Dziennik Gazeta Prawana logo

Blair był ostatnim gigantem polityki

5 listopada 2007, 12:12
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

W rozmowie z "Europą" Bruce Ackerman kreśli portret Tony'ego Blaira. Odchodzący brytyjski premier miał jego zdaniem idealne zadatki, by stać się najwybitniejszym europejskim przywódcą okresu powojennego. Potrafił znaleźć kompromis między twardymi wymaganiami wolnego rynku i państwowym interwencjonizmem. Kontynuował liberalny kurs zapoczątkowany przez Margaret Thatcher, nakładając jednak istotne ograniczenia na wolnorynkowe reguły gry. Doprowadził do tego, że brytyjska lewica ostatecznie zaakceptowała wolnorynkowy kapitalizm. Poniósł jednak klęskę w polityce zagranicznej, stając po stronie George'a W. Busha i angażując Wielką Brytanię w interwencję w Iraku, która okazała się fiaskiem. Ta fatalna decyzja zaważyła na całym jego wizerunku i ocenie jego rządów - dziś opinia publiczna nie dostrzega już jego niewątpliwych sukcesów.

p

Tony Blair przez pewien czas był na najlepszej drodze do zmiany paradygmatu i przezwyciężenia tej alternatywy. "Trzecia droga" jest programem radykalnego, aktywnego liberalizmu. W powszechnym odbiorze, za sprawą takich myślicieli jak Friedrich Hayek, liberalizm utożsamiany jest z leseferyzmem, jednoznacznym poparciem dla wolnego rynku i kapitalistycznej akumulacji. Jednak od czasów Johna Stuarta Milla w myśli liberalnej występował również drugi nurt myślenia, dostrzegający ograniczenia wolnego rynku.

Po pierwsze, wolny rynek prowadzi do akumulacji bogactwa, a bogactwo może dawać - i często daje - znaczące możliwości oddziaływania na politykę. Najbardziej oczywistym celem takiego oddziaływania jest utrudnianie życia konkurencji i w rezultacie znoszenie wolnego rynku. To dlatego państwo powinno dbać o to, by w procesie politycznym wszyscy obywatele mieli równe prawa. Po drugie, w realnym świecie rynek nie działa tak, jak jego idealne modele. Powstają monopole, a prywatne przedsiębiorstwa zgarniają cały zysk ze swojej działalności, przerzucając część kosztów na społeczeństwo. To dlatego państwo powinno mieć możliwość interwencji w takich obszarach jak ochrona środowiska czy prawa konsumentów. Po trzecie, by móc dokonywać optymalnych wyborów jako gracze rynkowi, ludzie muszą mieć odpowiednią wiedzę, a więc wykształcenie. Państwo powinno zatem wziąć odpowiedzialność za edukację. Wreszcie po czwarte, nie istnieje żadne moralnie przekonujące uzasadnienie, dlaczego jedno pokolenie rynkowych zwycięzców ma przekazywać cały wypracowany zysk swoim dzieciom. Ludzie, którzy nie mają bogatych rodziców, powinni mieć taki sam start w dorosłe życie, jak ci, którzy ich mają. Pierwsze trzy obszary aktywności państwa zostały już w zasadzie powszechnie uznane. Ostatni zyskuje zaś coraz większą popularność w postaci idei "stakeholder society" [społeczeństwa udziałowców - przyp. red.], gdzie każdemu obywatelowi na progu dorosłego życia byłaby wypłacana pewna suma - do swobodnego wykorzystania.

Tak, do czasu. Rząd Blaira zwiększył inwestycje w publiczny system oświatowy, dzięki czemu, mimo iż Brytyjczycy stali się o wiele bogatsi, odsetek młodzieży uczęszczającej dziś do elitarnych szkół prywatnych nie jest wyższy niż w chwili, gdy Blair obejmował urząd. Dostęp do dobrej bezpłatnej edukacji stanowi podstawę równości szans. Równocześnie - i to także świadczy o liberalizmie Blaira - ludzie dostali większą swobodę w wyborze szkoły. Wraz z równością szans zwiększyła się zatem odpowiedzialność jednostki za ich wykorzystanie.

Począwszy od listopada 2002 roku każdy nowonarodzony brytyjski obywatel otrzymuje konto bankowe, na którym rząd deponuje 500 funtów. Kolejne wpłaty mają być dokonywane na siódme i dwunaste urodziny. Dzięki akumulacji odsetek w wieku 18 lat każdy młody Brytyjczyk otrzyma parę tysięcy funtów - kwotę może niezbyt wielką, ale pomocną w opłaceniu studiów, zdobyciu kwalifikacji zawodowych czy założeniu własnego biznesu.

Liberalizm zakłada akceptację wyborów życiowych dokonywanych przez inne osoby. Jeśli ktoś woli parę miesięcy hulaszczego życia od inwestowania we własną przyszłość, to jego sprawa, tylko niech potem nie mówi, że nie dano mu szansy. Z drugiej strony - te 5 czy 7 tysięcy funtów nie jest oczywiście sumą wystarczająco dużą, by twierdzić, że zapewnia równy start. To jednak właśnie dzięki temu, że jest tania - każdego Brytyjczyka kosztuje mniej niż 1 funta miesięcznie - ta inicjatywa mogła zostać wdrożona. Wprowadzając ją, Blair poszedł w ślady Franklina D. Roosevelta, który w roku 1935 stworzył program ubezpieczeń społecznych. Niskie początkowe koszta były warunkiem uzyskania niezbędnego poparcia dla pomysłu. Również wtedy zakres zapewnianej przez państwo pomocy był o wiele za mały w stosunku do potrzeb, ale Roosevelt słusznie przewidywał, że początkowy sukces projektu wywoła społeczną presję na jego rozszerzanie. Blair prawdopodobnie miał podobny zamysł, ale wplątał Wielką Brytanię w międzynarodową awanturę, która zaważyła na ostatnich latach jego urzędowania.

Trudno przypuszczać, by dał wiarę wiadomościom, że Saddam Husajn produkuje broń masowego rażenia. Szef międzynarodowych inspektorów Hans Blix nie mógł znaleźć na to żadnych dowodów. Amerykanie mówili mu: "Sprawdź tu, sprawdź tam". On sprawdzał i mówił, że nic nie ma. Niezależnie od tego, co mówił mu Bush, Blair musiał mieć informacje od brytyjskiego wywiadu, który także nie odnalazł broni masowego rażenia.

Szlachetny uniwersalizm, przekonanie, że wszędzie na świecie może i powinna panować demokracja, mógł być impulsem, jakkolwiek był to impuls szalenie nierozważny. Bliski Wschód nie jest regionem, w którym Wielka Brytania, z bagażem swojego imperializmu, powinna nieść wolność i demokrację. Pamięć o brytyjskich wyczynach z początków XX wieku sprawia, że zaprowadzenie demokracji w Iraku przy współudziale Brytyjczyków jest mniej prawdopodobne niż bez nich.

Do legitymizacji całego pomysłu. Posłużę się własnym przykładem - od początku byłem przeciwny wojnie, ale fakt, że ktoś tak rozsądny jak Tony Blair ją popiera, skłonił mnie do ponownego zastanowienia. Biorąc pod uwagę, jak wielkie miało to znaczenie w wewnętrznej amerykańskiej polityce i jak wiele Blair poświęcił, idąc na wojnę (stracił poparcie opinii publicznej oraz blisko połowy własnej partii), uderza, jak mały był jego rzeczywisty wpływ na podejmowane decyzje. Trzeba zrozumieć jedno: Blair był przekonany o konieczności kontynuowania kursu, na jaki brytyjską politykę zagraniczną nastawił jeszcze Winston Churchill: "Koniec końców zawsze z Ameryką". Blair nie został zmanipulowany przez Busha - uznał, że sojusz ze Stanami Zjednoczonymi jest absolutnym priorytetem. Podejrzewam także, iż miał własny scenariusz rozwoju sytuacji, bardzo korzystny zarówno dla niego osobiście i dla wyznawanych przezeń idei.

Blair chciał zapewnić sobie minimum kontroli nad amerykańskimi działaniami. Planował wykorzystać tę kontrolę, by wstrzymać przygotowania do wojny, doprowadzić do uchwalenia drugiej rezolucji w Radzie Bezpieczeństwa, złagodzić opór Niemiec i Francji oraz przekonać oba kraje do udziału w "koalicji chętnych". Do inwazji na Irak doszłoby 9 miesięcy lub rok później niż w rzeczywistości, lecz byłaby ona wspólnym amerykańskim i europejskim przedsięwzięciem. Tony Blair zyskałby opinię przywódcy, który uratował sojusz transatlantycki i stałby się naturalnym kandydatem na pierwszego prezydenta zjednoczonej Europy, która bez głębokiego podziału w sprawie Iraku o wiele łatwiej zdecydowałaby się na zacieśnienie integracji politycznej. Nie jestem zwolennikiem szkoły, według której jednostki odgrywają kluczową rolę w historii, ale w tym przypadku nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby nie George W. Bush i jego niezrozumiała determinacja, by natychmiast zaatakować Irak, wszyscy żylibyśmy w nieco lepszym świecie.

Mnóstwo rzeczy przemawiało za Blairem. Symbolizował modernizację lewicy i odejście od sztywnego zarządzania gospodarką, co bardzo dobrze współgrało z unijnymi tendencjami do liberalizacji. Sposób, w jaki mówił o oświeceniowych i liberalnych wartościach jednoczących Europę był przekonujący. Jeśli jego plan by się powiódł, on sam byłby kojarzony z podmiotową kooperacją ze Stanami Zjednoczonymi, a więc czymś zdecydowanie lepszym niż postawa posłusznych wasali lub infantylnych kontestatorów. Był wreszcie łatwiejszy do zaakceptowania niż przywódcy Niemiec i Francji, którym zdarzało się zachowywać arogancko, a równocześnie dysponował autorytetem lidera dużego i silnego państwa.

Dotknął pan drugiego punktu, w którym Tony Blair mógł doprowadzić do zmiany paradygmatu współczesnej demokracji. Jedną z moich propozycji wzmocnienia liberalnych wartości jest zinstytucjonalizowanie debat politycznych z udziałem zwykłych obywateli. W latach 90. zorganizowałem ponad 60 dyskusyjnych spotkań na całym świecie. Także w Wielkiej Brytanii, gdzie wylosowaliśmy z całej brytyjskiej populacji reprezentatywne próby osób i rozdaliśmy im ankietę, której tematem była integracja europejska. Pytaliśmy zarówno o stan wiedzy, jak i o opinie. Następnie zgromadziliśmy wszystkich w jednym miejscu, gdzie dyskutowali między sobą i z zaproszonymi gośćmi, wśród których był Tony Blair, wówczas lider opozycji. Na koniec spotkania ponownie rozdaliśmy ankietę. Ogólne poparcie dla integracji europejskiej wzrosło z około 43 do 55 proc.

Opowiadam o tym, bo parę lat temu rozmawiałem ze współpracownikami Blaira, którzy powiedzieli mi, że mają zamiar powtórzyć mój eksperyment w skali całego kraju - na tydzień lub dwa przed planowanym głosowaniem nad eurokonstytucją dać ludziom dzień wolnego i zebrać ich na debatach w szkołach. Po referendum we Francji cały pomysł trafił oczywiście do kosza.

W pewnym sensie tak. Sądzę, że nie wykorzystał swojej szansy. A ujmując sprawę nieco łagodniej, Tony Blair mógł zapisać się w historii całej Europy, podczas gdy jego rzeczywiste osiągnięcia czynią go postacią bardzo istotną jedynie dla Wielkiej Brytanii.

Przede wszystkim reforma konstytucyjna. Rozwiązania instytucjonalne wypracowane w XIX-wiecznej Wielkiej Brytanii i we francuskiej Trzeciej Republice całą władzę oddawały w ręce parlamentu, który powoływał i nadzorował władzę wykonawczą. Przez długi czas jedyną alternatywą dla tego modelu był system amerykański ze ścisłym rozdziałem władz. Po II wojnie światowej pojawił się jednak - na początek w państwach dawnej Osi a następnie w innych krajach odzyskujących niepodległość - model ograniczonego parlamentaryzmu. Opiera się on na wyłączeniu ważnych gremiów decyzyjnych spod politycznej i parlamentarnej kontroli. Uosobieniem tego nowego podziału władz są trybunały konstytucyjne broniące wolności obywatelskich przed zakusami koalicji rządowych dysponujących zazwyczaj silnym poparciem parlamentarnym. W roku 1997 Blair uwolnił spod rządowego nadzoru Bank Anglii, pozbawiając tym samym polityków wpływu na kluczowe dla gospodarki decyzje o wysokości stóp procentowych. Na rok 2009 zaplanowano powołanie nowego Sądu Najwyższego, który będzie mógł odesłać z powrotem do parlamentu te akty prawne, które uzna za zagrażające podstawowym prawom obywateli. Izba Gmin teoretycznie zachowa możliwość zlikwidowania obydwu nowych niezależnych instytucji, ale w praktyce Wielka Brytania przeszła dzięki Blairowi do modelu ograniczonego parlamentaryzmu.

Szkocja pod rządami SNP nie odłączy się od razu, upodobni się co najwyżej do Katalonii lub Quebecu. W dłuższej perspektywie czasowej czynnikiem, który przesądzi o niepodległości Szkocji będzie to, co stanie się z Unią Europejską. To właśnie ona umożliwia faktyczną niepodległość takich krajów jak Szkocja, Katalonia czy Bawaria. Jeśli UE ulegnie dezintegracji, co jest całkiem realną możliwością, geopolityczne podstawy dla niepodległości małych krajów znikną.

Niewiele, i to chyba najlepiej ukazuje jego wpływ na brytyjską rzeczywistość. Blair dokonał konsolidacji reform wprowadzonych przez Margaret Thatcher. Zmniejszył stopień leseferyzmu i przywrócił właściwe - kontrolowane i ograniczone wyższymi racjami - miejsce wolnemu rynkowi. Równocześnie doprowadził do tego, że lewica jednoznacznie zaakceptowała konkurencyjny kapitalizm, a konserwatywna opozycja pogodziła się z faktem, że na państwie spoczywa obowiązek zapewnienia obywatelom takich rzeczy jak oświata, czyste środowisko naturalne i opieka zdrowotna. David Cameron, obecny lider Torysów oraz prawdopodobny następca Blaira, krytykowany jest głównie za swoje uderzające podobieństwo do odchodzącego premiera.

Różnice między Blairem a Brownem są bardzo niewielkie, nie ma mowy o żadnych kontrastach, co najwyżej o lekkim zróżnicowaniu odcieni. Brown jest człowiekiem bardzo inteligentnym, bardziej kompetentnym w kwestiach ekonomicznych i przywiązującym nieco większą wagę do równości szans. Jest jednak o wiele mniej charyzmatyczny niż Blair.

Nie widzę żadnego kandydata. Tony Blair był najsilniejszym liderem w Europie w ciągu ostatnich 10-15 lat. Był najważniejszym liberalnym przywódcą od czasów Margaret Thatcher. W porównaniu z nimi wszyscy politycy nowej generacji wydają się być karłami. Nicolas Sarkozy, którego przedstawia się jako odnowiciela liberalnych wartości w Europie, ma parę słusznych pomysłów na uelastycznienie rynku pracy, ale wygrał wybory odwołując się do nacjonalistycznego szowinizmu. Zgłoszona przez niego propozycja stworzenia ministerstwa imigracji i tożsamości narodowej była jawnym ukłonem w stronę elektoratu Le Pena. Nawet jeśli był to gest czysto instrumentalny, nie powinien był mieć miejsca. Ogólnie rzecz biorąc, nie spodziewam się, by w najbliższych dwóch latach w Europie wydarzyło się cokolwiek istotnego. Ożywienie może pojawić się dopiero na początku roku 2009, kiedy Stany Zjednoczone będą mieć nowego prezydenta. Istnieją spore szanse, że ten - lub ta - prezydent powróci do liberalnych wartości i liberalnej polityki.

Blair miał warunki i predyspozycje, by wyzwolić zachodnią politykę z XX-wiecznej alternatywy skostniałego etatyzmu i niekontrolowanego kapitalizmu. Był wielką nadzieją europejskich liberałów. To tragedia, że za sprawą mało przemyślanego aliansu z George'em W. Bushem zniszczył swoją reputację. Mógł zostać pierwszym prezydentem zjednoczonej Europy, a zostanie co najwyżej prezesem Banku Światowego.

p

, ur. 1943, amerykański prawnik, politolog i filozof polityczny, obecnie profesor prawa na Uniwersytecie Yale. Jest znany przede wszystkim jako konstytucjonalista i znawca amerykańskiej tradycji politycznej. Opublikował szereg książek na temat ewolucji amerykańskiego systemu konstytucyjnego - m.in.: "We the People: Foundations" (1991), "We the People: Transformations" (1998) oraz ostatnio "The Failure of the Founding Fathers" (2005). Zajmuje się także problemami liberalnej teorii państwa oraz sprawiedliwości społecznej - tych kwestii dotyczą m.in. książki "Social Justice in the Liberal State" (1980) oraz wydana także po polsku "Przyszłość rewolucji liberalnej" (1992, wyd. pol. 1996).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj