W rozmowie z "Europą" Robert Skidelsky, wybitny historyk i ekonomista, znawca myśli Johna M. Keynesa, zastanawia się nad szansami rozwoju Unii Europejskiej i możliwościami jej przetrwania w warunkach zglobalizowanej gospodarki. Jego zdaniem UE wciąż nie jest gotowa do prowadzenia w pełni zintegrowanej polityki gospodarczej. Narzędziem tej ostatniej nie może być euro, które powoduje problemy ekonomiczne w wielu państwach członkowskich. "Unia walutowa może dobrze działać tylko wtedy, gdy biorące w niej udział kraje mają rozwinięte, dojrzałe systemy finansowe. W innym przypadku znajdą się w kłopotach. W strefie euro kłopoty będą mieć kraje śródziemnomorskie i wschodnioeuropejskie. Euro jest dobrym pomysłem dla Francji, Niemiec czy Beneluksu. Jeśli miałbym się zakładać, to postawiłbym na to, że jedynie te kraje będzie ostatecznie obejmować strefa euro".
p
Jest wiele rodzajów bezrobocia. Jednym z nich jest bezrobocie strukturalne, którego istotę stanowi brak dostosowania między tym, co ludzie mogliby robić, a tym, na jaki rodzaj pracy istnieje zapotrzebowanie. Zwalczanie bezrobocia strukturalnego jest o wiele trudniejsze niż koniunkturalnego, bo nie wystarczy obniżyć stóp procentowych, zwiększając w ten sposób skłonność do inwestowania - konieczna jest ingerencja w strukturę społeczną. Zresztą, nawet gdyby obecne bezrobocie było, tak jak w latach 30., wynikiem złej koniunktury, zwalczenie go byłoby o wiele trudniejsze. Jeszcze w latach 60. ludzie decydujący o polityce gospodarczej mogli polegać na opisanej przez Phillipsa zależności, zgodnie z którą wyższa inflacja oznaczała niższe bezrobocie i na odwrót. W pierwszej połowie lat 70. bezrobocie i inflacja zaczęły jednak rosnąć równocześnie. Naiwnie założono, że problem bezrobocia rozwiąże się sam za pośrednictwem rynku pracy i dzięki duchowi przedsiębiorczości.
Niestety, decyzji o wysokości podatków i wydatków publicznych nie można dziś podejmować w sposób równie arbitralny jak w czasach Keynesa.
Politycy nadużywali tej możliwości. Doprowadziło to do powstania deficytów budżetowych, które nie wynikały z warunków makroekonomicznych, lecz z dążenia do przekupienia poszczególnych grup wyborców. Pojawiły się tak zwane polityczne cykle koniunkturalne. Ponieważ politycy okazali się niegodni zaufania, nastąpił powrót do twardej polityki fiskalnej, choć oczywiście nie w aż tak ortodoksyjnej postaci, jaką miała ona w XIX wieku. W dzisiejszym świecie panuje zgoda, że przez cały cykl koniunkturalny budżet powinien być zrównoważony. Wielką wagę przywiązuje się także do niezależności banku centralnego, która uniemożliwia ministrom finansów manipulowanie stopami procentowymi. Europejski Bank Centralny jest tej niezależności przypadkiem skrajnym. Wobec wciąż istotnych różnic między gospodarkami poszczególnych krajów Unii nie może on obniżyć stóp procentowych tak bardzo, jak wymagałoby tego pobudzenie koniunktury w jednym kraju członkowskim, bo okazałyby się one za niskie dla innych krajów.
Keynes był tak ważny dla ekonomii również dlatego, że z nauki o niedostatku uczynił naukę o obfitości. To prowadzi do zmiany sposobu myślenia. Jeśli naturalnym stanem ludzkości jest niedostatek, przyszłość jednostek i społeczeństw zależy od ich efektywności. Jeśli zakładamy, że normą jest obfitość, efektywność przestaje być tak ważna, bo przecież w życiu liczą się także inne rzeczy. Europa żyje w dostatku - zgadzam się, pewne obszary borykają się ze strukturalnym bezrobociem, nierówności społeczne są dość duże - ale, ogólnie rzecz biorąc, jest to bogaty kontynent. Nie musi dążyć za wszelką cenę do maksymalizacji efektywności. Wyłączenie polityki monetarnej spod kontroli rządu nie prowadzi do maksymalizacji skuteczności polityki fiskalnej, lecz do jej jak największego ograniczenia. Bardzo niepokoi mnie rozpowszechniony w strefie euro pogląd, że rząd stanowi problem, a nie rozwiązanie. Skoro tak, to trzeba rząd zlikwidować, a przynajmniej ubezwłasnowolnić. I temu właśnie służy EBC. Spodziewam się jednak, że ludzie zaczną wymagać od swoich rządów prowadzenia bardziej aktywnej polityki, która nie jest możliwa przy obecnych rygorach unii walutowej. Ponieważ zaś trudno jest sobie wyobrazić, by wszyscy jej członkowie zgodzili się na rozluźnienie tych rygorów, wiele osób spodziewa się, że strefa euro się rozpadnie.
Unia walutowa może dobrze działać tylko wtedy, gdy biorące w niej udział kraje mają rozwinięte, dojrzałe systemy finansowe. W innym przypadku znajdą się w kłopotach. W strefie euro kłopoty będą mieć kraje śródziemnomorskie i wschodnioeuropejskie. Euro jest dobrym pomysłem dla Francji, Niemiec czy Beneluksu. Jeśli miałbym się zakładać, to postawiłbym na to, że jedynie te kraje będzie ostatecznie obejmować strefa euro.
Pod tym względem porzucenie keynesizmu było błędem. Powinniśmy wrócić do czegoś w rodzaju regulacji z Bretton Woods lub przynajmniej uzgodnić pewne zasady prowadzenia polityki kursowej. Od 30 lat działamy w warunkach faktycznej anarchii. Gospodarki wszystkich państw świata są coraz silniej zależne od siebie nawzajem, lecz nie ma reguł, według których państwa te mogłyby wpływać na kursy wymiany. Nie ma zgody, kto powinien się dostosować - czy Chińczycy powinni mniej oszczędzać, czy Amerykanie mieć niższy deficyt budżetowy. Wobec rosnącej liczby graczy i szybkiego rozwoju nowych rynków finansowych nie możemy pozwolić sobie na kontynuację brudnej gry kursami wymiany. A ta gra będzie zawsze brudna, bo uzależniona od narodowych interesów. Gospodarczy nacjonalizm narasta. Keynesowi ta sytuacja na pewno by się nie podobała. Nie tylko dlatego, że był zwolennikiem wolnego handlu, lecz również dlatego, że nie był w tej kwestii dogmatykiem - dostrzegał konieczność obrony własnych interesów i na pewno nie chciałby, by Europa zawsze dostosowywała się do egoistycznych działań Indii i Chin.
I słusznie. Keynes był przeciwnikiem wyciągania radykalnych wniosków z teorii kosztów komparatywnych Ricarda. Uważał, że żaden kraj nie powinien koncentrować się na jednym jedynym rodzaju działalności, bez względu na to, jak bardzo byłoby to opłacalne w danej chwili. Na przykład bezrobocie, od którego zaczęliśmy tę rozmowę, nie było dla niego kwestią czystej statystyki. Ludzi z doktoratami pracujących jako śmieciarze Keynes uznałby za bezrobotnych, bo niewykorzystujących swoich zdolności. Dla niego pełne zatrudnienie oznaczało wykorzystanie talentów społeczeństwa. Globalizacja w swojej dzisiejszej formie temu nie sprzyja.
Owszem, liczono na to, że przynajmniej w pewnym stopniu zastąpi ono dolara jako waluta rezerwowa reszty świata. Euro jest jednak według mnie walutą zasadniczo słabą, bo pozbawioną politycznego wsparcia. Stworzenie waluty bez państwa jest nowatorskim eksperymentem i nie jestem przekonany, czy ludzie do niego dojrzeli.
Nie istniał jednak bank centralny, który usiłowałby prowadzić w oparciu o nie politykę kursową i monetarną. A kiedy doszło do formalizacji systemu waluty złotej, rządy zachowały kontrolę nad emisją narodowego pieniądza. Jest wiele przykładów na to, w jaki sposób banki centralne interweniowały w gospodarki swoich krajów w czasach, kiedy waluty narodowe związane były parytetem złota. W zasadzie tylko Wielka Brytania działała zgodnie z założeniami systemu - i to też nie dzięki rezerwom, bo te starczyłyby tylko na parę tygodni, lecz dzięki sile brytyjskiej gospodarki i dominacji w światowym handlu.
Nie. Na to nie jesteśmy jeszcze gotowi. Europejscy politycy nie chcą zwiększać budżetu i uprawnień Komisji. Poza tym nawet gdyby do tego doszło, to prawdopodobnie w mocy pozostałaby zasada, że deficyt budżetowy może wynosić maksimum 3 proc. - a właśnie to ograniczenie jest głównym problemem dzisiejszej Europy.
Propagowana przez Keynesa idea zrównoważonej gospodarki była bardzo zbliżona do chińskiego pojęcia gospodarki harmonijnej, wpisującego się w wielowiekową konfucjańską tradycję intelektualną. Chińczycy zdali sobie sprawę, że opierając swój rozwój gospodarczy na eksporcie, wpędzili się w błędne koło. Muszą oszczędzać tak dużo, bo nie mają na co wydawać pieniędzy. Wewnętrzny chiński rynek jest stosunkowo niewielki. Szanghaj i inne prowincje nadmorskie szybko się rozwijają, ale to nie jest w stanie pociągnąć całej gospodarki. Poza tym w Chinach nie istnieje ogólnokrajowy system pomocy społecznej, co zmusza ludzi do oszczędzania w trosce o swoją przyszłość i dodatkowo ogranicza popyt. Teoretycznie możliwa jest taka zmiana chińskiej gospodarki, by jej rozwój w mniejszym stopniu oparty był na eksporcie, a w większym na rynku wewnętrznym. Chiny mają znakomite warunki do tego, by czerpać wnioski z prac Keynesa - dysponują dużą nadwyżką budżetową, a jednocześnie są wielkim krajem o bardzo nierówno rozwijającej się gospodarce. Odpowiednio dopasowując politykę fiskalną, mogą redukować nadmierną ekspansję w jednym regionie, równocześnie stymulując wzrost w innym. Dokładnie to samo Keynes radził robić w Wielkiej Brytanii lat 30., kiedy północna Anglia pogrążona była w recesji wywołanej utratą rynków zbytu dla węgla i tekstyliów w trakcie I wojny światowej, a południowa rozwijała się tak szybko, że rodziło to presję inflacyjną. W Chinach ten problem ma nieporównywalnie większą skalę. Nierówności wywołane przez dotychczasową politykę gospodarczą są wielkim problemem. Nad wielkim exodusem ze wsi do miast coraz trudniej jest zapanować. Zanieczyszczenie środowiska i pustynnienie kraju również jest poważnym zagrożeniem.
Bez wątpienia korzystny. Nie oszukujmy się - dotychczasowe przekonanie, że chińska gospodarka powinna rosnąć w tempie 10 proc. rocznie, przez następne lata służyło nie tyle poprawie losu Chińczyków, co geopolitycznym ambicjom ich państwa. Chiny miały jak najszybciej nadrobić cywilizacyjne opóźnienie, by móc przeciwstawić się Amerykanom.
Kłopot ze wszystkimi propozycjami stopniowych zmian, które z perspektywy czasu wydają się lepsze, jest taki, że nie było szans na ich wdrożenie w życie. Ekonomiści często zakładają, że nad życiem gospodarczym kraju czuwa kompetentny i efektywny rząd wdrażający optymalną politykę. W Rosji takiego rządu nie było - główny problem w latach 90. stanowiło załamanie się państwa. Nie można było kontrolować cen, bo handel wymknął się spod państwowej kontroli. To wymusiło terapię szokową. Oczywiście nie obyło się bez błędów. Jednym z nich był w moim przekonaniu program kuponowej prywatyzacji, który w założeniu miał przekonać ludzi do systemu własności prywatnej, a w praktyce pozwolił na to, by wszystko zostało rozkradzione przez oligarchów, co zakonserwowało system postkomunistyczny, a jednocześnie pozbawiło go legitymacji. Lepiej było położyć większy nacisk na prywatną przedsiębiorczość i tworzenie nowych firm.
To możliwe. Wiele rzeczy Rosjanie mogli zrobić lepiej - pod warunkiem że mieliby lepszych, sprawniejszych, bardziej efektywnych polityków. Podstawowym ograniczeniem możliwości rozwoju każdego kraju jest jego kapitał ludzki. W Rosji jakość tego kapitału była bardzo niska. Ci ludzie nadawali się do zarządzania jednym rodzajem systemu, nie byli w stanie odnaleźć się w nowym systemie. Niektórych z nich wysłano do Massachusetts Institute of Technology, gdzie zaliczyli pierwszy rok ekonomii. To za mało, by zarządzać transformacją ustrojową. W Rosji do tej pory nie ma dobrych ekonomistów.
Są o wiele większymi pragmatykami. Polityka gospodarcza, jaką prowadzą, nie jest zła. Owszem, chcą utrzymać państwową kontrolę nad wydobyciem surowców naturalnych, wdają się w geopolityczną grę z Chinami i w podobne gry na Bliskim Wschodzie, ale to wszystko mieści się w normach cywilizowanego świata. Z drugiej strony rosyjski rząd działa jak dwór królewski - każdy stara się wkraść w łaski Putina, odgadnąć, co Putin myśli, i zrobić to, czego według niego Putin chce. Działania władz stają się przez to mało spójne. Gdyby Rosja miała lepszy rząd, jej gospodarka mogłaby rosnąć w tempie 10 proc. rocznie, zamiast 5-6 proc. jak dziś.
Nie jestem o tym przekonany, choć wiem, jak wielkie emocje budzi to w Polsce. Uważam, że Radek Sikorski zareagował histerycznie, porównując Gazociąg Bałtycki do paktu Ribbentrop-Mołotow. Żeby mieć pieniądze, Rosja musi sprzedawać ropę i musi sprzedawać ją Europie. Pozycja głównego dostawcy surowców energetycznych daje jej oczywiście pewien wpływ na Europę, ale jakakolwiek próba wykorzystania tego wpływu oznacza kłopoty, bo dywersyfikacja dostaw do Europy nie jest wielkim problemem. Rosja i Europa są skazane na symbiozę.
p
, ur. 1939, ekonomista, historyk i politolog brytyjski. Wykładał m.in. w John Hopkins University. Znany przede wszystkim jako autor fundamentalnej trzytomowej biografii Johna Maynarda Keynesa (1983). Wcześniej opublikował m.in. biografię przywódcy przedwojennych brytyjskich faszystów Oswalda Mosleya (1975). Był współzałożycielem brytyjskiej Social Democratic Party. Obecnie zasiada w Izbie Lordów. Inne książki Skidelsky'ego to m.in.: "English Progressive Schools" (1969) oraz "Interests and Obsessions" (1993). Po polsku wydano jego "Świat po komunizmie" (1999). W "Europie" nr 9 z 3 marca br. opublikowaliśmy jego tekst "Władza i własność. Dokąd zmierza Rosja".