Dramat rozpoczął się tuż po 10. To wtedy na podwórku kamienicy przy ul. Bałtyckiej 1 pojawili się urzędnicy z komunalnego zakładu budżetowego w asyście straży miejskiej - pisze "Fakt". Dostali skargę od jednej z rodzin, której Antoni Z. nie chciał wpuścić do kamienicy. Gdy ludzie chcieli się wprowadzić, groził im siekierą.
"Jeszcze krok, a porąbię wszystkich na kawałki" - lrzyczał szaleniec do urzędników i zniknął na moment w mieszkaniu. Gdy znów pojawił się w drzwiach, strażnikom miejskim i urzędnikom odebrało głos. Mężczyzna trzymał w dłoniach 12-kilogramową butlę z gazem. Z kieszeni spodni wyjął zapałki.
"Wysadzę pół okolicy. Mam kilka takich butli" – zagroził Antoni Z. Z bombą gazową skrył się w piwnicy.
Na miejscu pojawiły się wozy strażackie, pogotowie, dodatkowe oddziały policji i negocjatorzy. W chwili gdy kolejne posiłki mundurowych ściągały do Legionowa w mrocznych zakamarkach
piwnicy z Antonim Z. próbowały rozmawiać jego córka i żona.
"Bezskutecznie" - mówi "Faktowi" asp. Robert Składanek z Komendy Powiatowej w Legionowie, który uczestniczył w akcji.
Szaleniec co chwila wychylał się z piwnicy na moment, przykładając zapalone zapałki do butli. Za każdym razem mogło dojść do wybuchu.
Policjanci zorganizowali zasadzkę. Rzucili się na niego, gdy po raz kolejny wychylił głowę z piwnicy.
Antoni Z. trafił na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Od opinii lekarzy będzie zależało, kiedy Antoni Z. odpowie za próbę sprowadzenia katastrofy na mieszkańców Legionowa. "Gdyby doszło do wybuchu w zgliszcza zamieniłaby się nie tylko ta jedna kamienica, ale kilkanaście domów w okolicy. Mogło zginąć wiele osób" - mów "Faktowi" asp. Składanek.