Dziennik Gazeta Prawana logo

Sarkozy obudził Francję

5 listopada 2007, 12:12
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

W rozmowie z "Europą" André Glucksmann tłumaczy, dlaczego mimo swoich związków z lewicą poparł w wyborach prezydenckich prawicowego kandydata Nicolasa Sarkozy'ego. Jego zdaniem Sarkozy jest zarówno idealistą przywracającym wiarę we Francję jako ojczyznę praw człowieka, jak i realistą potrafiącym bardzo konkretnie dyskutować o takich sprawach jak imigracja czy konstytucja europejska. Jego wyborcze zwycięstwo wynikało właśnie z tego szczęśliwego połączenia realizmu i idealizmu, które przywróciło Francuzom wiarę w politykę. "Francja jest wielkim krajem politycznym. I kiedy mówi się do niej o polityce, mówi się jej, by coś zmieniła i jednocześnie odnalazła swą wielką historię - jak to zrobił Sarkozy - Francja od razu w to wchodzi, jest niebywale zainteresowana".

p

Dotychczas nigdy w życiu nie opowiedziałem się publicznie za żadnym z kandydatów, pomijając rok 2002, gdy poparłem Chiraca przeciw Le Penowi. To prawda, że mój artykuł, w którym poparłem Sarkozy'ego (wydrukowany w "Le Monde" i w "Europie") zaszokował wielu. Uważali, że głos na lewicę jest jedynym możliwym wyborem dla intelektualisty. Potem nie zgodziłem się na żaden występ w radiu czy telewizji, nie miałem najmniejszej ochoty na kłótnie z dewotami lewicy. Nie wszystkie opinie Sarkozy'ego są moimi opiniami. Nie podzielam na przykład jego zdania na temat wrodzonego charakteru pedofilii. Stwierdzam jedynie, że dokonuje on repolityzacji Francji dzięki odważnemu programowi i postawieniu najistotniejszych pytań. Poza tym jestem nie tylko człowiekiem lewicy, niezwykle ważne jest dla mnie także dziedzictwo antytotalitarne. A alternatywy totalitarny-antytotalitarny, terroryzm-antyterroryzm, szowinizm-kosmpolityzm wcale nie muszą się pokrywać z podziałem na lewicę i prawicę.

Tym, co tak naprawdę atakuje Sarkozy, nie jest wcale Maj '68, tylko jego konsekwencje. Innymi słowy, Sarkozy atakuje mitterrandyzm...

Kiedy prowadzi się kampanię prezydencką we Francji, nie można twierdzić, że jest się jednocześnie przeciwko dwóm ostatnim prezydentom. To byłoby po prostu za wiele. Wszyscy wiedzą, że Sarkozy nie lubi Chiraca. Do tego stopnia, że nie wymienił jego nazwiska po tym, jak został wybrany. Nie powiedział nawet zwyczajowego: "Dziękuję". Nie można było do tego dodawać jeszcze zerwania z kimś, kto już nie żyje i kto na dodatek jest obiektem pewnego kultu. Dlatego Sarkozy zamienił walkę z Mitterrandem na walkę z Majem '68, co było znacznie mniej ryzykowne. Mitterrand mówił nieustannie: "To my jesteśmy prawdziwą lewicą, ponieważ robiliśmy rewolucję w maju 1968 roku". To wielkie kłamstwo. W roku 1968 Mitterrand lawirował między socjalistami, komunistami i goszystami, aby zdobyć władzę. Był wtedy absolutnie żałosny. Maj '68 był piękny, ponieważ mówiono wtedy prawdę do szaleństwa. Daniel Cohn-Bendit manifestował wraz z komunistami i ludźmi z komunistycznego związku CGT. A potem nie zawahał się powiedzieć w telewizji: "Maszerowałem ze stalinowskimi łajdakami". Dziś tym, który mówi w sposób otwarty, jest Sarkozy. Podczas gdy Cohn-Bendit próbuje zlepić razem socjalistów od Royal, centrystów od Bayrou i trockistów od Besancenota. Jego celem stał się handel władzą. Czyli przejął rolę, którą w roku 1968 odgrywał Mitterrand.

Tak, to jest dziedzictwo, z którego ona jest niesłychanie dumna. Nie stać jej było nawet na jedno słowo krytyki. Nieustannie podkreśla, że wszystko zawdzięcza Mitterrandowi. To wielkie obciążenie zarówno dla niej, jak i dla całej Partii Socjalistycznej: nabożny stosunek do człowieka Vichy, wojny w Algierii i ludobójstwa w Rwandzie. Instytucjonalna lewica we Francji uważa, że jest moralnie bez zarzutu, że jest intelektualnie niezwykle sprawna. Bardzo się myli. Po 1945 roku prawica została zmuszona do ciężkiej pracy - bo ciążyło na niej piętno kolaboracji z nazistami. Tymczasem francuska lewica instytucjonalna nie zrobiła nic. Nawet nie zauważyła reformy lewicy w Niemczech, tego, co zrobił Blair, ruchów dysydenckich na Wschodzie, aksamitnych rewolucji - od Pragi po Kijów i Tbilisi. Kisiła się we własnym sosie. Lewica to moja rodzina. Nadal się z nią identyfikuję, mimo jej umysłowej zapaści. Ale jednocześnie wspieram Sarkozy'ego. To jest nie tylko zerwanie z 30 latami stagnacji ekonomicznej i społecznej. To także zerwanie z okresem braku dynamizmu moralnego i umysłowego. A co najwspanialsze, naprawdę Francja chciała tego zerwania. I dlatego głosowała tak licznie, czego nie widzieliśmy od kilkudziesięciu lat. Francja jest wielkim krajem politycznym. I kiedy mówi się do niej o polityce, mówi się jej, by coś zmieniła i jednocześnie odnalazła swą wielką historię - jak to zrobił Sarkozy - Francja od razu w to wchodzi, jest niebywale zainteresowana. Ale to nie wszystko - głosowano na Sarkozy'ego, który jest "mieszańcem". Wszyscy o tym wiedzą. Le Pen powiedział głośno, że ktoś taki jak Sarkozy nie powinien mieć biernego prawa wyborczego we Francji. Sarkozy nie ma żadnych francuskich korzeni. A na dodatek - mimo że jest katolikiem - w jego żyłach płynie krew żydowska.

Tymczasem Francja w 53 proc. zagłosowała na kogoś, kto nie ma francuskich korzeni. Przedtem nigdy czegoś takiego nie było: zarówno Mitterrand, jak i Chirac, czy wreszcie Royal są Francuzami z dziada pradziada. Mało tego, żona Sarkozy'ego, Cécilia, publicznie deklarowała: "Nie mam ani jednej kropli krwi francuskiej". I nie sprawiała wrażenia nieszczęśliwej z tego powodu. Także samo małżeństwo Sarkozych stanowi wielką polityczną nowość: schodzą się i rozchodzą na oczach wszystkich. Nie kryją się z tym. To jest kompletnie nowe: Mitterrand prowadził podwójne życie, Chirac też. Także Ségole`ne ma bardzo skomplikowane życie ze swoim partnerem - ale o tym się publicznie nie pisało. Francja wreszcie okazała się w tej dziedzinie znacznie nowocześniejsza od Amerykanów - nie tylko wszystko wiadomo, ale na dodatek nikt się tym nie przejmuje. I dobrze, że tak się dzieje. W końcu żyjemy w kraju, gdzie 45 proc. dzieci rodzi się ze związków pozamałżeńskich. Sarkozy nie ma nic wspólnego z konserwatywną prawicą, która pozorowała szacowne, moralne życie, choć nie miało nic wspólnego z rzeczywistością.

On niszczy stare podziały. To rzeczywiście jeszcze nie oznacza, że wymyśla prawicę na nowo. On raczej przebudowuje francuskie życie polityczne, opierając się na zwyczajach panujących gdzie indziej. Dzięki temu doprowadza do odnowy francuskiego życia politycznego, co może stać się przykładem dla całej Europy - mamy niezwykle niską absencję wyborczą i pełne pasji dyskusje. Wszyscy znowu interesują się polityką. Co więcej, ludzie nie są zablokowani w swoich klanach. Wkroczyliśmy w epokę demokracji, która zwraca się wprost do jednostek. To zasadnicza zmiana. 30 lat temu robotnicy i zwolennicy laickości występowali przeciwko chrześcijanom z drobnej i większej burżuazji. Wszyscy głosowali tak, jak głosował klan, środowisko. Jednostki nie miały w tym wszystkim żadnego znaczenia. Dziś wielu mężów głosowało inaczej niż ich żony. Naprawdę nie jestem jedynym człowiekiem lewicy, który wybrał Sarkozy'ego. A co powiedzieć o ludziach, o których sądziliśmy, że są faszystami, że zawsze będą wspierać Le Pena? Przecież oni zmienili swe poglądy i zagłosowali na Sarkozy'ego. Te wybory były wielką klęską ekstremistów i nareszcie pogodziły wyborców z Republiką.

Zarzuca się mu, że tworzy ministerstwo o lepenowskim wydźwięku. Ale przecież chodzi o ministerstwo imigracji i tożsamości narodowej. To nie jest ministerstwo tożsamości narodowej przeciwko imigracji. Śladami Le Pena podąża raczej lewica, która zakłada, że relacja między tożsamością narodową i imigracją może być jedynie wykluczająca. Zresztą Sarkozy wielokrotnie powtarzał, że naród nie jest pojęciem etnicznym, że imigracja wzbogacała Francję.

Jak najbardziej. Sarkozy rozpoczął swoją kampanię prezydencką w roku 2003. Jej początkiem była wielka debata idei na prawicy, w której przeciwstawił się Chiracowi. Był to bardzo brutalny spór, niemal na noże, coś na kształt freudowskiego morderstwa ojca. Kwestia Europy pojawiła się na pierwszym planie. Tych dwóch polityków różniło wszystko. Kiedy na Ukrainie wybuchła pomarańczowa rewolucja, Sarkozy od razu tam pojechał. Zdaniem Chiraca natomiast nie chodzi o ponowne złączenie tego, co było rozdzielone, a jedynie o poszerzenie Europy. Stąd nowe kraje są dla niego zdecydowanie mniej ważne i stąd jego słynne zdanie o tym, że powinniście przede wszystkim milczeć, wypowiedziane w momencie gdy kilka nowych państw poparło amerykańską interwencję w Iraku. Dla Sarkozy'ego pod słowem "Europa" kryją się demokratyczne swobody. Tymczasem dla Chiraca Europa jest jedynie pojęciem geograficznym czy geopolitycznym. Dlatego Chirac ani przez moment się nie wahał, zawierając przymierze z despotą Putinem, co w rezultacie doprowadziło do zerwania jedności Unii.

To jednak nie do końca prawda. Sarkozy często mówi o prawach człowieka, co w praktyce oznacza mówienie o Europie praw człowieka. Weźmy choćby kwestię kobiet czeczeńskich, którą tak podkreśla. Jest oczywiste, że jeśli kobiety czeczeńskie staną się kryterium stosunków rosyjsko-francuskich, będzie to wielki moment prawdy dla Moskwy. To jest naprawdę coś nowego. Jeśli Emmanuel Todd tego zupełnie nie rozumie - bo prawa człowieka nic go nie obchodzą - a Alain Finkielkraut tego nie zauważa, to już ich problem. Widzą to natomiast za granicą. Jak pan wie, we Francji nie wolno podawać wstępnych wyników do momentu zakończenia wyborów. Stąd o tym, że Sarkozy wygrał, dowiedziałem się z telefonu od przyjaciół z Groznego, którzy powiedzieli: "Sarkozy ma 53 proc.". A potem podkreślali, jak bardzo się z tego cieszą.

On jest nie tylko pragmatyczny. On jest także realistą. Co wcale nie oznacza kontynuowania naszej dotychczasowej Realpolitik, która nade wszystko przedkładała krótkoterminowe interesy - np. zyski z handlu bronią. To dlatego udzieliliśmy wsparcia ludobójcom z Rwandy oraz udekorowaliśmy Putina Legią Honorową. To w ten sposób Francja, ojczyzna praw człowieka, stała się żandarmem ustalonego porządku. Tymczasem Sarkozy podkreślał, że nie chce być wspólnikiem żadnej dyktatury. A co więcej rozumie on, że nie ma żadnej sprzeczności między realizmem a prawami człowieka, że rezygnacja z naszych zasad wcale nie musi pociągać za sobą podpisania większej ilości kontraktów. Mamy dziś w Europie wielki problem - problem gazu i ropy. Szantażuje nas Putin, który trzyma kurek z gazem i ropą i chce pertraktować z każdym krajem z osobna. Dlatego Prodi jeździ na Kreml, a Schröder haruje dla Gazpromu. Tymczasem bylibyśmy zdecydowanie mocniejsi, gdybyśmy stanęli razem wobec Rosji, która przecież musi gdzieś sprzedawać swoje paliwa. Stawką jest tu jednocześnie Europa wolności i Europa realizmu.

On po prostu nie chce mówić o Europie w sposób abstrakcyjny. Takiego praktycznego punktu widzenia dotychczas bardzo brakowało. Podzielam np. decyzję Sarkozy'ego, by skończyć z paraliżem Europy za pomocą minimalnego traktatu instytucjonalnego, ratyfikowanego przez zgromadzenia narodowe. Gigantyczna konstytucja jest nam do niczego niepotrzebna. Po co nam zawiłe teksty, na których rozszyfrowanie mają czas jedynie europejscy deputowani? Co prawda dysponują ogromną ilością wolnego czasu, ale czy na pewno po to zostali wybrani?

Ale tu wcale nie chodzi o wprowadzanie czegokolwiek cichaczem. Po pierwsze Sarkozy jasno powiedział, co zamierza - mówił to także przed drugą turą. I został wybrany. Po drugie decyzja parlamentu narodowego jest aktem w pełni demokratycznym - parlament to nie są żadne boczne drzwi. Royal chciała całą przygodę zacząć od nowa. Zapowiadała nowe referenda, co w praktyce oznacza, że nigdy nie dojdziemy do końca. Przecież nawet jej własna partia nie może osiągnąć jakiegokolwiek porozumienia w sprawie projektu europejskiego. Chodziło jedynie o odsuwanie decyzji w nieskończoność...

Był bardzo konkretny. Po pierwsze, przypominał, że największym problemem Francji jest bezrobocie - i to od 30 lat. Dziś we Francji jest ogółem 10-procentowe bezrobocie, ale wśród młodych wynosi ono 20 proc., a na przedmieściach 40 proc. - tam ojcowie nie mają pracy od połowy lat 70., synowie też jej nie mają. W porównaniu do wszystkich starych krajów Unii Francja ma rekordowe bezrobocie i najniższy wzrost gospodarczy. Niemcy po upadku muru zintegrowały 17 milionów mieszkańców NRD, natomiast Francja nie zintegrowała nikogo, jedynie zdezintegrowała wielu, spychając ich na przedmieścia i pozbawiając pracy. Socjaliści chcieli zbagatelizować kwestię, zwalić wszystko na prawicę, która jest od pięciu lat u władzy, zapominając, że kryzys zaczął się znacznie wcześniej - za ich rządów. Sarkozy rozumie, że tak dalej nie można, że trzeba bardzo głębokich reform, że musimy podążyć śladem Danii, Anglii, Hiszpanii, Irlandii, czyli krajów, które naprawiły swą gospodarkę.

Mnie znacznie bardziej niepokoiła Royal, która nie chciała podejmować żadnych decyzji, jednocześnie mówiła "tak" i "nie". Chciała jedności za wszelką cenę, co w praktyce oznacza bezruch. Rzekomo popierała zmiany, a jednocześnie błogosławiła status quo. Szokują mnie jej wypowiedzi w rodzaju: "Myślę to samo, co wy", "Wasz program jest moim programem". Polityka polega przecież na wyborze i umiejętności podejmowania decyzji. Wróćmy do Sarkozy'ego: drugi punkt, w którym był bardzo konkretny, to Europa - już o tym mówiliśmy. Trzeci to sprawa praw człowieka. Gdy mówił o Annie Politkowskiej, pielęgniarkach bułgarskich prześladowanych w Libii czy muzułmankach zmuszonych do noszenia kwefu, wzbudzał entuzjazm. Tymczasem Ségole`ne Royal podziwiała sprawność chińskiego wymiaru sprawiedliwości, który co roku zabija 10 tys. osób.

To nie są żadne gafy, tylko absolutna niezdolność do zobaczenia świata w jego prawdziwej postaci - jako rozdartego między despotyzmem, totalitaryzmem i terroryzmem z jednej strony a demokracją z drugiej. Zresztą gdyby Sarkozy zrobił coś podobnego, na pewno podniosłyby się krzyki, że naruszył wszelkie tabu, że jest rasistą i ksenofobem.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj