Dlaczego w Polsce nastąpił bunt inteligencji przeciw lustracji? Jakie będą skutki tego buntu dla życia politycznego? Czy jest on zapowiedzią ostatecznej klęski PiS-u i sygnałem dla opozycji, że powinna przystąpić do bezpardonowego ataku? O to spierają się uczestnicy dzisiejszej debaty "Europy". Zdaniem Roberta Krasowskiego antylustracyjny zryw był największym policzkiem wymierzonym władzy po 1989 roku. Ujawnił jednocześnie "obosieczny" charakter dotychczasowej taktyki braci Kaczyńskich, którą teraz ich przeciwnicy zastosowali przeciw nim samym. "Brutalność tego uderzenia spowodowało samo PiS. Bracia Kaczyńscy wprowadzili do polityki nowy standard, który można nazwać nadwiślańskim bonapartyzmem. Nie tylko zachowywali się brutalnie, ale wręcz świadomie eksponowali swoją brutalność. Kłopot w tym, że sukcesy w praktykowaniu tej buty okazały się zaraźliwe. Ci, z którymi Kaczyński walczył, przejęli te bonapartystowskie zachowania".
p
Na pewno nie w rewolucyjnej sile lustracji, choć do takiej właśnie interpretacji przekonują nas politycy, którzy ten spór przegrali. Ich zdaniem ustawa przegrała, bo napotkała coś silniejszego od siebie - lęk i determinację byłych agentów. Słyszymy nawet że można się było tego spodziewać, bo antylustracyjne lobby po raz kolejny pokazało, że jest jedyną realną większością w polskiej polityce. Tymczasem było chyba dokładnie odwrotnie. Antylustracyjne lobby było słabsze niż kiedykolwiek wcześniej. A ustawa mogła wejść w życie z drobnymi poprawkami Trybunału. Stało się inaczej z dwóch powodów. Po pierwsze, pojawiła się ta ciekawa sprężyna historii, jaką jest przypadek. Tym przypadkiem był bunt Ewy Milewicz. Tego wydarzenia nikt nie zaplanował, nikt za nim nie stał, był to zwykły zbieg okoliczności. Gdyby to nie była powszechnie szanowana Ewa Milewicz, gdyby ktoś inny ogłosił wolę złamania prawa, nikt by rebelii przeciw prawu nie potraktował jako dopuszczalnego oręża w walce z lustracją. Nikt by się nie pochylił nad takim wydarzeniem, media by go nie opisywały przez wiele dni, a zainteresowani walką z lustracją nie mieliby okazji dostrzec w tym prywatnym wyborze cudownej broni nadającej się do użycia przez wszystkich. Osobisty autorytet Milewicz zrobił z ekscesu standard, dał mandat czemuś, co w istocie stało się bardzo brutalną zagrywką. Drugim powodem, dla którego ustawa lustracyjna przegrała, jest kolejny przypadek - lustracja elit zbiegła się z wzrastającym na uczelniach poczuciem, że PiS prowadzi z elitami wojnę na śmierć i życie. Zapewne w emocjach tych było sporo przesady, jednak trudno nie dostrzec, że były one absolutnie szczere. To nie strach agentów przed ujawnieniem skłonił profesorów do buntu. Przecież agenci mogli składać fałszywe oświadczenia, wiedząc, że lata miną, nim IPN zlustruje setki tysięcy osób. A potem po wyrokach IPN-u mogliby przez kolejne lata dowodzić, że padli ofiarą fałszywych oskarżeń. Profesorowie ruszyli na wojnę, bo poczuli się zagrożeni nie jako agenci, ale jako elita. Było w tym wiele antyprawicowej histerii, ale trudno się też dziwić, że kolejne krytyki PiS-u pod adresem prawników, lekarzy czy akademików, wypowiadane przez polityków zasiadających w rządzie obok Leppera i Giertycha, nie zostały potraktowane jako próba ozdrowienia polskiego życia umysłowego, ale jako coś wręcz przeciwnego. Konkludując: gdyby ustawa lustracyjna pojawiła się w innym momencie rządów PiS (albo gdyby Ewa Milewicz była akurat na długim urlopie za granicą), mogłaby przejść. Nie byłoby buntu elit oraz mocno przeszarżowanego werdyktu Trybunału (raptem okazało się, że konstytucja wyklucza to, co przez wiele lat akceptowała). Bo również werdykt sędziów był kolejnym aktem profesorskiego buntu.
Nie sądzę, by wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego i adwokat, mówiąc, że nie złoży oświadczenia lustracyjnego, sprzeciwiał się swoim realnym władzom. Po pierwsze, jako pracownik wyższej uczelni mogę powiedzieć, że władze korporacyjne mają większy wpływ na kariery i los wykładowców niż władze państwowe. A właśnie te władze na wiele sposobów okazywały swój negatywny stosunek do lustracji. W konsekwencji w środowisku akademickim większą odwagą było powiedzieć: "Jestem za lustracją" niż "Jestem przeciw lustracji"... Czyli zatriumfowały postawy, nie chcę powiedzieć, że konformistyczne, ale na pewno nie nonkonformistyczne. Mamy też negatywną, ostrą reakcję korporacji adwokackiej na zachowanie posła Mularczyka przed Trybunałem Konstytucyjnym. Widać zatem wyraźnie, kto tu jest władzą. Establishment powiedział: "Możecie się buntować". Uchwały Senatu UW i wcześniej Rady Wydziału Prawa były pewnym przyzwoleniem i daniem gwarancji bezpieczeństwa potencjalnym kontestatorom. Po drugie, o skali buntu wcale nie przesądziła zła jakość ustawy lustracyjnej. Owszem, można było lepszą ustawę zrobić, wręcz należało, a jak już obowiązywała ta, którą uchwalono, to trzeba się było zorientować, czemu służy proces Gilowskiej. Ja nie mam spiskowej teorii dziejów, ale wiem, czemu on służył w wymiarze medialnym. To było powiedzenie wprost, że jest bardzo dużo ludzi, którzy nie mieli świadomości współpracy, a będą z racji tej nowej ustawy ścigani. Sądzę, że bardzo duża część środowiska akademickiego, prawniczego, dziennikarskiego i politycznego miała za sobą rozmowy z ludźmi z SB, co do których "jakości" w sensie papierów nie była pewna. To były rozmowy o paszporcie, o kolegach, o wyjściu z "internatu", o tysiącu innych rzeczy. Pułapka oświadczenia lustracyjnego była pułapką zastawioną na tych ludzi w sposób okrutny. Dla nich to nie było ryzyko uznania ich za kłamców lustracyjnych przez sąd, ale ryzyko niesławy, utraty dobrej opinii, co w tych zawodach jest bardzo ważną rzeczą. Warto też odpowiedzieć na pytanie, co pozwoliło wpłynąć na ostateczny kształt ustawy Romaszewskiemu i Borusewiczowi. Jest taka doktryna - występuje ona zwłaszcza w polityce Pałacu Prezydenckiego - która mówi, że w pożądanej hierarchii autorytetów wolnej Rzeczypospolitej najwyżej stoją ludzie, którzy poświęcili życie dla sprawy niepodległości, byli przywódcami konspiracji itd. Ich punkt widzenia ma pierwszeństwo przed innymi interesami politycznymi. To powoli przekształca się w pewną politykę symboliczną i doktrynę państwową. W myśl tej doktryny państwo polskie ma swoje źródła w niepodległościowej konspiracji - wojskowej z lat 40. i cywilnej z lat 80. I to miało swoje konsekwencje dla trybu prac nad ustawą lustracyjną i przesądziło o jej kształcie, moim zdaniem nie najszczęśliwszym.
I mamy rokosz. To jest normalny rokosz, który został spowodowany jednak niezdolnością władzy do efektywnego działania. Klasyczny XVII-wieczny przypadek. Nie ma nic gorszego dla władzy niż efektywny rokosz. Rewolucja jest mniej upokarzająca od niego.
Zwłaszcza że to pierwszy taki bunt. A policzek wymierzali nie rozsierdzeni rolnicy, których przy pewnym wysiłku woli można uznać za niezdolnych do efektywnej obrazy, ale profesura. To, co widzieliśmy przez ostatnie tygodnie, to największe upokorzenie władzy po 1989 roku. Rządy do tej pory oskarżano, wyzywano, obalano, oblegano pod URM-em, obrzucano jajkami, ale nikt nie podszedł na zimno do premiera i nie powiedział mu w twarz: "Nie uznaję pana mandatu do rządzenia. Nie uznaję wprowadzonego przez pana prawa".
Wcześniej w spółkach Skarbu Państwa czasem barykadowali się odwołani prezesi... A w Krakowie podejmowano samorządne uchwały o niewpuszczaniu prezydenta RP do miasta.
To albo były sprawy drobne i osoby bez znaczenia, albo też spór nikogo nie obchodził. Tu tymczasem wszystko się zbiegło. Materia była ważna, przeciwnicy prestiżowi, a porażki nie można było ani obejść, ani ukryć. Upokarzanie władzy oglądała cała Polska. Co ciekawe, brutalność tego uderzenia spowodowało samo PiS, bo to ono określiło nowe reguły walki politycznej. Bracia Kaczyńscy wprowadzili do polityki nowy standard, który można nazwać nadwiślańskim bonapartyzmem. Nie tylko zachowywali się brutalnie, ale wręcz świadomie eksponowali swoją brutalność, pozując na ludzi, którzy gotowi są na więcej i nie zawahają się przed niczym. Zawiązanie koalicji z Lepperem i Giertychem, przejmowanie wielkich instytucji i ostentacyjne wprowadzanie do nich osób jawnie niekompetentnych, było dawaniem świadectwa ostatecznej determinacji. To wystylizowanie na brutalność było na swój sposób racjonalne. Kaczyńscy wiedzieli, że ich program skazuje ich na konflikt z resztą świata, wiedzieli, że przeciwnik jest silniejszy i łatwiej go zastraszyć, niż pokonać w rutynowej walce. Wiedzieli też, że ich elektorat takie ruchy kocha i podziwia. Ta sama logika rodziła kolejne ataki na elity. Były to twarde sygnały: "Nie będziemy się z wami liczyli, można rządzić poza establishmentem, można rządzić wbrew establishmentowi". Kłopot w tym, że sukcesy w praktykowaniu tej buty okazały się zaraźliwe. Ci, z którymi Kaczyński walczył, przejęli te bonapartystowskie zachowania. Kiedy czytaliśmy teksty w "Przekroju" po pańsku oznajmiające, że walka z PiS-em jest świętą wojną, w której można się postawić ponad prawem, kiedy słuchaliśmy profesora Geremka, który poniewierał dobre imię kraju, uznając, że wobec Polski Kaczorów nie obowiązuje go żadna lojalność - wtedy właśnie zobaczyliśmy, jak wygląda pisowski bonapartyzm upowszechniony w całej polskiej polityce. Po raz pierwszy doszło w Polsce do pojedynku bez reguł. Dziś często porównuje się wydarzenia ostatnich tygodni do 4 czerwca 1992 roku. Niesłusznie, bo wtedy mieliśmy popis legalności - obie strony mandatu do zwycięstwa szukały w tym, że działają w ramach prawa. Nikt wtedy nie lustrował przeciwnika po nocy, bez szerszej legitymacji, nikomu też nie przyszło do głowy, by w ramach walki postawić się ponad prawem.
Ale to wciąż nie czyniło koniecznym czy oczywistym tak łatwego zakwestionowania kategorii prawa. Cofnijmy się do roku 1989. Tworzy się wiele obozów politycznych z różnymi intencjami, próbujących budować identyfikację nowej Polski wokół narodu, religii, wokół rozliczenia PRL i wielu innych spraw. Te wszystkie formacje były delegalizowane w imię zwyciężającej wtedy ideologii praworządności. Mówię ideologii, bo szacunek wobec prawa był stosowany z jawnie polityczną intencją - jako narzędzie delegalizacji innych ofert albo jako całościowa teoria polityki. Dowodzono oto, że polityka demokratyczna polega li tylko na przestrzeganiu prawa. Reszta miałaby być groźnym dla demokracji fanatyzmem. A każdy ostry spór polityczny kończył się odwołaniem do litery prawa. Dlatego rebelia przeciw prawu twórców i wyznawców ideologii legalizmu jest takim przekroczeniem norm.
Powstaje zatem pytanie, w którym momencie nie uznaje się już prawa pisanego i co na to pozwala. Na początku lat 90. sprawa majątku po byłej PZPR - który stał się majątkiem SdRP - pokazała, że prawo pisane podobnie jak orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego owszem obowiązują, ale "bez przesady". Nie osądzono zbrodni komunistycznych i praktycznie nie zakwestionowano legalności PRL. Mechanizm destrukcji prawa czy też może powstrzymywania jego rekonstrukcji opierał się na społecznej praktyce bezkarności ludzi uprzywilejowanych w dawnym systemie oraz całej grupy nowych bandytów. W wielu społecznościach lokalnych nie dawano sobie rady z rządami lokalnych układów kryminalnych. Prawo nie chroniło ani przed władzą przemocy, ani przed samowolą urzędniczą. Relacja między rzeczywistymi regułami a prawem pisanym została zachwiana nie wskutek działań Jarosława Kaczyńskiego, ale w wyniku tego, w jaki sposób w okresie transformacji obchodzono się z prawem. Dodajmy, że sądownictwo było jedyną gałęzią władzy, w obrębie której nie nastąpiły istotne zmiany personalne po roku 1989, co w układach lokalnych było bardziej dotkliwe niż w wymiarze ogólnopolskim. Respekt dla prawa pisanego i traktowanie go jako zbioru istotnych reguł są dla mnie ważnym elementem idei przełomu, idei IV Rzeczypospolitej. Jestem skłonny zgodzić się, że Jarosław Kaczyński takiego przełomu nie dokonał. Jeśli jednak chodzi o ocenę III RP, to uważam, że jej legalizm był ideologią, która miała w sposób czasem cyniczny skrywać przypadki bezprawia. Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego były zresztą przez rządzące elity traktowane różnie i nie zawsze z takim nabożeństwem jak to ostatnie. Przez 17 lat odwoływanie się do litery prawa było na rękę zwolennikom status quo. W ostatnich miesiącach kategorię tę na pewien czas odrzucili, a teraz, po orzeczeniu Trybunału mają kłopot, co z nią zrobić.
Trochę sobie panowie ułatwiacie życie. Nie jestem przekonany, że praworządność czy legalizm były jakąś złowrogą ideologią poprzedniego 15-lecia, której autorzy wpadli teraz we własne sidła. Taka diagnoza wydaje mi się upraszczaniem rzeczywistości. Byłoby jednak bardzo ciekawe uważnie przyjrzeć się procesowi upadania z biegiem czasu znaczenia prawa pisanego jako podstawy określającej reguły działania wewnątrz państwa. Ten proces miał kilka etapów. Po pierwsze, państwo polskie wychodząc z PRL-u, wprowadziło - konkretnie uczynił to Sejm X kadencji - do konstytucji, jeszcze PRL-owskiej, przełomową, symboliczną zmianę w dziedzinie generalnego porządku Rzeczypospolitej. Był to ów sławetny przepis o demokratycznym państwie prawa z grudnia 1989 roku. To był tak naprawdę moment, od którego rozpoczęło się także orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego. I to nie jest tak, że praworządność, taka formalna praworządność tego państwa, stała się z dnia na dzień ideologią mającą na celu ukrywanie czyichś lewych interesów. Albo też, że od początku przywiązanie do prawa było ideologią krętaczy, oszustów oraz grup "trzymających władzę i kasę", wbrew przyzwoitości czy elementarnej sprawiedliwości. Ta zasada była fundamentalnym odwrotem od komunistycznego sposobu traktowania prawa i dlatego właśnie obóz liberalny, który tak naprawdę nadawał kształt nowemu państwu, miał do niej - moim zdaniem - takie na poły religijne przywiązanie. To jest oczywiście prawda, że z biegiem czasu niektórzy cynicy - zwłaszcza z kręgów SLD-owskich - zauważyli, że tą "praworządnością", tym "państwem prawa" we własnym, czysto bezczelnym interesie można się posłużyć, mówiąc: "No proszę bardzo, chcecie nas zdekomunizować w demokratycznym państwie prawa? No jak możecie to zrobić? My mogliśmy was posłać do więzień, zastrzelić, ale my nie byliśmy demokratycznym państwem prawa. Wy jesteście i w związku z tym musicie się w tej chwili liczyć z tym, że nas nie można tutaj ruszyć". I to "posłużenie" się praworządnością przez komunistów dla ich własnych celów podważyło wiarę w to, że praworządność idzie w parze ze sprawiedliwością. Potem nastąpiła druga faza istotna w tym procesie degradacji praworządności. Mianowicie z biegiem czasu, wskutek nieprzeprowadzenia istotnych reform instytucjonalnych (np. w prokuraturze) czy też przeprowadzenia reform wadliwych (jak w wymiarze sprawiedliwości - uważam, że reforma instytucjonalna z 1990 roku nadająca wymiarowi sprawiedliwości samorządny status była reformą wadliwą) można było coraz wyraźniej dostrzec zjawisko niemożności egzekwowania prawa przez instytucje publiczne. Okazywało się coraz wyraźniej, że sądy nie wymierzają sprawiedliwości. Pojawiły się przypadki Kluski i innych, pojawiło się przeświadczenie, że korupcja jest w różnych sferach jedynym skutecznym sposobem załatwiania spraw. Zaczęło narastać przekonanie, że prawo pisane staje się w coraz większym stopniu częścią fasady, to znaczy, że ta praworządność z Trybunałem i demokratycznym państwem prawa stała się pewnego rodzaju ubrankiem, sukienką Rzeczypospolitej, ale tak naprawdę życie zaczyna biec kompletnie innym torem. Zaczął wracać, moim zdaniem, obyczaj nie tyle komunistyczny ile raczej jakiś sarmacki - tak przecież wyglądało państwo sarmackie. Potem pojawił się moment trzeci, który jak sądzę, do tego procesu wnieśli Kaczyńscy. Użyte przez Marka Jurka i zaakceptowane przez Jarosława Kaczyńskiego słówko "imposybilizm" miało oznaczać, że to właśnie prawo, zbyt formalny stosunek do prawa, jest największą przeszkodą w egzekwowaniu elementarnej słuszności i sprawiedliwości. W związku z tym zaczął się upowszechniać trend - już po zwycięstwie obozu Kaczyńskich - żeby taką klasyczną praworządność wystawić na próbę: a to że coś tam jest wstecz albo że można dziesięć razy głosować nad tą samą rzeczą, to bez znaczenia, bo przecież chodzi o skutek, a nie o jakieś reguły. To były istotne zarzuty wobec Jurka jako marszałka Sejmu: on w imię efektywności zaczął nagle wykraczać poza zasady regulaminowe, poza pewne konwencje kształtujące republikę. Jak się chce opublikować szybko akt prawny, to się opublikuje szybko, a jak się nie chce szybko opublikować, to się nie opublikuje. Dlaczego? Bo chodzi o słuszność. No i w końcu jako czwarty etap destrukcji praworządności pojawił się antylegalistyczny rokosz w kręgach opiniotwórczych, dla którego pretekstem okazała się bardzo kiepska ustawa lustracyjna.
Donald Tusk mówił kiedyś o nieposłuszeństwie obywatelskim - wszyscy się śmiali. I okazało się, że ma dobrą intuicję. Tyle że zarówno on, jak i cała PO od realizacji owej intuicji na szczęście się powstrzymywali.
Właśnie. Ale czy będziecie się powstrzymywać nadal, kiedy okazało się, jak ta ścieżka jest cudownie skuteczna? Wydaje mi się zresztą, że zwycięstwo antylustracyjnego rokoszu jeszcze bardziej niszczący wpływ może mieć na zachowanie władzy. Jarosław Kaczyński uznał, że układ go zaatakował w sposób morderczy w tym miejscu, w którym on się nie spodziewał. Zaatakował, odrzucając wszystkie maski itd. - znamy dobrze tę retorykę. Wydaje się więc, że PiS będzie się czuło ośmielone do zachowań mocniejszych... Bonapartyzm będzie kwitł, może następnym razem rząd naprawdę nie zdąży opublikować werdyktu Trybunału... Poza tym Kaczyński może się teraz poczuć usprawiedliwiony. Skoro najwięksi legaliści zaproponowali odłożenie prawa na bok, to czemu on sam miałby się nim krępować? Nie twierdzę, że obie strony posuną się dużo dalej, ale myślę, że świeżo wytworzony paradygmat walki, który można określić jako "jazdę po bandzie", obie strony będą z ciekawością, zapałem i radością w najbliższych miesiącach eksploatować. Władza w ramach rewanżu, zaś opozycja dlatego, że nie ma lepszego wyboru. Przecież dopiero co przetarta ścieżka pozwoliła przycisnąć PiS do ziemi bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Platforma była parę razy blisko uderzenia bardzo boleśnie Jarosława Kaczyńskiego, ale nie uderzyła. Zatrzymała się, nie zbudowała odwrotnej koalicji z SLD i np. Samoobroną, żeby zgłosić za wszelką cenę konstruktywne wotum nieufności wobec Kaczyńskiego. A przecież takie oczekiwania wobec niej parę razy się pojawiały. A profesorowie poszli dalej, zrobili coś, co było dla Kaczyńskich bardziej bolesne niż uderzenia ze strony PO. Niemożliwe, by opozycja nie zauważyła wartości tego typu rozwiązań. No i ostatnia rzecz, która wydaje się ważna na przyszłość. Władza została upokorzona, przegrała, a nic tak nie ożywia opozycji, jak ujawnienie słabości rządzących. To był sygnał do fali następnych ataków. Oczywiście już w nowym paradygmacie wojny politycznej.
Uważam, że to nie jest katastrofa Kaczyńskich i oni nie muszą koniecznie tak tego przeżywać. Nawet wynik starcia PiS-u z Trybunałem Konstytucyjnym nie musi być przez sympatyków tej partii traktowany jako porażka. Tu nie mieli wpływu, prawda? Układ jest silniejszy. Drugi aspekt - wewnętrzny: ja sądzę, że nie odczują tego jako porażki, ponieważ nie jest to porażka ich indywidualnego, osobistego projektu - bo lustracja wcale nim nie była - tylko projektu, za który wzięli odpowiedzialność. W tej sprawie prezydent podjął się niezbyt udanej mediacji między elitą dawnej konspiracji a młodymi posłami PiS-u, LPR-u i PO. Nie był to projekt autorski, ale raczej autorska mediacja. To łagodzi gorycz porażki.
Łagodzi, ale nieznacznie. Przez wiele tygodni premier musiał czytać kolejne wywiady z Geremkiem w prasie zagranicznej, przez wiele tygodni patrzył, jak rośnie bunt tych, którzy przez 18 lat przeciw nikomu się nie buntowali. Przy jego szczególnej dumie, wrażliwości na krytykę, ambicji przywódcy odbudowującego autorytet...
Zaproponuję metaforę sportową: Kaczyński przegrał mecz ligowy, czyli stracił trzy punkty, ale nie przegrał meczu w pucharze Polski. Bo to nie jest tak, że przegrał i odpada. Może ma mniejsze szanse na mistrzostwo Polski, może skończy się drugim miejscem w następnych wyborach. Z pewnością wolałby wygrać, niż przegrać, ale to jest porażka w ramach rozgrywek, gdzie będzie 15 meczy równie istotnych jak ten. Jest jednak o wiele ważniejszy skutek ustrojowy ostatnich wydarzeń. Najgorszy z możliwych. Jeśli to zostanie przyklepane, to pozostaniemy w III Rzeczypospolitej, gdzie wolno się szamotać z regułami, wolno stawiać na Macierewicza, wolno robić różne rzeczy, ale poza szamotaninę wyjść nie można, nie można zapewnić sobie takimi działaniami pewnej generalnej skuteczności. I to jest pytanie o konkluzję: Czy powstanie z tego pomysł na konstytucyjną, ustrojową zmianę? Czy wnioskiem będzie rozpoczęcie prac konstytucyjnych, ale nie tylko nad jednym z artykułów - żeby nie dodać lustracji do ustrojowego chaosu III RP, żeby nie zrobić tego tak, jak próbowano wprowadzić konstytucyjną ochronę życia?
Jednym z fundamentów IV RP miała być deregulacja życia gospodarczego. Nie było jej, a ten incydent może paradoksalnie oznaczać, że zamiast tego zacznie się deregulacja życia politycznego, która jest najgorszym możliwym procesem w państwie. Jedno jest pewne: na razie mamy do czynienia z przypadkiem pojedynczym - przynajmniej na tak dużą skalę. On jest efektywny, więc z pewnością stanowi zachętę do deregulacji polityki. Czy ona nastąpi? Tego nie jestem pewien. Czy mamy do czynienia z zaproszeniem do tańca bez żadnych reguł i kroków? Tak, mamy do czynienia z takim zaproszeniem. Zostało ono wystosowane do wszystkich. Po pierwsze - do społeczeństwa obywatelskiego: "Ludzie! Jak uważacie, że dzieje wam się źle, to się nie przejmujcie tym, co państwo postanowiło w rozmaitych aktach podanych w Dzienniku Ustaw, tylko róbcie po prostu to, co uważacie za słuszne dla siebie i swojego interesu!".
I tylko na wszelki wypadek ktoś musi złożyć wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, żeby już można było bez ryzyka nie przestrzegać prawa...
To jest również zaproszenie dla opozycji, żeby się aż tak bardzo nie miarkowała w swoim nadmiernie legalistycznym podejściu do rzeczywistości, tylko żeby wyciągnęła z hasła nieposłuszeństwa obywatelskiego konsekwencje dla własnego zwycięstwa. I to jest zaproszenie dla władzy, czyli dla obozu rządzącego, żeby przestał wyłącznie głosić tezę Marka Jurka o imposybilizmie, a zaczął wyprowadzać z tej tezy wnioski. I jeśli ma jakąś wizję organizacji życia publicznego, gospodarczego czy jakiegokolwiek innego w Polsce, żeby ją przeprowadzał, nie przejmując się, że istnieją jakieś regulaminy Sejmu, jakieś konwenanse czy obyczaje wytworzone przez 15 lat... Tak, idea rokoszu wygrała, instytucje państwa ten konflikt przegrały. Nawet Trybunał działał za ostro.
p
, ur. 1967, historyk, politolog, publicysta, jeden z najważniejszych analityków polskiej sceny politycznej. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Był członkiem redakcji pism "Nurt", "Polityka Polska" i "Debata", współzakładał Krajowy Komitet Konserwatywny. Wraz z Kazimierzem Michałem Ujazdowskim wydał książki: "Równi równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych w Polsce - szansa czy zagrożenie?" (1994). Jego eseje i komentarze wielokrotnie publikowaliśmy na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 162 z 12 maja br. ukazał się tekst "Nowe szyldy stare układy" poświęcony polskiej lewicy.
, ur. 1959, polityk, z wykształcenia prawnik. W czasach PRL działacz opozycji demokratycznej, członek ruchu Wolność i Pokój oraz NZS, uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Od 1989 roku poseł na Sejm RP. Przewodniczący komisji ds. przestępczej działalności tajnych służb PRL (tzw. komisja Rokity). Szef URM-u w rządzie Hanny Suchockiej. Członek władz Unii Demokratycznej, Unii Wolności i Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Od 2001 roku w Platformie Obywatelskiej, członek jej kierownictwa, w latach 2003-2004 uczestniczył w pracach sejmowej komisji śledczej ds. afery Rywina. Ostatnio w"Europie" nr 159 z 21 kwietnia br. zamieściliśmy debatę z jego udziałem "Jak zakończyć polsko-niemiecki kryzys".