Pracownicy i pacjenci szpitala MSWiA przy Wołoskiej nie wspominają dobrze doktora G. Nie mają też wątpliwości, że na jednym zatrzymaniu się nie skończy. Jak pisze DZIENNIK, o braniu łapówek przez ordynatora kardiochirurgii mówiło się przecież od lat.
"Aby dostać się na ten oddział, trzeba było dać w łapę ordynatorowi. Tylko on miał prawo przyjmować pacjentów. Jeżeli chory nie zapłacił, to
słyszał, że musi czekać w długiej kolejce" - opowiada jeden z byłych pracowników kardiochirurgii.
Jak dowiedział się DZIENNIK, stawka za przyjęcie wynosiła od kilku do kilkunastu tysięcy. Z tego powodu już w styczniu 2004 r. część lekarzy zbuntowała się i napisała list do dyrekcji szpitala, w którym poprosiła o wyjaśnienie trybu przyjmowania pacjentów oraz kwalifikowania ich do operacji.
"Często zdarzało się, że ludzie czekający na przeszczep serca z końca kolejki szybko trafiali na stół" - mówi jeden z lekarzy. Tymczasem list wysłany do dyrektora został odesłany do rąk ordynatora. W ten sposób ukręcono łeb sprawie. Niepokorni odeszli.
Jeden z kolegów ordynatora jest pewien: to dopiero początek. "W naszym szpitalu będą kolejne aresztowania" - uważa. O spokój trudno w pokoju pielęgniarek. "Ten człowiek budził w nas strach, baliśmy się go niemal wszyscy. Potrafił wpadać w szał. Wtedy nie przebierał w słowach" - wyznaje anonimowo jedna z nich.
"Ten lekarz przyszedł do nas jako gwiazda i wszyscy go zresztą tak traktowali" - dodaje inna. "Nawet renomowani lekarze zwracali się do niego z wielką estymą. Podobało mu się to. Inny pracownik dodaje: "Podczas operacji, jeśli coś mu się nie podobało, potrafił nawet kopnąć asystenta". Wczoraj napięta atmosfera udzieliła się nie tylko lekarzom i pielęgniarkom, ale także pacjentom.
"Ten szpital jest najlepszy w Polsce" - mówi jeden z nich. "By się tu dostać, trzeba mieć dużo pieniędzy. Sam zresztą daję - pielęgniarkom bombonierki i kawę, a lekarzom to i owszem - parę groszy do kieszeni wsadziłem. Sam się na to zgodziłem, bo wiem, za co płacę. Ale nie boję się o życie, bo tylko tu mam szansę wyzdrowieć" - mówi.
I dodaje: "Ten doktor to prawdziwy fachowiec, ale w stosunku do pacjentów bardzo oschły. Nigdy się nie uśmiechał i traktował chorych jak szczury doświadczalne".
Jak dowiedział się DZIENNIK, stawka za przyjęcie wynosiła od kilku do kilkunastu tysięcy. Z tego powodu już w styczniu 2004 r. część lekarzy zbuntowała się i napisała list do dyrekcji szpitala, w którym poprosiła o wyjaśnienie trybu przyjmowania pacjentów oraz kwalifikowania ich do operacji.
"Często zdarzało się, że ludzie czekający na przeszczep serca z końca kolejki szybko trafiali na stół" - mówi jeden z lekarzy. Tymczasem list wysłany do dyrektora został odesłany do rąk ordynatora. W ten sposób ukręcono łeb sprawie. Niepokorni odeszli.
Jeden z kolegów ordynatora jest pewien: to dopiero początek. "W naszym szpitalu będą kolejne aresztowania" - uważa. O spokój trudno w pokoju pielęgniarek. "Ten człowiek budził w nas strach, baliśmy się go niemal wszyscy. Potrafił wpadać w szał. Wtedy nie przebierał w słowach" - wyznaje anonimowo jedna z nich.
"Ten lekarz przyszedł do nas jako gwiazda i wszyscy go zresztą tak traktowali" - dodaje inna. "Nawet renomowani lekarze zwracali się do niego z wielką estymą. Podobało mu się to. Inny pracownik dodaje: "Podczas operacji, jeśli coś mu się nie podobało, potrafił nawet kopnąć asystenta". Wczoraj napięta atmosfera udzieliła się nie tylko lekarzom i pielęgniarkom, ale także pacjentom.
"Ten szpital jest najlepszy w Polsce" - mówi jeden z nich. "By się tu dostać, trzeba mieć dużo pieniędzy. Sam zresztą daję - pielęgniarkom bombonierki i kawę, a lekarzom to i owszem - parę groszy do kieszeni wsadziłem. Sam się na to zgodziłem, bo wiem, za co płacę. Ale nie boję się o życie, bo tylko tu mam szansę wyzdrowieć" - mówi.
I dodaje: "Ten doktor to prawdziwy fachowiec, ale w stosunku do pacjentów bardzo oschły. Nigdy się nie uśmiechał i traktował chorych jak szczury doświadczalne".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|