Warszawa, piłkarskie boisko na przedmieściach. Trwa właśnie mecz jednej z amatorskich lig piłkarskich. Na ławce grę obserwuje dwóch ubranych w dresy mężczyzn. W rękach puszki z piwem. Z olbrzymim zainteresowaniem przyglądają się jednemu z graczy. Sędzia sięga po gwizdek. Przerwa. Nasi dwaj kibice podnoszą się z ławki i spokojnym krokiem podchodzą do interesującego ich gracza. Chwila rozmowy, szybki ruch i piłkarz leży na ziemi z kajdankami zatrzaśniętymi na nadgarstkach. Kibicami byli policjanci zajmujący się poszukiwaniami zbiegów. Piłkarz 12 lat wcześniej uciekł z więzienia. Ukrywał się pod przybranym nazwiskiem.
Takie filmowe akcje w wykonaniu policji to jednak rzadkość. Dlaczego? Bo prawie stutysięczną armię zbiegów, ukrywających się więźniów, poszukiwanych listami gończymi bandytów szuka w Polsce nie więcej niż kilkuset funkcjonariuszy. "W komendach wojewódzkich to zwykle nie więcej niż 10 gliniarzy. W mniejszych jednostkach to 2 - 3 osoby" - opowiada DZIENNIKOWI jeden z poszukiwaczy.
Dzień z życia poszukiwacza to masa papierkowej roboty i wyjazdy. "Sprawdzamy adresy, pod którymi może ukrywać się nasz poszukiwany. Do tego trzeba spotkać się z informatorami z półświatka, sprawdzić informacje od agenta, posiedzieć kilka godzin w samochodzie na zasadzce. Praca w piątek, świątek i niedzielę" - mówi jeden z policyjnych rozmówców DZIENNIKA.
"Jak dostajemy cynk, że w święta przyjedzie do domu jeden z figurantów (tak policjanci nazywają poszukiwanego – red.), siedzimy w pracy nawet w Wigilię czy Wielkanoc" - opowiada policjant z Warszawy. Policjanci opowiadają, że na każdego złapanego przez nich człowieka na listę wskakuje natychmiast nowy.
W Stanach poszukiwaniami od kilkunastu lat zajmują się szeryfowie federalni. Wspomagają ich tzw. łowcy głów - zazwyczaj byli policjanci, którzy - kuszeni nagrodami - pomagają szeryfom, policji i FBI. W Polsce wyznaczane nagrody raczej nie powalają - od ponad roku nikt nie skusił się na 100 tys. zł (to jedna z najwyższych stawek w historii) wyznaczone za pomoc w ujęciu tzw. gejobombera. Dla porównania: za pomoc w schwytaniu Stanisława Antczaka - "laserowego snajpera" terroryzującego Szczecin - wyznaczono... 4 tys. zł nagrody - pisze DZIENNIK.
Antczak od prawie dwóch lat wymyka się policji. Gdyby nie zaczął napadać na ludzi i strzelać, pewnie do dziś nikt by o nim nie słyszał.
Dlatego spokojnie spać może 56-letni Włodzimierz Swintkowski - urodzony w Rosji, podejrzewany o współpracę z rosyjskim wywiadem, podający się za handlarza obrazów. W 1999 roku razem z Igorem
Pikusem (bandytą zastrzelonym w 2003 roku w podwarszawskiej Magdalence podczas słynnej akcji policji) napadł na kantor w Warszawie. Bandyci byli uzbrojeni w kałasznikowy.
"Ktoś widział go w Niemczech, kto inny przekazał informację, że nie żyje. Ale Swintkowski nadal formalnie jest dla nas poszukiwany. Żywy lub martwy" - mówi DZIENNIKOWI policjant. Jeśli możesz pomóc policji, zadzwoń - bezpłatny numer 997 lub 112 z komórki.