celu wręcz jego usunięcie. Prezydent zostanie także zmuszony do zrewidowania swojej polityki wobec Iranu. Jednym z rozwiązań jest posłuchanie rad Jamesa Bakera, sekretarza stanu w administracji Busha seniora, który uważa, że Amerykanie powinni zacząć bezpośrednio rozmawiać z Irańczykami.

Cóż, jeśli ten podział byłby tak trwały, jak się to czasami przedstawia, wybory byłyby niepotrzebne. Jak wszędzie na świecie, oprócz zdeklarowanych sympatyków jednej lub drugiej partii jest jeszcze wielu wyborców o poglądach centrowych. Dwa lata temu ci ludzie głosowali na Busha i Republikanów, w tym roku na Demokratów. Nie da się jednak zaprzeczyć, że ma miejsce silna polaryzacja. Jest to związane przede wszystkim z kulturą religijną. Małe miasta, tereny podmiejskie i wiejskie, czyli w zasadzie większość Ameryki, stały się kulturowo mocno konserwatywne. Republikanie na tym skorzystali, bo są postrzegani jako partia konserwatywna i religijna. Dla wielu wyborców okazało się to ważniejsze niż kwestie ekonomiczne czy nieudolna polityka zagraniczna. Tych, którzy znają historię Europy, to nie dziwi - silny religijny konserwatyzm obyczajowy zawsze miał wpływ na zachowania wyborcze. Wierny elektorat Demokratów coraz wyraźniej ogranicza się do mieszkańców wielkich miast i mniejszości rasowych. Co gorsza, manipulacje granicami okręgów wyborczych sprawiają, że priorytetem wielu polityków staje się zdobycie poparcia twardego elektoratu własnej partii - bo to jest konieczne dla wygrania prawyborów i uzyskania nominacji - a nie przekonywanie wyborców umiarkowanych. W rezultacie Kongres okazuje się silniej spolaryzowany niż społeczeństwo. Jeśli przyjrzeć się na przykład badaniom opinii publicznej w sprawie Terri Schiavo, widać oczywiście grupę ludzi o mocnych religijnych i prawicowych poglądach - około 25 proc. populacji - i nieco mniejszą grupę radykalnych liberałów. Ponad połowa Amerykanów zajęła jednak w tej kwestii dość centrowe stanowisko, zapewne bardziej religijne niż miałoby to miejsce w Europie, ale i tak pragmatyczne.

Oczywiście. Ale to akurat występuje w wielu krajach. Skutek będzie taki - jestem o tym przekonany - że istniejący system partyjny załamie się i powstanie nowe ugrupowanie. To jednak może zająć bardzo dużo czasu. Innym rezultatem tego podziału jest rosnące rozczarowanie polityką. Coraz więcej osób uznaje, że politycy nie dbają o ich potrzeby, nie reprezentują ich interesów, i wycofuje się z życia publicznego. Szczerze mówiąc, sam mam podobne odczucia.

Neokonserwatyści znakomicie nadają się na kozła ofiarnego, tym bardziej że w najnowszym numerze "Vanity Fair" ostro krytykują działania administracji. Wygląda to na ucieczkę szczurów z tonącego okrętu. Neokonserwatyści doszli najwidoczniej do wniosku, że Bush jest już tak bardzo zdyskredytowany, że podjęli próbę ratowania resztek własnego prestiżu, dystansując się od prezydenta. Mam przeczucie, że drogo za to zapłacą. Po pierwsze, nie mogą odciąć się od wojny w Iraku. Bez względu na to, co teraz mówią, neokonserwatyści ponoszą odpowiedzialność za jej wywołanie. I nie mogą zrzucać winy na Busha, bo Paul Wolfowitz i Douglas Feith byli osobiście odpowiedzialni za planowanie działań w powojennym Iraku. Po drugie, ten atak tylko wzmocni przekonanie Republikanów, że neokonserwatyści grają na własny rachunek i że w nielojalny sposób wykorzystali Partię Republikańską do osiągnięcia własnych celów. Jestem bardzo ciekaw, czy John McCain będzie w dalszym ciągu słuchać rad Billa Kristola, czy też zdystansuje się od niego i w większym stopniu polegać będzie na konserwatywnych realistach w stylu Jamesa Bakera czy Brenta Scowcrofta. Obstawiam, że Republikanie wrócą do centrowego pragmatyzmu w stylu Eisenhowera. Bardzo dużo zależy od tego, kto wystartuje w wyborach prezydenckich. Ludzie McCaina modlą się o to, by kandydatem Demokratów była Hillary Clinton. Mają nadzieję, że w takiej sytuacji będą mogli powiedzieć religijnej prawicy, by siedziała cicho, bo liczą na to, że ci ludzie nienawidzą Clinton tak bardzo, że poprą jej dowolnego republikańskiego konkurenta. W innym wypadku religijna prawica zacznie stawiać warunki, a McCain straci poparcie centrum, jeśli zacznie je spełniać w celu otrzymania nominacji.

Zwycięstwo Liebermana było dla mnie niespodzianką. Myślałem, że wygra Ned Lamont, oficjalny kandydat Demokratów, lub że głosy demokratyczne tak bardzo się podzielą, że skorzysta na tym republikanin. Okazało się jednak, że Lieberman jest bardzo w Connecticut popularny i że jego własna maszyna wyborcza jest bardzo sprawna. Wielu demokratycznych polityków i działaczy pracowało dla niego, a nie dla Lamonta. Dla Partii Demokratycznej zwycięstwo Liebermana oznacza, że wypracowanie jasnej pozycji w kwestiach polityki zagranicznej będzie jeszcze trudniejsze. To przecież poparcie Liebermana dla polityki Busha w Iraku, twarde podejście do zwalczania terroryzmu, przyzwolenie na tortury i nielegalne zatrzymania sprawiło, że nie uzyskał on oficjalnej nominacji. Mimo porażki Liebermana w prawyborach w Connecticut, to prawe skrzydło Demokratów określiło pole konsensusu w kwestiach programowych. Hillary Clinton wyraźnie staje się konserwatystką. Rodzi to jednak nowy problem - ryzyko utraty demokratycznej lewicy. Ci ludzie nigdy nie zagłosują na Republikanów, ale mogą zostać w domu. To samo dotyczy czarnych, którzy są tradycyjnym elektoratem Demokratów. Wśród biedniejszych wyborców z tej grupy już od dawna panuje przekonanie, że wybory są fikcją. Może się zatem okazać, że demokratyczne kierownictwo stworzy bardzo przyjemny centrowy program, który w większości kwestii będzie bardzo podobny do programu Johna McCaina lub innego liberalnego republikanina Mitcha Romneya. A potem się okaże, że wszyscy ludzie, którzy w przeszłości chodzili po domach, wysyłali ulotki i organizowali spotkania wyborcze Demokratów, wzruszą ramionami i zajmą się czymś innym. W dodatku niektórzy z demokratycznych analityków wcale nie są zachwyceni wynikiem wyborów, który oznacza, że zostaną zmuszeni brać odpowiedzialność za niekoniecznie popularne decyzje. Przetrwanie jako czysta opozycja, która nie musi mówić czegokolwiek konkretnego do roku 2008, mogło być lepszym rozwiązaniem.

Na razie wydaje się, że bardzo duże. Wielu Demokratom bardzo się to nie podoba, ale niespecjalnie wiedzą, w jaki sposób mogliby ją zatrzymać, nie rozpętując przy tym gigantycznej bitwy osłabiającej partię. Poza tym Demokraci nie mają nikogo innego, kto mógłby wystartować, kto byłby dobrze znany i wystarczająco poważny. John Edwards ciągle gra w wadze lekkiej. Wesley Clark jest przez wielu traktowany bardzo nieufnie ze względu na jego działania jako dowódcy w Iraku, nie mówiąc już o tym, że kiepski z niego polityk. Wśród młodszych polityków demokratycznych jest wiele interesujących postaci - na przykład Jim Webb, weteran wojny w Iraku kandydujący do Senatu z Wirginii. Wszyscy oni są jednak zbyt mało doświadczeni, by poważnie myśleć o prezydenturze.

Raczej z obawy, że przegra. Choć niechęć do niej wśród demokratycznej prawicy rośnie. To coraz bardziej martwi bossów partyjnych, którzy pod względem programowym nie mają Hillary nic do zarzucenia. Ale oni również nie widzą alternatywy. Co gorsza, wiadomo, że jakakolwiek próba wykreowania innego kandydata rozpęta burzę i będzie oznaczać, że przez następne półtora roku Demokraci skoncentrują się na walce frakcyjnej, co na ostateczny wynik wyborów będzie mieć wpływ nie lepszy niż start byłej pierwszej damy z jej dużym negatywnym elektoratem. Jedyną nadzieją Demokratów jest to, że do następnych wyborów prezydenckich rzeczy przybiorą tak zły obrót, że żaden Republikanin nie będzie w stanie ich wygrać.

W Indiach i Bangladeszu też rządzą wielopokoleniowe dynastie, a oba kraje są republikami. Jednak ma pan rację, po Stanach Zjednoczonych należałoby spodziewać się większego urozmaicenia. Problem dotyczy nie tylko urzędu prezydenta. USA stają się oligarchią. Ojcowie i dziadkowie amerykańskich polityków również byli politykami, a jeśli nie politykami, to milionerami lub wojskowymi. Weźmy Johna McCaina - zarówno jego ojciec, jak i dziadek byli admirałami. Coraz częściej zastanawiam się, po co Amerykanie pozbyli się króla Jerzego III. Przecież gubernatorów brytyjskich kolonii w Ameryce Północnej również dobierano spośród lokalnych możnowładców...

Oczywiście najostrzej reagują na to lewicowi intelektualiści, czasopisma takie jak "The Nation" czy "Mother Jones". Istnieją jednak również bardzo wybitni ludzie o zasadniczo konserwatywnych poglądach - Kevin Philips czy Michael Lind - którzy też są głęboko przejęci tym, co się dzieje. Trudno jest jednak przełożyć ten sprzeciw na realne działania polityczne. No bo jak stworzyć poważny ruch społeczny poza dwiema partiami, które są zdominowane przez dziedziczną oligarchię i które podzieliły między siebie całe polityczne spektrum? Do stworzenia takiego antyoligarchicznego ruchu - jak każdego innego ruchu społecznego - potrzebne są pieniądze, miliony dolarów, żeby zdobyć choć jedno miejsce w Izbie Reprezentantów, nie mówiąc już o Senacie. Ruch skierowany przeciw oligarchii z pewnością ich nie dostanie! Szczerze mówiąc, żeby cokolwiek się zmieniło, USA musiałyby doświadczyć wstrząsu gospodarczego na miarę Wielkiego Kryzysu przy równoczesnej klęsce w polityce zagranicznej. Jednak w wyniku tego powstałaby przede wszystkim cała gama ruchów populistycznych. W latach 90. XIX wieku i 30. XX wieku amerykańskie ruchy populistyczne miały charakter demokratyczny i postępowy. Ale wcale nie jest pewne, że byłoby tak i tym razem. Amerykańska psyche ma też bardzo mroczne strony.

Jak napisałem w "America Right or Wrong", amerykański nacjonalizm ma dwa, w dużym stopniu przeciwstawne nurty. Pierwszy to mesjanizm, przekonanie, że Ameryka jest "miastem na wzgórzu", światłem dla narodów. Zazwyczaj prowadzi to do wiary w siłę amerykańskiego przykładu, ale czasami - zwłaszcza gdy USA zostaną zaatakowane - przybiera formę aktywną: staje się pragnieniem zmienienia całego świata w Amerykę, nawrócenia innych na demokrację i amerykański sposób życia. Drugi nurt nazywam "amerykańską antytezą" - to nacjonalistyczna tradycja, bardzo silna w niektórych częściach Stanów Zjednoczonych. Jej elementami są szowinizm, ksenofobia, strach przed światem zewnętrznym i pogarda wobec niego. Te ciemne aspekty amerykańskiego nacjonalizmu były bardzo wnikliwie analizowane przez wielkich myślicieli, zarówno konserwatywnych, jak i liberalnych - ludzi takich jak Reinhold Niebuhr, Richard Hofstadter, George Kennan czy William Fulbright. Większość z nich była zdecydowanymi antykomunistami, ale swoją krytykę kierowali przeciw antykomunistycznej histerii, jaka rozpętała się w USA we wczesnych latach 50. Mieli także zastrzeżenia wobec powodów, dla których Stany Zjednoczone zaangażowały się w wojnę w Wietnamie. Ich argumenty i obserwacje mają wielkie znaczenie dla zrozumienia zachowania Ameryki po 11 września.

Istotnie. Choć z drugiej strony jest to system z wielkimi rezerwami prestiżu, intelektu i olbrzymimi sumami pieniędzy, których będzie można użyć, jeśli zajdzie potrzeba - mimo deficytu budżetowego i handlowego oraz rosnącego uzależnienia od Chin. Istniejące elity mogą wykorzystać ten potencjał. Choć może też być tak jak we Francji w XVIII wieku, gdzie elity nie wykorzystały zasobów, nie potrafiły się dostosować i stary porządek uległ załamaniu. W Ameryce przez parę następnych pokoleń do rewolucji pewnie nie dojdzie, ale już teraz daje się dostrzec dziwaczny kontrast między niezwykle dynamicznym krajem o głęboko demokratycznych przekonaniach a jego polityką, która jest coraz mniej demokratyczna, przejrzysta i funkcjonalna. Porównanie byłoby może zbyt daleko idące, ale na tym właśnie polegał dramat Polski w XVIII wieku - kraj o wielkim potencjale ludzkim, bez sprawnego systemu politycznego.

Zamieszki na tym tle będą się powtarzać, zwłaszcza jeśli nastąpi kryzys gospodarczy. Obecnie najważniejszym problemem jest nielegalna imigracja. Żadna z partii nie zajęła do tej pory jasnego stanowiska w tej kwestii. Amerykańskie elity nie mają nic przeciwko imigracji, bo oznacza ona tanią siłę roboczą. Obie partie liczą też na zdobycie głosów latynoskiego elektoratu i obawiają się, że jeśli wykonają jakiś gwałtowny ruch, utracą je na rzecz przeciwnika. Republikańskie doły partyjne podniosły już jednak bunt - domagają się twardszej strategii wobec imigracji. To ze względu na imigrację biali robotnicy porzucają Demokratów. I jest to dla Partii Demokratycznej poważny problem, bo ma ona mniejsze niż Republikanie szanse na wygrywanie wyborów bez poparcia Latynosów - nie może więc zaostrzyć retoryki imigracyjnej, by zatrzymać przy sobie białą klasę pracującą. Pod względem bazy wyborczej Demokraci są w o wiele gorszej sytuacji niż Republikanie. Elektorat Partii Republikańskiej dzieli się na radykalną religijną prawicę i umiarkowanie konserwatywną białą klasę średnią. Jeśli uda się im utrzymać religijną prawicę pod kontrolą, Republikanie mogą z powodzeniem przyciągnąć wyborców z centrum. Robili to w poprzednich wyborach i gdyby nie Irak i nieudolność po huraganie "Katrina" udałoby im się to także tym razem. Wyborcza baza Demokratów podzielona jest zaś na 4-5 części, które się wzajemnie nienawidzą. Są to, po pierwsze, niedobitki białej klasy robotniczej - z reguły potomkowie późnych imigrantów zachowujący swoje etniczne tożsamości. Po drugie czarni, których ci biali robotnicy nie lubią, po trzecie - Latynosi, czyli tania siła robocza znienawidzona zarówno przez czarnych, jak i białych robotników, po czwarte geje - pogardzani przez pierwsze trzy grupy i wreszcie po piąte - nieliczna, lecz bardzo wpływowa liberalna inteligencja ze Wschodniego Wybrzeża i Kalifornii. Jestem wysoce krytyczny wobec demokratycznego kierownictwa za chaotyczność jego działań, cynizm i konformizm, ale muszę przyznać, że utrzymanie wyborczego sojuszu tych środowisk jest niemałym wyczynem.

Populizm i egalitaryzm ekonomiczny. Postulaty odbudowy przemysłu - bo z ich pomocą można odejść od dotychczasowej katastrofalnej polityki w dziedzinie ekologii. Religijność, ale umiarkowaną. W polityce zagranicznej - pewną dozę tradycyjnego izolacjonizmu: unikanie niepotrzebnych zobowiązań międzynarodowych i redukcję sił zbrojnych. To pozwoliłoby zdobyć znaczącą większość - bo większość Amerykanów właśnie tego chce, z wyjątkiem ochrony środowiska, rzecz jasna. Mam przeczucie, że jeśli USA doświadczą w przyszłości naprawdę poważnego kryzysu, w wyniku którego załamie się istniejący system partyjny, nowa masowa partia powstanie właśnie wokół tych haseł. Zresztą nie musi to być nowe ugrupowanie - równie dobrze można sobie wyobrazić, że tak właśnie wyglądać będzie nowy program Partii Republikańskiej, jeśli jej odnową po klęsce wyborczej zajmie się ktoś taki jak senator z Nebraski Chuck Hagel.

Już teraz widać, że Demokraci nie chcą radykalnego zwrotu. Ich wizja polityki wobec Rosji, Iranu, Izraela i Palestyny, Chin czy Indii jest taka sama jak dzisiejsza polityka administracji Busha. Różni się oczywiście od tego, czego chcieliby Dick Cheney i inni twardogłowi, ale nie od tego, co robi Condoleezza Rice. Zresztą wielu intelektualistów będących zapleczem Partii Demokratycznej - takich jak Kenneth Pollack i Ron Asmus - i wielu polityków, którzy są z nimi związani, w wielu kwestiach są po prostu łagodniejszą wersją neokonserwatystów.

Podhoretz to dość skrajny przypadek. Nie jest tak, że establishment obydwu partii dał się przekonać do głoszonej przez niego wizji "IV wojny światowej". Jednak struktura władzy i sieci zależności działają w ten sposób, że Stany Zjednoczone rzeczywiście są popychane w kierunku imperialnej dominacji. Obie partie są zdecydowane utrzymać istniejący poziom amerykańskiej hegemonii na Bliskim Wschodzie. A to może się okazać niemożliwe bez kolejnych wojen. Nie jest to zarzut wobec Stanów Zjednoczonych - każdy kraj, który chciał kontrolować ten region, musiał toczyć wojny. Związek Sowiecki musiał walczyć z Afgańczykami, którzy zbuntowali się przeciw władzy jego klientów, Wielka Brytania musiała prowadzić powtarzające się operacje na małą skalę w pierwszej połowie XX wieku - aż w końcu została pokonana i musiała się wycofać. To samo spotkało Francuzów. Jeśli Chińczycy będą kiedykolwiek wystarczająco głupi, by podjąć próbę zdominowania Bliskiego Wschodu, też będą musieli toczyć wojny. Taki jest los imperiów. Możliwych powodów kolejnych amerykańskich interwencji jest wiele - rewolucja w Arabii Saudyjskiej, przejęcie władzy w Syrii przez Bractwo Muzułmańskie, pucz lub powstanie w Egipcie...

Ponawiane co jakiś czas przez Waszyngton groźby ataku ostatnio osłabły, choć jest jedna rzecz, która mnie niepokoi. W przeszłości administracja Busha zachowywała się jak podnoszący stawkę hazardzista. Co jakiś czas pojawiają się głosy analityków - co ciekawe tych, którzy zajmują się polityką wewnętrzną - mówiących, że jeśli Republikanie poczują, iż zmierzają w kierunku porażki w wyborach 2008 roku, mogą spróbować raz jeszcze zagrać na nastrojach patriotycznych i w celu ich wywołania zaatakują Iran. Mogą także liczyć na to, że w ten sposób podzielą Partię Demokratyczną - jej część pod wpływem silnego izraelskiego lobby poparłaby tę akcję, natomiast większość szeregowych członków byłaby jej przeciwna. Hillary Clinton lub jakikolwiek inny demokratyczny kandydat musiałby zachowywać się tak jak John Kerry w sprawie Iraku. Rozsądek nakazywałby oczywiście powstrzymanie się od atakowania Iranu - pomijając już kwestie praktycznej wykonalności takiego ataku, bardzo osłabiłoby to międzynarodową pozycję Ameryki - lecz rozsądek nie jest cechą charakterystyczną obecnej administracji. Zresztą wielu Republikanów chciałoby ataku na Iran nawet za cenę klęski wyborczej, a nie po to, by jej zapobiec. Dodajmy, że wojna z Iranem znakomicie pasowałaby do apokaliptycznych wizji obecnych w kręgach religijnej prawicy. A poza tym sprawiłaby wielką przyjemność lobby izraelskiemu, które jest bardzo silne w obydwu amerykańskich partiach. Tak silne, że stosunki amerykańsko-izraelskie nie tylko nie są przedmiotem debaty, lecz wręcz się o nich nie wspomina, traktując jako constans. Jednak opinia wywiadu wojskowego i armii w ogóle - zwłaszcza pionu planowania i analiz - jest tak bardzo negatywna, że atak na Iran nie wydaje się prawdopodobny. W przypadku Iraku zastrzeżenia służb wywiadowczych zostały zignorowane. Rezultat okazał się tak katastrofalny, że tym razem szanse na to, iż zostaną one wysłuchane, są większe.

p

, brytyjski dziennikarz i historyk, ekspert w dziedzinie studiów strategicznych; pod koniec lat 80. korespondent dziennika "The Times" w Afganistanie i Pakistanie; w 1989 roku relacjonował wydarzenia antykomunistycznych rewolucji w Rumunii i Czechosłowacji. Pracował m.in. jako ekspert ds. problematyki postsowieckiej w londyńskim International Institute for Strategic Studies oraz specjalista ds. polityki bezpieczeństwa w Carnegie Endowment for International Peace. Opublikował m.in. książki "The Baltic Revolution" (1994), "Chechnya: Tombstone of Russian Power" (1998) oraz ostatnio "America Right or Wrong" (2005). W "Europie" nr 14 z 5 kwietnia br. opublikowaliśmy jego głos w ankiecie "USA i Indie: najważniejszy sojusz XXI wieku".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj