W wywiadzie dla "Europy" brytyjski alterglobalista George Monbiot zwraca uwagę na rzadko dostrzegany aspekt amerykańskiej polityki - wyborcze uzależnienie republikańskiej administracji od skrajnej religijnej prawicy dążącej do przyspieszenia apokalipsy, która ma mieć miejsce na Bliskim Wschodzie. "Najbardziej godni usiądą po prawicy Pana i będą mogli oglądać przez całe siedem dni, jak ich politycznych i religijnych oponentów pochłaniają czyraki, liszaje, szarańcza i żaby. I dlatego czynią dziś wszystko, co tylko możliwe, by przyspieszyć ten scenariusz - relacjonuje Monbiot. - Sponsorują żydowskie osiedla na terenach okupowanych, domagają się większego wsparcia USA dla Izraela i próbują sprowokować ostateczną bitwę ze światem muzułmańskim, Osią Zła, Narodami Zjednoczonymi, Unią Europejską, Francją i wszystkimi, którzy mogą wchodzić w skład zastępów Antychrysta".
p
Ta różnica nie jest niczym nowym. Można nawet powiedzieć, że legła u samych podstaw Stanów Zjednoczonych. Wielu z pierwszych kolonistów musiało opuścić Anglię właśnie ze względu na swoje skrajne przekonania religijne. W Ameryce zyskali pełną swobodę praktykowania. Wolność wyznawania nawet ekstremalnych poglądów stała się jedną z podstawowych zasad amerykańskiego życia publicznego.
To prawda, ale religijność stała się w USA cechą dobrego obywatela w większym stopniu niż w Europie. Jefferson, który był radykalnym jak na tamte czasy agnostykiem, nie mógł głosić swoich przekonań publicznie. Uznał także za stosowne zdystansować się od Thomasa Paine'a, gdy ten opublikował swoją deistyczną krytykę chrześcijaństwa zatytułowaną "Wiek rozumu". W książce tej nie było nic szokującego: główny argument sprowadzał się do tego, że ludzie powinni dążyć do bezpośredniego kontaktu z Bogiem, a nie zdawać się na księży. Pod pewnymi względami to zalecenie było zbliżone do nauk Marcina Lutra. Uznano to jednak za poglądy nie do przyjęcia. Paine, wielki bohater rewolucji, stał się bodajże najmniej lubianym człowiekiem w Ameryce Północnej. Gdy umarł, na pogrzeb przyszło tylko sześć osób.
W przemówieniach George'a W. Busha - zdarzało się to również innym prezydentom - Bóg bywa po prostu utożsamiany z Ameryką. Każda wojna, w jaką angażuje się administracja, toczona jest w imię Boga. Ameryka staje się religią, a walka w jej imieniu nabiera cech uczestnictwa w krucjacie. Bezpośrednio po ataku na WTC Rudolph Giuliani porównał Amerykę do religii, a zniszczenie wież - do profanacji świątyni. Zaraz potem Bushowi wyrwało się, że zaczyna krucjatę - to porównanie trafnie oddaje jego wizję "wojny z terrorem", którą postrzega jako walkę chrześcijan z barbarzyńcami. Od tamtej pory amerykańska administracja przejawia niebywałą pewność siebie w dążeniu do raczej szalonych celów w polityce zagranicznej, pewność siebie, której nie da się wytłumaczyć inaczej niż głębokością przekonań religijnych. Amerykanie nie dostrzegają jakichkolwiek podobieństw, jakiejkolwiek symetrii między tym, co czynią muzułmańscy bojownicy i żołnierze amerykańskiej armii. Jeśli określi pan ludzi walczących z Amerykanami w Iraku mianem ruchu oporu, zostanie pan uznany za ich stronnika, bo sugerowanie moralnej równowagi między ludźmi walczącymi w imię Boga Ameryki a islamskimi barbarzyńcami jest bluźnierstwem.
Na to pytanie najłatwiej jest odpowiedzieć, sięgając do judeochrześcijańskiej mitologii. Żydzi zerwali przymierze z Bogiem, dokonując ukrzyżowania Jezusa. Ich rolę przejął Kościół powszechny. W dobie reformacji protestanci utrzymywali, że przez swoje zepsucie katolicy także zerwali przymierze. W ten sposób pozycję ludu wybranego przypisali sobie purytanie, a ponieważ stanowili dużą grupę wśród północnoamerykańskich kolonizatorów, wybraństwo przeszło na całe Stany Zjednoczone.
Oczywiście. W XIX wieku dwaj kaznodzieje imigranci powiązali kilka oderwanych fragmentów Biblii, tworząc coś, co wydaje się logiczną historią: Jezus wróci na ziemię, kiedy spełnione zostaną określone warunki. Pierwszym z nich jest powstanie Izraela. Następnymi - opanowanie przezeń reszty "ziem biblijnych", czyli większości Bliskiego Wschodu, i budowa Trzeciej Świątyni na miejscu obecnego meczetu Al-Aksa. Zastępy Antychrysta runą wtedy na Izrael, a decydująca bitwa rozegra się w dolinie Armagedonu. Żydzi spłoną lub nawrócą się na chrześcijaństwo, a Mesjasz wróci na ziemię. Tym, co czyni tę historię atrakcyjną, jest to, że zanim rozpocznie się wielka bitwa, wszyscy "prawdziwi wierni" (czyli ci, którzy wierzą w to wszystko) zostaną wniebowzięci. Najbardziej godni usiądą po prawicy Pana i będą mogli oglądać przez całe siedem dni, jak ich politycznych i religijnych oponentów pochłaniają czyraki, liszaje, szarańcza i żaby. I dlatego czynią dziś wszystko, co tylko możliwe, by przyspieszyć ten scenariusz. Sponsorują żydowskie osiedla na terenach okupowanych, domagają się większego wsparcia USA dla Izraela i próbują sprowokować ostateczną bitwę ze światem muzułmańskim, Osią Zła, Narodami Zjednoczonymi, Unią Europejską, Francją i wszystkimi, którzy mogą wchodzić w skład zastępów Antychrysta. Sześć lat temu trzech chrześcijańskich fundamentalistów próbowało nawet wysadzić w powietrze meczety na jerozolimskim Wzgórzu Świątynnym. Można się z tych ludzi śmiać, ale nie powinniśmy ich ignorować. To, że są świrami, nie oznacza, że pozostają na marginesie życia publicznego. 15 do 18 proc. amerykańskich wyborców należy do Kościołów lub ruchów, które uznają to nauczanie. Kiedy w roku 2002 Bush poprosił Ariela Szarona, by wycofał czołgi z Dżeninu, otrzymał sto tysięcy rozwścieczonych listów i więcej już nie wrócił do tego tematu. Przez swój wpływ na amerykańską administrację chrześcijańscy fundamentaliści oddziałują na światową politykę silniej niż muzułmańscy. Istnieje bezpośredni konflikt między chrześcijańskim wyobrażeniem władzy i jej zastosowania a tym, co większość z nas uznałaby za demokrację. Chrześcijaństwo jest głównym zagrożeniem dla demokracji na poziomie globalnym, jak również w wielu państwach narodowych.
Mnie one nie przekonują. Demokracja funkcjonuje nie tylko w chrześcijańskich czy postchrześcijańskich społeczeństwach i jest o wiele od chrześcijaństwa starsza. Istniała na przykład we wspólnotach animistycznych i wśród monoteistycznych nomadów wschodniej Afryki.
Wierzę, że wciąż jest miejsce dla moralnego sekularyzmu opartego na bardzo prostym założeniu, że powinniśmy traktować innych w taki sposób, w jaki sami chcielibyśmy być traktowani. Jest to podejście starsze od chrześcijaństwa i istniejące - nawet jeśli nie jest przestrzegane - w większości społeczeństw. Wierzę, że empatia może stanowić podstawę świeckiej polityki. Kieruję się nią, oceniając poszczególne polityczne propozycje - zawsze wyobrażam sobie, że to wobec mnie dana polityka miałaby być stosowana.
To prawda. Istnieją poza tym ludzie, którzy mają zupełnie wypaczony obraz tego, co jest dobre dla nich samych i dla innych. To jednak mniejszość. Większość ludzi - od Wielkiej Brytanii przez Nigerię po Irak - ma jasny obraz tego, czego chce i jest przekonana, że jest to właściwe. Istnieje dość trwały zestaw ludzkich potrzeb i oczekiwań: schronienie przed wiatrem i deszczem, jedzenie, woda zdatna do picia, spokój.
Nigdy nie będziemy w stanie dać wszystkim wszystkiego, czego by chcieli. Dlatego w mojej wizji większy nacisk kładę na sprawiedliwą dystrybucję dóbr - jeżeli reszta ludzkości ma osiągnąć przyzwoity standard życia, standard życia w krajach najbogatszych musi być nieco niższy niż to, do czego aspirujemy. Musimy zauważać różnicę pomiędzy uciążliwością wynikającą z braku skrajnego luksusu a uciążliwością życia w skrajnej nędzy.
Houellebecq to skrajność. Nie wierzę, że Europejczycy utracili sens życia. Pod wieloma względami nasza chęć i zdolność cieszenia się życiem jest większa niż Amerykanów. Po drugiej stronie Atlantyku sensem życia stała się praca, praca i jeszcze raz praca. A główną obawą - jej przerwanie.
Jeżeli Amerykanie są rzeczywiście tak samo zadowoleni z życia jak Europejczycy, źle świadczy to o słynnej american way of life. Skoro pracują dwa razy ciężej niż my i zarabiają więcej pieniędzy, to powinni być bardziej zadowoleni.
Dobre pytanie. Każdy, kto ma poglądy trochę bardziej na lewo od entuzjastów wolnego rynku, traktowany jest w Stanach Zjednoczonych jako ekstremista, którego nie należy brać poważnie. Według powszechnej opinii biedni powinni sami wyciągnąć się z biedy - i nie należy im pomagać. "New York Times" uważany za najbardziej lewicową amerykańską gazetę prezentuje opinie neoliberalne i neokonserwatywne. Umiarkowanie lewicowe (jak na brytyjskie warunki) gazety "Guardian" i "Independent" nie mają za oceanem swoich odpowiedników. Amerykańskie media kontrolowane są przez garstkę multimilionerów pragnących świata, w którym bogaczom żyłoby się jeszcze lepiej. W takim świecie całej reszcie społeczeństwa żyłoby się gorzej.
Prywatnych - owszem. Ale działają media publiczne, które w USA są zupełnie zmarginalizowane. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w brytyjskich mediach elektronicznych istnieją bardzo ścisłe zasady wymuszające bezstronność. Największe gwiazdy amerykańskiej telewizji nie mogłyby pojawić się w BBC.
Monopol opinii w USA istnieje od dziesięcioleci, a Berlusconi jest stosunkowo świeżym zjawiskiem. Gdyby utrzymał się przy władzy, za 20 lat Włosi mieliby bardzo podobne poglądy do Amerykanów. Nie docenia pan siły przyciągania mediów związanych z wielkim biznesem. Ludzie zaczynają czytać gazety, które niekoniecznie zgadzają się z ich preferencjami politycznymi. Zostają poddani indoktrynacji. Wśród wyborców i polityków wytwarza się swoisty konsensus i w rezultacie żadna zmiana preferencji wyborczych nie prowadzi do radykalnej zmiany polityki. W kluczowych kwestiach nic nie odróżnia Demokratów od Republikanów. Różnice dotyczą szczegółów - takich jak małżeństwa homoseksualne czy w ogóle miejsce seksualności w życiu publicznym. Kiedy przed ostatnimi wyborami pojawił się kandydat, który chciał przełamać ten konsensus, Howard Dean, bardzo szybko został utrącony przez "umiarkowanych" polityków z własnej partii.
Współczesna gospodarka oparta jest na globalnych korporacjach, których działalność może być kontrolowana jedynie przez globalne instytucje. Takich instytucji jest jednak bardzo mało. Światowa Organizacja Handlu nie wystarcza. Poza tym ich siła zależy od tego, czy będą mieć demokratyczną legitymację. Alternatywą dla Armagedonu jest świat, w którym organizacje takie jak ONZ będą w większym stopniu zależne od obywateli. Jakiekolwiek wzmocnienie organizacji międzynarodowych napotyka jednak opór Stanów Zjednoczonych - polityczny i ideologiczny, bo z punktu widzenia chrześcijańskich fundamentalistów światowy rząd to cel, do jakiego zmierza Antychryst.
p
, ur. 1963, pisarz polityczny. Wykładał ochronę środowiska na Uniwersytecie Oksfordzkim i w East London College, filozofię w Bristolu oraz nauki polityczne w Keele. Obecnie związany z Oxford Brookes University. W roku 1995 został uhonorowany nagrodą ONZ za działania na rzecz ochrony środowiska. Autor książek "Poisoned Arrows" (1989), "Amazon Watershed" (1991), "No Man's Land" (1994), "Captive State: The Corporate Takeover of Britain" (2000), "The Age of Consent: A Manifesto for a New World Order" (2003) oraz "Heat: How to Stop the Planet Burning" (2006). Większość felietonów George'a Monbiota dostępna jest na stronie www.monbiot.com.