Dziennik Gazeta Prawana logo

Sceptyczny republikanin

5 listopada 2007, 12:12
Ten tekst przeczytasz w 22 minuty

Marcin Król czyta najnowszą książkę Bronisława Łagowskiego "Duch i bezduszność III Rzeczypospolitej". Zachwyca go w niej umiejętność uważnej i bezstronnej obserwacji polskiej rzeczywistości oraz polityczny realizm - te dwie cechy pozwoliły autorowi jeszcze przed objęciem władzy przez PiS trafnie przewidywać niektóre polityczne konsekwencje rządów tej partii. "Czytając Łagowskiego, ma się niekiedy wrażenie, że był prorokiem. A on tymczasem po prostu rozsądnie myślał i tym się odróżniał od rzeszy innych publicystów. Nie ze wszystkimi poglądami Łagowskiego musimy się zgadzać, ale trzeba szanować trafność, z jaką przewidywał ewentualne zagrożenia". To wedle Króla stanowi dowód, iż "filozofia polityczna nie jest jeszcze spisana na straty, jeszcze można wiele powiedzieć o rzeczywistości i można także na podstawie minionych doświadczeń i przemyśleń sformułować trafne oceny teraźniejszości oraz zaskakująco dobrze przewidywać przyszłość".

p

Duch i bezduszność III Rzeczypospolitej", czyli zbiór felietonów Bronisława Łagowskiego publikowanych w "Przeglądzie" między 1998 a 2005 rokiem, to znakomita lektura. I chociaż stanowczo nie zgadzam się z niektórymi tezami autora (m.in. z jego stosunkiem do sprawy generała Jaruzelskiego), to z olbrzymią większością jego uwag zgadzam się w pełni - z jednym zastrzeżeniem, do którego wrócę pod koniec tekstu.

Książkę Łagowskiego czytałem z tym większą satysfakcją, że uprawiamy mniej więcej ten sam zawód - filozofię polityczną. Jak się okazuje, dobre jego uprawianie może prowadzić do nieoczekiwanie sensownych przemyśleń. A zatem filozofia polityczna nie jest jeszcze spisana na straty, jeszcze można wiele powiedzieć o rzeczywistości, a ponieważ - jak pisał Machiavelli - ani człowiek się nie zmienia, ani świat nie ulega istotnym zmianom, można także na podstawie minionych doświadczeń i przemyśleń sformułować trafne oceny teraźniejszości oraz zaskakująco dobrze przewidywać przyszłość. Dlatego też, czytając Łagowskiego, ma się niekiedy wrażenie, że był prorokiem. A on tymczasem po prostu rozsądnie myślał i tym się odróżniał od rzeszy innych publicystów. W 2001 roku pisał: "Jarosław Kaczyński jest człowiekiem przedsiębiorczym w politycznej intrydze, ale umysłowo zasklepił się w horyzoncie sprzed 10 czy 20 lat. [...] Pod jego, na szczęście nieprawdopodobnymi, rządami państwo uległoby anarchizacji, jedność polityczna, jaką państwo ustanawia, zostałaby zburzona. Polityka zostałaby zastąpiona policyjnością". A rok później zauważał: "Instytut Pamięci Narodowej jest typową czerezwyczajką, powołaną do celu, jakiego nie można osiągnąć za pomocą działań zgodnych z panującym porządkiem prawnym". W lutym 2005 roku, jeszcze przed uchwaleniem obecnej ustawy lustracyjnej, dodawał: "Taka instytucja jak IPN z dnia na dzień może się przekształcić w narzędzie terroru i widzimy, że wielu krząta się wokół tego, aby tym narzędziem stała się po wyborach. Zadziwia mnie odkrycie: jak łatwo Polaków zastraszyć w czasach pokojowych! Z drugiej strony, im bardziej strachliwe jest społeczeństwo, tym większa śmiałość rodzi się w mrocznych duszach złych, mściwych ludzi. >>Zadawnionym zwyczajem w Polsce - pisał ksiądz Kalinka, wybitny historyk - jest, że śmiałym wolno wszystko<<".

Nie ze wszystkimi poglądami Bronisława Łagowskiego musimy się zgadzać, ale trzeba szanować trafność, z jaką przewidywał ewentualne zagrożenia. Na czym polega ta umiejętność? Warto podać kilka sprzyjających jej rozwojowi okoliczności. Po pierwsze, Łagowski nie tylko nie identyfikuje się z żadnym obozem politycznym, ze zwolennikami postkomunizmu lub postsolidarności, ale - jak (bardzo rzadko spełniany) obowiązek nakazuje każdemu intelektualnemu obserwatorowi - staje obok. Nie ponad, bo to łatwe, ale obok. I patrzy. Po drugie, (a rozmawialiśmy na ten temat już w latach 70.) Bronisław Łagowski uważa państwo, nie aktualną władzę, lecz państwo za bardzo poważną instytucję i dlatego jest wyjątkowo wyczulony na wszelkie, lewicowe czy prawicowe, próby zawłaszczania państwa. Sam pisze, że "państwo ustanawia jedność". To bardzo ważne słowa. Państwo i prawo obowiązują niezależnie od okoliczności i wprawdzie nie musimy wykonywać złego prawa, ale nie możemy się oburzać na tych, którzy je wykonują. Tu powstaje pewien problem, który porusza Łagowski, ale także Andrzej Walicki, czy mianowicie PRL była w pewnym rozumieniu państwem i czy prawo tamtych czasów w jakimkolwiek sensie nas, wówczas żyjących, zobowiązywało. Stosunkowo łatwo jest powiedzieć, że był to kraj zbrodniczego komunizmu lub tylko kraj paskudny, ale trzeba zdawać sobie sprawę z konsekwencji takiej postawy. Na ile jesteśmy uprawnieni do podważania prawa wówczas obowiązującego? Wszystko jest jasne, gdy sprawa dotyczy oczywistej nadgorliwości politycznej, ale staje się mniej jasne, gdy idzie o konkrety ludzkiego życia, o instytucje, które wówczas funkcjonowały wcale nie najgorzej - jak choćby Wydział Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, który Bronisław Łagowski kończył kilka lat wcześniej niż ja i miał tych samych znakomitych profesorów. Sprawa, jak sądzę, nie została jeszcze do końca przemyślana, a pochopne wypowiedzi polityków określające PRL mianem "ustroju hołoty dla hołoty" czy "ubekistanu" tylko utrudniają dotarcie do rzeczywistości. Zadanie to jest jeszcze przed nami i żadna lustracja go nie zastąpi.

Po trzecie, problem ciągłości. Dla Łagowskiego, jak i dla wielu innych, którzy urodzili się nieco dawniej, ale także coraz częściej dla moich studentów, ciągłość i jej zerwanie nie przedstawiają się tak jasno jak niegdyś. Wiemy coraz lepiej, jakim złudzeniem była wizja mostu przerzuconego nad PRL do II Rzeczypospolitej, jak ciekawe i znamienne są poszukiwania mające na celu opisanie rodowodów niepokornych i pokornych. Jak ważne jest wyjaśnienie, a nie napiętnowanie fascynacji marksizmem i jak ważne jest opisanie, a nie chwalenie się przynależnością do środowisk, która to przynależność już w czasach PRL wykluczała fascynację komunizmem lub jakąkolwiek sympatię do ówczesnej władzy. Po czwarte - i tu Łagowski świadomie nas prowokuje, co bardzo lubi - jeżeli prawdziwa jest jego teza, że wszystkie polskie powstania, od kościuszkowskiego po warszawskie, wyrządziły wyłącznie szkody, bo zawsze niszczyły dorobek polskości, dorobek zarówno cywilizacyjny, jak i ludzki, to jak wygląda sprawa naszego oglądu przeszłości najnowszej, sprawa opozycji antykomunistycznej, do której sam należałem? Jak ważna była jej rola, jak można tę rolę ocenić z perspektywy dwu dekad? I czy ocena wypadnie tak jednoznacznie pozytywnie, jak sądziliśmy i sądzi się powszechnie? Nie jest to próba zanegowania osiągnięć opozycji, a jedynie próba rzeczowego i trzeźwego spojrzenia na jej funkcję i konsekwencje jej działań. Na jej poglądy, w tym poglądy gospodarcze.

Interesujące jest u Łagowskiego republikańskie rozumienie demokracji i waga, jaką do tego rozumienia przywiązuje. Równocześnie nie ma to nic wspólnego z propagowaną bezpodstawnie przez zwolenników PiS wizją polskiego republikanizmu jako tradycji rzekomo żywej od czasów odrodzenia. Oto obszerny cytat z tekstu z 2004 roku: "Pomyłka demokraty polega na tym, że on nie odróżnia rzeczypospolitej, republiki od demokracji. Realnej demokracji wiele do życia nie trzeba: wystarczy powszechna równość wobec prawa i odwoływanie rządu na życzenie większości. Rzeczpospolita jest konstrukcją o wiele bardziej skomplikowaną. Ideałem demokracji, trudnym oczywiście do zrealizowania, jest równość nie tylko wobec prawa, ale pod każdym względem. Tymczasem rzeczpospolita wymaga hierarchii. Rządzić w republice powinni ludzie lepsi, tymczasem demokracja wywyższa ideologię, według której podział na lepszych i gorszych jest dyskryminacyjny. Społeczeństwo może się w swoich chaotycznych reformach tak zaawanturować, że wyjdzie z nich bez kryteriów republikańskiej wyższości i niższości. [...] Demokratyczny duch stara się wszystkimi sposobami obalić, zatrzeć, osłabić republikańską hierarchię. Rzeczpospolita obiecuje każdemu obywatelowi ochronę przed potwarzą, oszczerstwem, zniesławieniem, ale demokratyczny duch chce, aby ta ochrona była słabsza i obwarowana dodatkowymi warunkami, gdy chodzi o dobre imię umieszczonych wyżej w hierarchii republikańskiej".

Rzeczpospolita wymaga hierarchii - Łagowski nawiązuje do tej tradycji filozofii politycznej, która dzisiaj jest często pomijana, a jednak zawsze była bardzo silna. Cały problem wynikał z prostej obserwacji, że ludzie nie są równi. Innymi słowy, są równi wobec prawa, ale nie są równi de facto. Najbardziej klasyczną i zapewne najbardziej skrajną wizję takiej republiki sformułował Platon, zalecając rządy filozofów. Później jednak także myśliciele liberalni - jak choćby John Stuart Mill - skłaniali się ku poglądowi, że nie tylko ludzie nie są równi, ale że jest to kwestia, z którą bardzo trudno sobie w demokracji poradzić. Na tym tle w korespondencji Milla z Tocqueville'em rozważany jest problem tyranii większości. Nie chodziło tu tylko o to, że sama tyrania większości stanowi zagrożenie - co jest oczywiste - ale także o to, że będzie to nieuchronnie tyrania głupszej większości. Mill, o czym dzisiaj niechętnie się wspomina, uważał, że wolnością dysponujemy po to, by dążyć do wyższych przyjemności, by podejmować życiowe wyzwania i związane z nimi ryzyko. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że do wyższych przyjemności w każdym ustroju dążyć będzie wyłącznie mniejszość i że praktycznie nie ma na to sposobu. Dlatego proponował skomplikowany i mało praktyczny system reprezentacyjny.

Inni republikanie ujmowali tę podstawową obserwację dotyczącą nierówności nie tyle w kategoriach wyższości i niższości, ile w kategoriach odmienności. Ci, którzy troszczą się o wolność publiczną, czynią tak dlatego, że zdają sobie sprawę, iż bez wolności publicznej wolność prywatna czy indywidualna będzie zagrożona. Działają zatem na rzecz wszystkich, chociaż w każdym społeczeństwie stanowią mniejszość. Jednak wybór republikańskiej formy życia jest - np. wedle Hannah Arendt - wyborem trudniejszym, choć dającym człowiekowi najwyższe możliwości spełnienia się w działaniu. Można też sądzić, że idea republikańskiej nierówności jest podejmowana przez tych konserwatystów, którzy - do dzisiaj - mniemają, iż sfera polityczna ma charakter wyjątkowy i stąd wymagania nie tyle wobec ludzi w niej działających, ile wobec zasad w niej obowiązujących muszą być odpowiednio wysokie, zaś cnota, o jakiej tak wiele pisali autorzy republikańscy - od Machiavellego po amerykańskich ojców założycieli - jest nieodzowną cechą polityki.

Demokracja antyrepublikańska ma wszystkie te mankamenty, o których wspomina Bronisław Łagowski, ale zapewne jest dziś zjawiskiem nieuchronnym. Wynika to z odrzucenia obserwacji, którą kierowała się niemal cała myśl polityczna w historii, obserwacji dotyczącej naturalnej nierówności ludzi. Jedynie niektórzy zwolennicy umowy społecznej sądzili inaczej. Niestety tęsknota Łagowskiego za republiką może być tylko formą słusznego zniecierpliwienia demokracją taką, jaką mamy, bo powrót jakiejkolwiek formy republikanizmu jako dominującej myśli politycznej wydaje się na razie bardzo mało prawdopodobny.

Problem ten porusza Łagowski mimochodem, ale przy wielu okazjach. Większość jego felietonów to pośrednia demonstracja postawy intelektualisty jako odmiennej - chociaż nie przeciwstawnej - wobec postawy polityka i, co Łagowski wyraźnie podkreśla, wobec postawy dziennikarza. W 1999 roku jednak zadanie to autor określił wprost: "Zadaniem intelektualistów - ileż kompromitacji trzeba, żeby to sobie zapamiętali - jest przede wszystkim obalanie schematów myślowych i usiłowanie zrozumienia, jak dochodzi do takich czy innych wydarzeń, zwłaszcza tych, które rozpalają międzynarodowe emocje, jak one się następnie rozwijają, w jakie układają procesy". Bardzo mi odpowiada sformułowanie "obalanie schematów myślowych". I trzeba przyznać, że Bronisław Łagowski z tego zadania wywiązuje się doskonale. Czasem ma się wrażenie, że wręcz za dobrze - tak bardzo lubi powiedzieć coś wyraźnego i zarazem skierowanego pod prąd opinii publicznej. By raz jeszcze wspomnieć Johna Stuarta Milla: w jego przekonaniu wolność, której poświęcił tak wiele starannej uwagi, jest także (a we współczesnych społeczeństwach przede wszystkim) wolnością od opinii publicznej. Schematy myślowe czy stereotypy to przede wszystkim dzieło tej opinii. Jednak nie jest ona w stanie sama ich sformułować.

Opinię publiczną kształtują politycy i dziennikarze, którzy potem się na nią powołują. Dlatego intelektualiści muszą, niemal z założenia, przeciwstawiać się opinii publicznej - nie ma w tym nic dziwnego ani zdrożnego. Bo, jak pisze Łagowski: "Politycy mają swoich mistrzów myślenia chyba tylko po to, aby się od nich niczego nie uczyć". Wydaje się czasem w trakcie lektury tej książki, że autor już wtedy, przed kilkoma laty, tak bardzo rozczarował się w kwestii tego, że intelektualiście, myślicielowi politycznemu, uda się jakkolwiek wpłynąć na rzeczywistość przez wywarcie presji na polityków, że stracił wszelką nadzieję. Gdyby jednak rzeczywiście tak było, to nie warto byłoby pisać, chyba że oczekując, iż w społeczeństwie znajdzie się milcząca mniejszość, której się pomoże myśleć - chociaż będzie to pomoc ograniczona do teorii i niemająca wiele wspólnego z praktyką. A polityka to wszak nie myślenie, lecz działanie.

Łagowski jest jednak bliski rozpaczy: "Piszę >>Polska<<, >>Polacy<<, ale czytelnik rozumie, że chodzi o klasę polityczną i dziennikarską. Jest ona umysłowo wykolejona wskutek bezustannego zwalczania czegoś, a zwłaszcza kogoś. Gra rolę także czynnik świadomości kolektywnej, za który wszyscy jesteśmy odpowiedzialni, i sytuacja - prawie bez wyjścia - wobec której jesteśmy bezsilni. Patrzymy na to, co tamci robią, dziwimy się, oburzamy, łapiemy za głowę i staczamy się - nie w przepaść, nie, ale na jakieś śmietnikowe pobocze historii europejskiej". Trudno wyrazić to ostrzej i w sposób bardziej pozbawiony nadziei. Jako przykład wspomnianych wcześniej "schematów myślowych" Łagowski podaje kwestie lustracji (pamiętajmy, że pisze jeszcze na długo przed uchwaleniem obecnej ustawy lustracyjnej). "Słyszał kto o jedenastym przykazaniu >>nie podpisuj<<? Trzeba odróżnić, co jest czynem, co może być poszlaką czynu, a co jest czystą fikcją. Lustracja wszystkie te różnice zamąca. W ogóle nie wiadomo, o co w niej chodzi, jeżeli jest czymś więcej niż substytutem polowania z nagonką". Łagowski dostrzega tylko jedno jedyne wyjście z tej beznadziejnej sytuacji: polega ono na kurczowym i uporczywym trzymaniu się realizmu politycznego. Autor nie chce powiedzieć wprost - i słusznie, bo jest to niewykonalne - czym jest realizm w polityce. Pisze, że o jego sens "można się długo spierać, natomiast odrzucenie realizmu ma sens bardzo jasny". I tu właśnie natrafiamy na granice, które autor próbuje przekroczyć, ale przekroczenie to sprawia, że sam przestaje być realistą.

Omawiana książka jest tak dobra, że domaga się kilku słów stanowczej krytyki, zwłaszcza że autor do strachliwych ani zadufanych nie należy. Łagowski chce być realistą i często nim jest, ale popełnia pewien podstawowy błąd, jaki przed nim popełniło wielu realistów - co wprawdzie go nie usprawiedliwia, ale jakoś tłumaczy. Błąd ten sprowadza się do dwóch ułomności w sposobie patrzenia na świat.

Pierwsza dotyczy związków moralności z polityką. Nie uważam, że polityka (nie daj Boże!) powinna być moralna. Rozdział polityki od moralności jest nieuchronny, a każdy, kto go kwestionuje, zasługuje na miano naiwnego. Są to dwie odrębne płaszczyzny ludzkiego życia publicznego i niedostrzeganie zasadniczej różnicy między nimi prowadzi jedynie do błędnej oceny rzeczywistości. Łagowski jednak nie docenia użytku, jaki polityka może czynić z moralności i wartościujących sformułowań, użytku, który jedni nazwą cynicznym, a inni pragmatycznym.

Kiedy prezydent Reagan wypowiedział słynne słowa o "imperium zła", Związek Radziecki był już mocno spróchniały i do wcielenia zła, jakie stanowił za stalinowskich czasów, wiele mu brakowało. Jestem przekonany, że Reagan, który - jak się niedawno dzięki kilku nowym publikacjom wydało - był bardzo inteligentnym człowiekiem, tylko udawał głupiego ze względu na polityczną popularność (oto w jakich czasach żyjemy!) i wiedział, że grubo przesadza. Jednak słowa te zrobiły wielką karierę i odegrały niebłahą rolę w obaleniu zgniłego mocarstwa. Nie zawsze zatem wprowadzanie ocen moralnych do praktyki politycznej stanowi dowód braku realizmu. Byłoby nieźle, gdyby politycy wiedzieli jednak, po co to robią, i nie wierzyli, że przysługuje im jakiekolwiek prawo do formułowania moralnego poglądu, a jedynie posługiwali się owym osądem w celach praktycznych. Niestety w Polsce - i tu Łagowski ma rację - politycy uzurpują sobie prawo do moralnych osądów, mają się za nauczycieli narodu, co jest nie tylko wysoce naganne, ale po prostu śmieszne (choć może niekiedy okazać się straszne).

Druga ułomność obecna w książce Łagowskiego polega na nieustającej (i jakże trafnej chwilami!) krytyce wpływu dziennikarstwa na życie publiczne. Realista powinien jednak zdawać sobie sprawę, że taki już jest ten świat - rządzi nim opinia publiczna w decydującej mierze kształtowana przez dziennikarzy, zwłaszcza telewizyjnych. Bronisław Łagowski cytuje świetny tekst Karla Poppera, w którym Popper uznaje telewizję za największe zagrożenie naszych czasów. Zgadzam się z tym poglądem, ale co realista ma w tej sytuacji uczynić? Nie powinien obrażać się na klasę dziennikarską, ale raczej zastanawiać się, jak znaleźć wyjście także z tej sytuacji. Wszystkie narzekania na to, jak wszędzie - a w Polsce najbardziej - zniszczona została debata publiczna, do niczego nas nie doprowadzą. Lepiej rozważyć, czy i jak można debatę publiczną jeszcze uratować. Może zresztą okaże się, że uratować jej już nie sposób, a wtedy wypadałoby zastanowić się nad nowymi formami ustrojowymi. Jestem przekonany, że Bronisław Łagowski nieraz jeszcze skłoni nas do myślenia na ten temat.

p

, ur. 1944, filozof, historyk idei, publicysta, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Współzałożyciel i redaktor naczelny pisma "Res Publica Nowa". Zajmował się historią polskiej myśli politycznej - na ten temat opublikował m.in. książki: "Sylwetki polityczne XIX wieku" (1974; wraz z Wojciechem Karpińskim), "Style politycznego myślenia: wokół >>Buntu Młodych<< i >>Polityki<<" (1979) oraz "Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku" (1985). Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiego liberalizmu, komentator i krytyk myśli liberalnej, której poświęcił m.in. dwie książki: "Liberalizm strachu i liberalizm odwagi" (1996) oraz ostatnio: "Bezradność liberałów" (2005). Oprócz tego wydał: "Romantyzm - piekło i niebo Polaków" (1998), "Historię myśli politycznej" (1998) oraz "Patriotyzm przyszłości" (2004). Jest stałym współpracownikiem "Europy" - ostatnio w nrze 157 z 7 kwietnia br. opublikowaliśmy jego tekst "Po co nam intelektualiści".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj