Wanda Antczak śledzi wszystkie wiadomości. "Synku, przestań krzywdzić ludzi. Poddaj się" - błaga w rozmowie z "Faktem". Policja na razie jest bezsilna. "Snajper", najprawdopodobniej uzbrojony w pistolet z laserowym celownikiem, od kilku tygodni terroryzuje Szczecin. Jedna z jego ofiar została trafiona w głowę, druga w kolano.
Stanisław Antczak to recydywista. Ma na koncie wyrok za napad z bronią w ręku. Powinien być w więzieniu - w 1995 roku dostał wyrok 13 lat. Ale po 10 latach szefostwo więzienia w Goleniowie zezwoliło mu na pracę w domu kultury. Wykorzystał to i 5 lipca 2005 roku nie wrócił już z przepustki.
Gdzie się ukrywa? Tego nie wie nawet jego matka. "Wychowałam sześcioro dzieci: pięciu chłopców i jedną dziewczynkę. Gdy Staś miał trzy latka, umarł mu ojciec. I wyrósł z niego mały bandyta" - opowiada kobieta. Gdy chłopak dorastał, z dnia na dzień stawał się coraz gorszy. "Boże, co ja z nim miałam. Kradł mi pieniądze, wyzywał, a gdy dorósł, bił mnie" - wspomina.
Z czasem coraz rzadziej pojawiał się w domu. "Jeździł w Polskę. Tam kradł i włamywał się do ludzi. Do domu kilka razy w tygodniu przyjeżdżali po niego policjanci z Krakowa, Warszawy, z całej Polski" - mówi pani Wanda. Matka w końcu wyrzekła się syna i go wymeldowała. "Ale po ucieczce z więzienia pojawił się raz przed domem. Zaczął do mnie krzyczeć, ale nie otworzyłam mu" - wspomina Wanda Antczak.