W ostatnich latach amerykańscy poeci coraz częściej sięgają po alegoryczną przypowieść jako sposób wypowiedzi. Alegorią posługiwał się zmarły niedawno A.R. Ammons. Wciąż sięgają po nią ulubieńcy kampusowej publiczności, jak Billy Collins czy W.S. Merwin, a ostatnio nawet tak rewolucyjni w traktowaniu materii wiersza jak John Ashbery. Być może alegoria pozwala na precyzyjniejsze i pełniejsze opisanie relacji podmiotu lirycznego ze światem. Choć przede wszystkim łatwiej ją przyswoić czytelnikom "urobionym" narracjami nieustannie produkowanymi przez kulturę popularną - od historii zawartych w serialach i sitcomach, po anegdoty z życia gwiazd rozpowszechniane przez tabloidy.
James Tate w swych tomach poetyckich również z upodobaniem sięga po alegoryczną przypowieść. Tym, co wyróżnia jego głos z chóru współczesnych alegorystów, jest humor, pod którym ukrywa się zupełnie poważny program przewartościowania poetyckiej dykcji i społecznych priorytetów. Alegoria zawsze proponuje pewną perspektywę etyczną i pewien system wartości. Tate, pod płaszczykiem humoru, przekazuje nam wartości jawnie sprzeczne z konsumenckim modelem życia oferowanym przez media: przegraj w karty wszystko, co posiadasz, zrób w swoim życiu coś szalonego, odkryj, że pod nużącym nurtem codzienności jest ukryta inna rzeczywistość, w której wiedziesz ekscytujące życie - nawet jeśli jest to życie skoczka spadochronowego.
James Tate jest jednym z najwybitniejszych żyjących poetów amerykańskich, laureatem licznych nagród, w tym Nagrody Pulitzera. Ostatnio wydał tom "Zgubiona rzeka".
p
Wiele godzin przetrząsałem graty
w naszej piwnicy. Było ciemno i wilgotno,
Bóg jeden wie, jakie stwory się tam zalęgły. I
znalazłem dudy, tobogan, koło ruletki, projektor
filmowy, mikser, odkurzacz, kandelabr,
zestaw do gry w krokieta, żelazo do
piętnowania, chińską sukienkę, sprzęt dentystyczny,
kilka pułapek na homary i bazookę. Mieszkaliśmy
w tym domu od wielu lat i nigdy nie widziałem
żadnej z tych rzeczy, choć nie powiem, żebym szczególnie
wiele czasu spędzał w piwnicy. Jednak to było upiorne,
jakby obok toczyło się osobne życie, bez
nas. I być może ciekawsze życie, co mnie trochę
wkurza. I mam nieomylne przeczucie,
że to wierzchołek góry lodowej.
Partyjka pokera przeciągnęła się po blady
świt. Przegrałem wszystko, co miałem, a później
jeszcze więcej. Don zaproponował, że mnie podwiezie
do domu, lecz chciałem się przejść. Padał bardzo
drobny, ciepły deszcz. Orzeźwił mnie i zmył ze mnie
poczucie przegranej. Całe życie spędziłem
w tej dzielnicy. Znałem tu wszystkich.
Wszyscy o tym marzą, ale nikt stąd nie ucieknie,
przeszywały mnie spojrzenia, to był mój szczęśliwy dzień.
Jedno jabłko wyrosło na naszym drzewku, co
było pewnego rodzaju cudem, ponieważ
tym drzewkiem jest grusza. Dreptaliśmy wokół niego,
drapiąc się po głowach. - Chcesz je zjeść? spytałem
żonę. - Prędzej bym umarła, odparła. Wróciliśmy
do domu. Stałem w kuchni przy oknie
i się w nie wpatrywałem. Myślałem o Adamie
i Ewie, ale nie wierzę w Adama
i Ewę. Żona powiedziała: - Jeśli nie przestaniesz
gapić się na to głupie jabłko, pójdę
do ogrodu i je zjem. - Więc idź, odparłem, ale
najpierw zrzuć ubranie, idź naga. Popatrzyła
na mnie, jakby mi odbiło, a później zaczęła
się rozbierać, więc zrobiłem to samo.