Podstawowym argumentem za wprowadzeniem całorocznego przymusu jest poprawa bezpieczeństwa. Według badań przeprowadzonych przez Komisję Europejską, jazda na światłach w dzień przez cały rok może zmniejszyć liczbę wypadków nawet o 15 proc., a wtedy liczba zabitych zmaleje o 20 proc. Jeszcze bardziej wymowne są dane dotyczące motocyklistów. Dzięki światłom liczba tragedii z ich udziałem spadłaby nawet o jedną trzecią.
"Jak spojrzeć na te badania, to właściwie nie ma się nad czym zastanawiać" - mówi Jan Tomaka, poseł Platformy Obywatelskiej, jeden z najbardziej zagorzałych zwolenników zmian. "Ludzkie życie jest najważniejsze, a obowiązek jazdy na światłach pozwoli ocalić wiele istnień".
Poseł usilnie przekonuje, że nieuzasadnione są obawy, iż nowy przepis uderzy kierowców po kieszeni. Przeprowadził nawet specjalną kalkulację. Wynika z niej, że statystyczny polski właściciel auta - po wprowadzeniu obowiązku ciągłego używania świateł - wyda rocznie tylko 40 zł więcej niż dotychczas.
"To nie są wielkie pieniądze, a zyskać możemy coś, co nie ma swojej ceny" - przekonuje Krzysztof Hołowczyc, kierowca rajdowy. Jego zdaniem, ten przepis powinien być w naszym kraju wprowadzony już dawno.
"W Skandynawii, gdzie i tak było zawsze niewiele wypadków, wprowadzenie nakazu jeszcze bardziej je ograniczyło" - mówi Hołowczyc. "Włączone światła po prostu
przykuwają uwagę, samochód lepiej widać, i to z daleka".
W Europie jazda z włączonymi światłami przez cały rok obowiązuje między innymi w Czechach i Słowacji oraz właśnie w krajach skandynawskich.