Każdy, kto pragnie budować w Polsce nową formację lewicową, będzie musiał odpowiedzieć na fundamentalne pytanie o możliwość pozbycia się przez lewicę postkomunistycznego balastu - twierdzi Rafał Matyja. Postkomunizm rozumiany jako system "samopomocy" oparty na powiązaniach rodem z PRL poniósł w ostatnich latach szereg znaczących porażek. Czy zatem możemy się dziś spodziewać narodzin lewicy wolnej od jego piętna? Na razie wedle Matyi nic na to nie wskazuje. Środowiska "nowej lewicy" skupione np. wokół "Krytyki Politycznej" nie mają dziś żadnego politycznie istotnego projektu dla Polski - lokalny kontekst nie jest nawet dla nich istotnym zagadnieniem. Z drugiej strony SLD stawia dziś raczej na odbudowę "segmentu postkomunistycznego" w nowym kształcie - może nim być LiD bądź odnowione SLD pod wodzą Aleksandra Kwaśniewskiego zagospodarowujące przestrzeń "na lewo od Tuska".
p
Gdyby lewica pozostawała w opozycji jeszcze przez następną kadencję sejmową - mogłaby stracić swój postkomunistyczny charakter. Nie tylko wymienić liderów, ale także ukształtować nową polityczną tożsamość. Nie uczyni tego w żadnym ideologicznym laboratorium, nie dokona zmiany poprzez zaprogramowany "manewr kadrowy" czy marketingowy lifting - jedyną szansą jest trwała zmiana dotychczasowego wzorca politycznej rywalizacji, który Mirosława Grabowska nazwała zasadnie "podziałem postkomunistycznym". Powrót do władzy w roku 2009 oznaczałby dla lewicy w znacznej mierze kontynuację personalną i programową SLD - nawet jeżeli szyld uległby zasadniczemu przemalowaniu. Symptomatyczna była reakcja jednego z najważniejszych dziś publicystów lewicy Sławomira Sierakowskiego na zapowiedź "politycznego powrotu" Aleksandra Kwaśniewskiego. Wątpi on, czy obecny program Kwaśniewskiego wykracza poza jakąś formę restauracji. Restauracji jałowej i - jak sugeruje Sierakowski - stroniącej od podejmowania i rozstrzygania rzeczywistych problemów. To bowiem, co było racją istnienia SLD jako partii reprezentującej jedną z historycznych stron konfliktu lat 80., dwadzieścia lat później nie może być już dłużej fundamentem politycznej lewicowości.
Kwestią nierozstrzygniętą jest to, które tradycje lewicowości mogą stać się podstawą dla nowej formacji politycznej. Prawie nieobecne na ideowym firmamencie dziedzictwo lewicy państwowej spod znaku PPS czy wymierzone w nowoczesność i globalny kapitalizm pomysły lewicy akademickiej? Jakaś wersja blairyzmu-schröderyzmu czy polska odmiana partii Zapatero? Nie jest to tylko pytanie o jakość samych propozycji ideowych, ale o ich społeczną nośność i polityczną "stosowalność".
Kiedy przegląda się kolejne numery "Krytyki Politycznej" - rzuca się w oczy pewna nieumiejętność opisu "polskiego przypadku", może nawet pewnego rodzaju brak zainteresowania jego analizą. Inaczej niż w pismach reprezentujących poglądy starej, postkomunistycznej lewicy Polska nie tylko nie jest tu punktem wyjścia, ale nic nie wskazuje, by mogła być intelektualnym "punktem dojścia". Jeżeli się nim stanie, to raczej w perspektywie krytyki kulturowej, polemiki akademickiej, czy istotnego punktu wyjścia analiz socjologicznych. Polityczność owej wizji jest dość wątpliwa.
W tej sytuacji pytanie o to, czy możliwe jest porzucenie przez lewicę postkomunistycznego charakteru, czy też w najbliższych latach będziemy obserwować proces ideowej reprodukcji i transformacji postkomunizmu, jest jednym z najistotniejszych pytań polskiej polityki. Główny nurt komentarzy po wyborach 2005 roku kwestionował możliwość szybkiego odrodzenia się lewicy, a po fiasku rozmów na temat koalicji PO-PiS zapowiadał nawet trwałe ukształtowanie się zasadniczego podziału na liberałów i konserwatystów. Jednak w dłuższej perspektywie wydaje się, że pozycja "na lewo od Tuska" pozostanie do zagospodarowania - z pewnością w wymiarze kulturowym i światopoglądowym, a być może także ekonomicznym. W tym pierwszym będzie zapewne odpowiedzią na społeczną siłę katolicyzmu, w tym drugim - może lansować konkurencyjną wobec PiS i Samoobrony wizję polityki społecznej. Konkurencyjną, bo wchodzącą w spór na temat rozumienia adresata tej polityki i (nieco sztucznego, ale retorycznie wygodnego dla obu stron) przeciwstawiania jednostki rodzinie.
Wykorzystanie pierwszego z pól politycznych - powstającego w wyniku istotnych konfliktów światopoglądowych, których stroną są katolicy - znakomicie udawało się SLD w latach 90. Zwycięstwo tej formacji w 1993 roku było tak znaczące ze względu na sprzeciw tej partii wobec ustawy chroniącej życie nienarodzone, wobec podpisanego przez rząd Suchockiej, a nie ratyfikowanego konkordatu, wobec przywrócenia religii do szkół, którego dokonał rząd Mazowieckiego. Po roku 2001 impet światopoglądowy osłabł, a lewicowa publicystyka krytykująca umizgi liderów SLD czynione wobec hierarchii kościelnej w okresie poprzedzającym referendum europejskie mogłaby zapełnić obszerny tom. Postkomuniści - zwłaszcza po zawarciu koalicji z Demokratami - mają zatem dziś słabszą pozycję w konflikcie światopoglądowym niż przed 15 laty. Nie tylko są mniej wiarygodni, ale także - znacznie mniej zmobilizowani. Trudno sobie wyobrazić liderów LiD atakujących konkordat, nad którym pracowali, czy "aborcyjny kompromis", na który się powoływali. Zwłaszcza że autorytet części hierarchii jest przez tę formację skutecznie wykorzystywany w istotnych dla niej egzystencjalnie bojach o zablokowanie lustracji, o skompromitowanie innych form historycznych rozliczeń, czy wygłaszanych jako namiastka programu politycznego apologiach III Rzeczypospolitej.
Paradoksalnie można by powiedzieć, że postkomunizm w obecnej fazie jest próbą zbudowania lewicy wolnej od swoich właściwości i ograniczonej do funkcji ochrony spadku po PRL. Ochrony nie tylko w interesie tych, którzy coś złego w tamtej epoce zrobili, ale także tych, którzy po 1989 roku nie dobrali im się do skóry. Dziś formuła polityczna lewicy nie dotyczy bowiem - jak to miało miejsce w latach 90. - gwarancji personalnych dla ludzi władzy PRL, ale raczej dla tej części - ba, ewidentnej mniejszości - ludzi władzy, której udało się przejąć zyski z procesu transformacji. To jest kapitał, z którym można budować Partię Zadowolonych lub - pod rządami PiS - Partię Strachu. Ale nie szerszą formację lewicową. Co więcej, ludzie wysuwający pomysły budowania nowej lewicy muszą odpowiedzieć sobie na kluczowe pytanie - czy wejść w konflikt z postkomunizmem, czy też skorzystać z jego masy upadłościowej i przejąć istotne wciąż aktywa.
Wydaje się, że dla odpowiedzi na to pytanie kluczowe znaczenie będzie miało uświadomienie sobie źródeł i natury postkomunizmu. "Postkomunizm" stał się w Polsce pojęciem, które oznacza, po pierwsze, porządki postkomunistyczne, a więc całość realiów społecznych po roku 1989 - całość tak dalece uwarunkowaną ciężarem minionej epoki, że możemy opisać jej tożsamość tylko w kontekście upadającego komunizmu. Po drugie jednak, jako "postkomunistów" określa się tych polityków, którzy formę działania w nowych realiach oparli na związkach z dawnego czasu. Nie jest zatem - co istotne w tym kontekście - postkomunistą każdy, kto miał w kieszeni legitymację PZPR. Jest nim ten, kto więzi z tamtego systemu uczynił podstawą swej tożsamości i statusu w III Rzeczypospolitej. Tak rozumiany postkomunizm nie redukuje się przy tym do działań politycznych, ale dotyczy także sfery aktywności ekonomicznej czy umysłowej.
W tym sensie postkomunizm ma wprawdzie swe źródła w dawnym systemie, ale skonsolidował się i nabrał właściwych form dopiero po przełomie 1989 roku. Jego źródła znajdujemy nie tyle "w PRL" - co oznacza wszystko i nic - lecz w dwóch zjawiskach zachodzących w obozie władzy lat 80.: walki z przeciwnikiem politycznym i tworzenia zabezpieczeń na wypadek porażki lub poważnego ograniczenia zakresu władzy.
To pierwsze źródło ma znaczenie dopiero w odniesieniu do zjawisk zachodzących w Polsce lat 80. "Solidarność" wymusiła zupełnie inne natężenie walki z opozycją. To nie było już tłumienie krytycznych wystąpień inteligencji i młodzieży studenckiej, ograniczanie ruchu wydawniczego i drugiego obiegu informacji. Rok 1980 przekonał obóz władzy o istnieniu przeciwnika, który jest w stanie zagrozić samym podstawom jego bytu. Stąd też instytucje "zabezpieczenia systemu" stały się nagle szalenie istotne, dając ponownie - podobnie jak w początkach PRL - szansę przetrwania całego systemu władzy. Partia musiała - z zachowaniem pozorów w postaci powierzenia funkcji I sekretarza Wojciechowi Jaruzelskiemu - ustąpić władzy strukturom wojskowo-policyjnym. Pierwsza, wąska część postkomunistycznej elity to ci, którzy awansowali w latach 80. w strukturach tajnych służb. Druga - to ci działacze PZPR, którzy w warunkach rywalizacji politycznej musieli się wysunąć naprzód, by rozmawiać z przeciwnikiem, by trafiać do opinii publicznej. Na wysokie stanowiska awansowano ludzi, którzy w czasach biurokratycznej stagnacji epoki Gierka nie mieli takich szans, a teraz byli w stanie wziąć na siebie ciężar politycznej walki - Mieczysława Rakowskiego i Jerzego Urbana. W drugiej połowie lat 80. rozpoczyna się epoka awansu tych polityków, którzy potem sprostają także wymogom rywalizacji demokratycznej - Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera - czy na niższym poziomie: Krzysztofa Janika i Janusza Zemke. Wszyscy oni - starsi i młodsi - odegrają decydującą rolę w formowaniu się politycznego i propagandowego oblicza postkomunistycznej lewicy.
Kadry politycznej rywalizacji - zarówno te na poły anonimowe, kierujące aparatem policji politycznych, jak i te działające na szczytach rządu i partii - nie były jednak jedynymi, którym przyszło tworzyć realia postkomunizmu. Nie mniejszą rolę odegrali ci, którzy tworzyli warunki zamiany władzy na własność - firmy polonijne i spółki nomenklaturowe, zalążki banków komercyjnych i układów zdolnych do przejęcia od państwa istotnych central handlu zagranicznego. Dziś bez trudu można zrekonstruować drogi wiodące z aparatu władzy na szczyty gospodarczej potęgi. To, co pozostaje niejasne, to więzi łączące poszczególne części układanki, relacje między ludźmi, obowiązujące hierarchie. Samo istnienie "segmentu postkomunistycznego" jako przestrzeni wzajemnego wsparcia ludzi władzy PRL nie ulega natomiast wątpliwości.
Najistotniejsze - z punktu widzenia losów lewicy - rozpoznanie dotyczy zatem dwóch faktów: po pierwsze tego, że w początku lat 90. segment postkomunistyczny był zjawiskiem szerszym i nieporównanie ważniejszym niż sama Socjaldemokracja RP i jej wyborczy sojusznicy z SLD, po drugie zaś tego, że istotna siła polskiego postkomunizmu - inaczej niż w pozostałych krajach regionu - została zbudowana w warunkach rywalizacji lat 80. Polski postkomunizm miał już podczas okrągłego stołu doświadczenie realnej, choć nie demokratycznej rywalizacji. Był instytucjonalnie przygotowany do dzielenia się władzą, a jego ludzie - do zamiany władzy na własność. Bardzo możliwe też, że w pierwszej fazie - przynajmniej do wyborczego zwycięstwa lewicy w 1993 roku - zasadnicze hierarchie wewnątrz tego segmentu były w znaczącej mierze pochodną relacji z lat 80. Bardzo możliwe też, że pierwszy okres III Rzeczypospolitej wywarł istotny wpływ na reguły obowiązujące do początków obecnego dziesięciolecia.
Pamiętajmy bowiem, że poczucie niepewności i zagrożenia nakazywało wówczas postkomunistom koncentrowanie się przede wszystkim na działaniach gwarancyjnych - na ochronie osobistego bezpieczeństwa (a niekiedy wprost bezkarności) ludzi władzy, na tworzeniu podmiotów gospodarczych pozwalających na przetrwanie ekonomiczne, z czasem dopiero dające podstawy znacznych fortun. Na gromadzenie narzędzi asekuracyjnych, takich jak choćby opisywane przez prof. Andrzeja Zybertowicza "haki" i wciąganie ludzi nowej władzy w niejasne sytuacje, wiążące także ich osobiste bezpieczeństwo z segmentem postkomunistycznym. Owo poczucie niepewności i zagrożenia skłaniało zapewne segment do większej wzajemnej lojalności i wymuszało pewną zbiorową tolerancję dla działań pozaprawnych.
Podkreślmy, że w tym czasie partia (SdRP) nie była ani dysponentem wpływów administracyjnych, ani nawet istotnym podmiotem gier parlamentarnych. Pamiętajmy, że do 1991 roku w Sejmie nie było ani Millera, ani Kwaśniewskiego, że parlamentarna reprezentacja SdRP liczyła dwudziestu kilku posłów, że najważniejszy polityk lewicy, jej kandydat w wyborach prezydenckich Włodzimierz Cimoszewicz był bezpartyjny. Sejm kontraktowy był w istotny sposób kontrolowany przez postkomunistów, ale narzędziem owej kontroli nie była wtedy jeszcze partia Kwaśniewskiego i Millera.
W tym czasie istotna część postkomunistów mogła przejść lub rozważała przejście na stronę Lecha Wałęsy. Z pewnością procesy takie miały miejsce w służbach specjalnych, wojsku czy w środowiskach biznesu. To także ograniczało Kwaśniewskiego i Millera, a ponadto stwarzało problemy zupełnie innej natury. Pamiętajmy, że cios, jakim było oskarżenie premiera Oleksego o agenturalne powiązania z Rosjanami, przygotowany został właśnie w kręgach sprzyjającego Wałęsie fragmentu dawnych służb specjalnych. Tu lewica płaciła słono za utratę monopolu na polityczny patronat czy też polityczne przysługi wobec zautonomizowanych służb.
Kwaśniewskiemu i Millerowi udało się natomiast zachować polityczny i wyborczy monopol na reprezentowanie lewicy. Raz tylko istotnie podważony przez partię Ryszarda Bugaja - skutecznie potem rozbijaną i marginalizowaną. Monopol SLD oparty był na dwóch istotnych zjawiskach: po pierwsze na samolikwidacji głównego nurtu solidarnościowej lewicy, która w sensie personalnym stała się polityczną bazą a potem głównym obrońcą pierwszego etapu przemian, po drugie - na umiejętnej konsolidacji elektoratu najpierw wokół kwestii historyczno-światopoglądowych, a potem także wokół ekonomicznego niezadowolenia z pierwszej fazy transformacji.
Możliwe, że przed 1993 rokiem partii Kwaśniewskiego i Millera raczej "pomagano" niż na nią liczono. Segment postkomunistyczny doceniał rolę gwarancyjną SdRP, dostęp do opinii publicznej, perspektywy na przyszłość - ale radził sobie, odwołując się do innych niż owa partia zasobów. Zmiana tych relacji nastąpiła dopiero po roku 1993. Można jednak sądzić, że reguły funkcjonowania segmentu i to, co znawcy instytucji nazywają "stosownością zachowań", zostały wypracowane w pierwszych czterech latach. Potem zmianie ulegały jedynie proporcje wpływów i układ sił.
Można natomiast spierać się o to, co rozsadziło segment postkomunistyczny: logika globalnej gospodarki, zmiany pokoleniowe, wewnętrzna dynamika sprzecznych interesów czy "błąd człowieka". Jeżeli szukać przyczyny odwołującej się do tej ostatniej odpowiedzi, to można by wskazać trzy kluczowe momenty. Pierwszy to przekształcenie SdRP w SLD. Z partii gwarancyjnej, lojalnej wobec segmentu postkomunistycznego - w agresywny podmiot próbujący w znaczącej mierze dyktować reguły gry. Posiadający po raz pierwszy w III Rzeczypospolitej własne pieniądze z budżetu państwa i niemal nieograniczoną władzę polityczną. Zdolny do reformy cywilnych służb specjalnych i do tworzenia ambitnych planów prywatyzacyjnych. W tym wariancie odpowiedzialnym za kryzys i rozpad segmentu byłby Leszek Miller i jego wizja zmiany paradygmatu rządów.
Drugi interesujący moment, to pojawienie się projektu przekształcenia rynku medialnego i związania jego podmiotów z lewicą. Inicjatorem takich działań był rzecz jasna Włodzimierz Czarzasty, ale "logistyka" wymuszała wciągnięcie do współpracy szerszego kręgu osób. Czarzasty (podobnie jak Miller) chciał jakościowej zmiany status quo polegającej na uniezależnieniu się lewicy - jednak nie od segmentu postkomunistycznego, lecz od wpływowych i uciążliwych partnerów. Wizyta Rywina w redakcji "Gazety Wyborczej" mogła nie być zatem centralnym punktem całej sprawy, ale jej słabo kontrolowanym "odpryskiem". Odpryskiem zgodnym z obowiązującymi regułami gry. Wiele wskazuje na to, że logika funkcjonowania segmentu postkomunistycznego nie opierała się na zależnościach hierarchicznych, ale na przetargach między wieloma ośrodkami, z których każdy targował się o własną "premię od sukcesu". Trzeci "czynnik ludzki", który mógł przyczynić się do pęknięcia postkomunizmu, to działania części oligarchów pragnących zdyskontować kilkuletni okres niepodzielnych rządów przyjaciół. Nawet wyrozumiała dla postkomunistów "Polityka" odważyła się otwarcie krytykować polityczne wpływy Jana Kulczyka, a fakty ujawnione w trakcie prac komisji orlenowskiej pokazały, iż ambicje poznańskiego przedsiębiorcy były znacznie większe niż to, co udało się osiągnąć. Z pewnością jednak były one istotnym czynnikiem konfliktu interesów w obrębie segmentu postkomunistycznego i wikłały rządzącą partię w ryzykowną grę, która w ostatecznym rachunku skończyła się jej katastrofą. Paradoksem naszej sytuacji jest to, że reguły ustrojowe III Rzeczypospolitej zostały zakwestionowane przez ich głównych beneficjentów. Nie tylko obezwładnili oni instytucje państwa, ale sparaliżowali także swój własny obóz.
Załamanie się segmentu postkomunistycznego nie sprowadza się tylko do wyborczej porażki SLD, nie polega też na osobistych porażkach wpływowych osób z tego kręgu. Jego istotą jest drastyczny spadek wzajemnego zaufania i obniżenie poziomu kooperacji. Nagrania rozmów Aleksandra Gudzowatego z Józefem Oleksym są więc przede wszystkim istotnym kulturowym świadectwem owego załamania, w znacznie mniejszym zaś stopniu źródłem wiedzy o konkretnych faktach. Kulturowy kryzys postkomunizmu nie jest zatem jedynie kwestią jego prestiżu, ale także jego zdolności do samoorganizacji.
Dziś szuka on innych podstaw kulturowej rekonstrukcji niż te, do których odwoływał się w początkach lat 90. Sięga raczej do arsenału ówczesnej Unii Demokratycznej (listy intelektualistów, powoływanie się na krytyki zagraniczne) oraz do haseł umiarkowanego liberalizmu. Mógłby być nawet Platformą-bis, bez Jana Rokity i Jarosława Gowina, za to z Geremkiem i Szymborską. Zdolności socjotechniczne mogą pozwolić postkomunistom na "sięgnięcie do elektoratu" lewicowego i wykorzystanie braku konkurencji na tym polu. Tym bardziej, że gra nie toczy się o wielkie zwycięstwa, lecz o wynik, który wymusi na PO sojusz z LiD.
Sojusz taki pozwoli zapewne na utrzymanie monopolu na lewicowość polityczną i zablokuje możliwość wejścia na scenę partyjną innej niż postkomunistyczna formacji lewicy. Podtrzyma także dotychczasowe reguły rywalizacji. Konkurencja - choćby ideowa - dla postkomunistycznej wersji lewicowości jest dziś bowiem zbyt słaba, by sformułować w ciągu dwóch najbliższych lat intelektualnie dopracowaną i politycznie możliwą do zastosowania alternatywę. Zwłaszcza, że nie jest nawet gotowa do otwartego konfliktu z postkomunistami na poziomie istotnej intelektualnie diagnozy funkcjonowania segmentu postkomunistycznego w ostatnim piętnastoleciu.
p
, ur. 1967, historyk, politolog, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Był członkiem redakcji pism "Nurt", "Polityka Polska" i "Debata", współzakładał Krajowy Komitet Konserwatywny. Wraz z Kazimierzem Michałem Ujazdowskim wydał książki: "Równi równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych w Polsce - szansa czy zagrożenie?" (1994). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr. 151 z 24 lutego br. zamieściliśmy jego tekst "Zamiast buntu".