Sędzia, uzasadniając wyrok, podkreślił, że bezpośrednią przyczyną śmierci były tylko dwa ciosy ojczyma, a nie wielomiesięczne tortury. Gdy odczytywał wyrok, na sali słychać było
głosy oburzenia. Wszyscy czekali na karę dożywocia.
25-letni Artur N. i matka Oskara - o rok młodsza Joanna M., opowiadali przed sądem, że brutalnymi torturami karcili chłopca. Za co? Za wszystko. Za to, że wyciągnął rączkę do mamy, Artur N.
mu ją złamał. Za to, że wyjął jedzenie z lodówki, oprawca wybił mu dwa zęby. Za to, że chciał spać w łóżku z mamą, ojczym go skopał. "Dałem mu dwa kopy i musiał wracać do
swojego łóżeczka" - przechwalał się policjantom.
Lekarze z przerażeniem odkryli na ciele Oskarka ślady licznych pobić. Dziecko było przypalane żelazkiem, kopane, miało powybijane zęby. Chłopiec od silnych uderzeń "pięścią w
brzuch" - jak powiedział jego ojczym - dostał krwotoków wewnętrznych. Dwa dni umierał w męczarniach.
"Cały czas sikał w łóżko i w majty. Dwa dni temu uderzyłem go rano dwa razy w brzuch. I zaczął czuć się gorzej. Pod wieczór już było coraz gorzej. Zaczęły się wymioty
krwią" - opowiadał policjantom z Piotrkowa Trybunalskiego Artur N.
Matka twierdzi, że jest niewinna. Ale śledczy byli innego zdania. Joanna M. pomagała Arturowi N. w katowaniu dziecka i nie pomogła chłopcu, gdy umierał - uznał prokurator i zażądał dla
obojga dożywocia.
Obrońca kobiety tłumaczył jej zachowanie trudnym dzieciństwem i dysfunkcją umysłową. Wniósł o uniewinnienie. Z kolei obrońca Artura N. twierdził, że mężczyzna powinien odpowiadać za
pobicie, a nie za zabójstwo i dlatego domagał się łagodnej kary.