Dziennik Gazeta Prawana logo

Czy poezja przetrwa w demokracji

5 listopada 2007, 12:12
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Zdaniem Tomasa Venclovy demokracja i wolność nie przyczyniły się bynajmniej do rozkwitu wybitnej twórczości poetyckiej w Europie Środkowo-Wschodniej: "Niektórzy z niegdyś bardzo dobrych poetów wciąż żyją i piszą, ale większość pisze gorzej niż przedtem. Po prostu zagubili się, kiedy zniknęło wyzwanie". Czy to oznacza, że demokracja z natury nie sprzyja wybitnej poezji? Venclova nie waha się odpowiedzieć na to pytanie twierdząco: "Któryś z poetów litewskich powiedział bardzo słusznie: w demokracji nie tylko zwiększa się ilość grafomanii, ale pogarsza się jej jakość. Dziś widać wyraźnie, że ilość grafomanii jest ogromna i na tym tle bardzo trudno wyróżnić rzeczy naprawdę zasługujące na uwagę, bo przede wszystkim nie sposób przebrnąć przez wszystkie publikowane teksty".

p

Rzeczywiście, w 1984 roku użyłem takiej gry słownej: na Zachodzie poezja jest pisana na campusie, a na Wschodzie w concentration camp - czyli w łagrze. Było to rzecz jasna przejaskrawienie: w Polsce na przykład większość poetów wcale nie siedziała w więzieniu. W Rosji albo na Litwie również zdarzali się dobrzy poeci, którzy nie siedzieli. W zasadzie jednak dość dużo poetów rosyjskich, litewskich, ukraińskich przeszło przez więzienia, nawet jeśli w 1984 roku już w nich nie przebywali.

Oczywiście. Może nie wypada tak mówić, ale gdy miecz Damoklesa wisi nad głową poezji, z reguły wychodzi jej to na zdrowie. Jest wtedy po prostu lepsza. Nic tak nie sprzyja koncentracji osobowości, jak poczucie, że za dwa tygodnie możesz zostać rozstrzelany - to powiedzonko rodem z XVIII-wiecznej Anglii, choć tam mowa była oczywiście o powieszeniu, a nie o rozstrzelaniu. Możliwość nagłej śmierci albo długich lat w łagrze jest wyzwaniem. Człowiek - jeśli tylko traktuje poważnie to, co robi - odpowiada na to wyzwanie całym sobą. Właśnie dlatego pisałem, że poezja na Wschodzie to sprawa życia, a nierzadko i śmierci. Myślałem wtedy o Mandelsztamie, Cwietajewej, Brodskim - bo on także siedział w więzieniu - o poetach litewskich, polskich... Sam miałem szczęście, nie byłem nigdy uwięziony, właściwie nie bardzo wiem dlaczego - wszyscy inni litewscy dysydenci znaleźli się za kratkami. Tak, na Wschodzie poezja była sprawą życia i śmierci, podczas gdy na Zachodzie - albo spowiedzią na kozetce u psychoanalityka, albo po prostu zabawą.

Zaznaczmy, że esej mój został napisany w roku 1984, czyli w roku Orwellowskim. Zastanawiając się nad tą datą, chciałem nie tylko zdefiniować dwa rodzaje poezji, ale również postawić diagnozę dotyczącą społeczeństwa. Paradoksalnie, z perspektywy tych wszystkich lat, uważam, że świat - zarówno ta jego część, którą nazywałem Wschodem, jak i ta, którą określałem mianem Zachodu - poszedł nie w kierunku Orwella (jak wydawało mi się choćby w czasach stalinowskich), ale raczej Aldousa Huxleya. Dzisiejsze społeczeństwo jest znacznie bliższe wizji Huxleya niż Orwella.

Tak, i to przekłada się na upraszczanie wszystkiego. Od muzyki po sferę osobistą. To niezupełnie to, co opisuje Huxley, jednak sytuacja jest bardzo podobna. Poza tym jest to społeczeństwo, w którym nikt nie interesuje się już tym, co naprawdę jest dobre, a co złe. Wszystko to wpływa na sposób, w jaki pisana jest poezja. I jeszcze jedno. Przypomnieliście mi państwo moje sformułowanie, że poezja zachodnia istnieje głównie na campusie. Dzieje się tak z tej prostej przyczyny, że wielu, albo nawet większość, z liczących się poetów amerykańskich to profesorowie uniwersytetów. Tworzą oni coś w rodzaju kółka literackiego: studenci przynoszą im swoje wiersze, a profesorowie mówią: "To jest źle, to jest trochę lepiej" i tak dalej. Na dodatek dostają za to pieniądze.

Właśnie tak.

Tak, i sądzę, że to dobrze. Poezja różni się od muzyki i malarstwa tradycyjnego. Tę sztukę można opanować tylko samemu albo - być może - w bardzo niewielkim gronie przyjaciół. Ale nie wyobrażam sobie, jak można udzielać wykładów ze sztuki pisania poezji. Sam co prawda wykładam w Yale - ale nigdy mi do głowy nie przyszło, że mógłbym uczyć poezji. Wróćmy jednak do dzisiejszej sytuacji poezji w Europie Środkowo-Wschodniej. Niektórzy z niegdyś bardzo dobrych poetów wciąż żyją i piszą, ale większość pisze gorzej niż przedtem. Po prostu zagubili się, kiedy zniknęło wyzwanie. Oczywiście komercjalizację życia także można uważać za wyzwanie i mam nadzieję, że następne pokolenie poetów da sobie z tym radę. Moje pokolenie już z pewnością nie. Wolność przyniosła ze sobą na Litwie degradację literatury jako takiej i samych literatów. To samo na pewno dotyczy Rosji, w której po Brodskim naprawdę wielkich poetów już nie było i jakoś nie widać, żeby mieli się wkrótce zjawić.

O dziwo, to właśnie w porządku demokratycznym zanika. Bardzo wątpię, czy to będzie zdrowe dla poezji. Kultura jako taka powstaje w dialogu, na styku różnych opcji narodowych, ideologicznych, religijnych.

Oczywiście, poezja też tak powstaje, takie stosunki są dla poezji bardzo pożyteczne. Na Wschodzie mamy wyjątkową, wybuchową mieszankę, której na Zachodzie już od dawna nie ma. W Anglii starają się co prawda wskrzesić poezję w języku gaelickim, szkockim, walijskim, ale...

Po części tak, ale my nie musimy się starać, my już to mamy. I u nas jest tego znacznie więcej. Mieszanka oczywiście jest wybuchowa, bo to prowadzi także do wojen. Czasem kulturowych, ideologicznych, a czasem prawdziwych, jak to się zdarzyło w dawnej Jugosławii. Pisałem kiedyś, że coś takiego mogłoby się zdarzyć na przykład pomiędzy Polską a Litwą - z powodu Wilna. Bałem się, że Wilno będzie nowym Sarajewem. Zresztą Litwini też mają swoje roszczenia - na przykład do Sejn i Suwałk. Dzięki Bogu dziś już mamy to za sobą. Ale w latach 1990-91 to niepokoiło mnie na serio.

To zależy. W Czechosłowacji było na pewno gorzej niż w Polsce i chyba nawet gorzej niż na Litwie. Totalitaryzm oczywiście wyssał wszystko, co tylko mógł, z literatury litewskiej, rosyjskiej albo też - choć w mniejszym stopniu - polskiej, ale było to w czasach stalinowskich. Po 1956 roku to już był totalitaryzm bez kilku zębów. Pozostawiał - oczywiście wbrew woli władz - pewną przestrzeń wolności. W samizdacie panowała w zasadzie pełna wolność. To już jest inny totalitaryzm, nie ten, o którym mówi Kundera, choć oczywiście po okresie stalinowskim trudno było wskrzesić kulturę. Litwa miała trochę wariackie papiery, jak wszystkie państwa bałtyckie. Na jeszcze bardziej wariackich papierach funkcjonowały Estonia i Gruzja. Tam zezwalano na więcej, cenzura była łagodniejsza. Istniała pewna więź z kulturą zachodnią. Z drugiej strony oczywiście był to sposób kupowania twórców: pozwalamy na to, możesz sobie robić eksperymenty formalne albo nawet pisać na tematy narodowe, ale oczekujemy od ciebie, że nie będziesz robił nic naprawdę zdrożnego. Ja się na to nie zgadzałem i dlatego w końcu wyjechałem na Zachód. Jednak większość się zgadzała.

Może nie bardziej, ale w podobnym stopniu. Sztuka, tak samo jak religia, jest czymś niezbędnym dla człowieka. Dzieje się tak dlatego, że na pewne pytania ostateczną odpowiedź - a być może tylko iluzję odpowiedzi - możemy znaleźć jedynie albo w religii, albo w sztuce. Jednocześnie jest to rzecz bardzo arystokratyczna: chociażby dlatego, że trzeba dużo umieć, żeby tworzyć sztukę. Poezja jest jedną z najwyższych, najtrudniejszych dziedzin w ogóle.

Tak, świadomość kulturowa, świadomość tradycji, a w niej - tradycji języka, tradycji poetyki własnej i cudzej. Można i nawet należy buntować się przeciwko tym tradycjom, ale żeby się buntować, konieczna jest głęboka o nich wiedza, zanurzenie się w nich.

Niewątpliwie. Zapanować nad chaosem jest trudną i wielką sztuką. Czasem rozchwianie może skończyć się tragedią, co w jakimś stopniu zdarzyło się właśnie Cwietajewej pod koniec jej życia...

Właśnie na tym polega katastrofa. Któryś z poetów litewskich powiedział bardzo słusznie: w demokracji nie tylko zwiększa się ilość grafomanii, ale pogarsza się jej jakość. Dziś widać wyraźnie, że ilość grafomanii jest ogromna i na tym tle bardzo trudno wyróżnić rzeczy naprawdę zasługujące na uwagę, bo przede wszystkim nie sposób przebrnąć przez wszystkie publikowane teksty. Wierzę jednak głęboko, że kultura zawsze znajdzie jakieś wyjście, chociaż ja w tej chwili niezupełnie je widzę...

p

, ur. 1937, litewski poeta, krytyk i eseista. W czasach komunistycznych dysydent, działacz m.in. Litewskiej Grupy Helsińskiej. Jako poeta debiutował w 1957 roku. W 1977 roku zagrożony represjami wyjechał do USA, gdzie dziś wykłada literaturę na Uniwersytecie Yale. Tłumacz literatury polskiej - przekładał m.in. poezję Norwida, Miłosza (z którym się przyjaźnił), Herberta i Szymborskiej. W Polsce opublikowano m.in. jego tomiki poetyckie: "Siedem wierszy" (1986) i "Rozmowa w zimie" (1991); zbiory esejów: "Kształty nadziei" (1995) oraz "Niezniszczalny rytm" (2002), a także biografię A. Wata "Aleksander Wat - obrazoburca" (1997). Ostatnio nakładem Fundacji Zeszytów Literackich ukazała się książka "Opisać Wilno" (2006). W "Europie" nr 26 z 29 września 2004 opublikowaliśmy wywiad z Venclovą "Poeta obojga narodów" poświęcony Czesławowi Miłoszowi.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj