Po co zaprosiliśmy do Polski de Soto? Aby wreszcie porozmawiać o kapitalizmie. O tej maszynie do robienia pieniędzy, o której w Polsce od dawna już się nie mówi.
To jeden z licznych polskich paradoksów - wzorem Zachodu znudziliśmy się kapitalizmem. Mamy dość neoliberalnych sloganów, nudzą nas ekonomiczne prawdy, dobrobyt traktujemy jako coś naturalnego. Dokładnie tak jak na Zachodzie mamy nad Wisłą krytyków kapitalizmu, mamy rozbudowany syndrom estetycznej pogardy wobec rynku, mamy scenę polityczną, na której żadna partia nie chce kapitalizmu bronić. Nie mamy tylko jednego - samego kapitalizmu. Nie mamy tego dobra, którego dopiero nadmiar i zbyt długie używanie może zrodzić przesyt i znudzenie.
Nie mamy kapitalizmu, bo to, co dziś istnieje, to dopiero półprodukt. Większość społeczeństwa pozbawiona jest nadal własności. Wolności gospodarczej doświadczają jedynie wielkie podmioty. Instytucje wspierające rynek są wątłe. Państwo jest agresywne i niekompetentne. Oraz nastawione na drenowanie rynku, a nie jego wspieranie. Dziś polski kapitalizm bardziej osłania Unia i opinia Zachodu niż polskie instytucje.
Dzieje się tak nieprzypadkowo. Jedną z najważniejszych cech polskiej polityki jest brak obrońców wolnego rynku. Platforma ciągle milczy. Po smutnych doświadczeniach KLD, po efektach populistycznej krytyki ze strony PiS w ostatnich wyborach, Platforma obawia się, że otwarta obrona kapitalizmu skaże ją na polityczną marginalizację. Sądzi, że wygrawszy wybory instrumentami politycznego marketingu, wróci potem do swoich realnych przekonań. Kłopot w tym, że to się nigdy nie udaje. Partia, która nie ma odwagi przed wyborami sformułować jasno swoich pryncypiów, potem nie ma też odwagi - a także mandatu - aby je wprowadzić.
Z PiS-em jest znacznie gorzej. Partia ta realnie brzydzi się kapitalizmem. Kiedyś jeszcze wierzyła, że o niego walczy, że jej pojedynek z patologiami rynku jest walką o zdrowy właśnie rynek - prawdziwy i wolny. Dziś widać, że jest inaczej. PiS chce kilku smacznych owoców silnej gospodarki - pieniędzy na solidarność społeczną, chce też autostrad i środków na Euro 2012. Jednak tej rzeczywistości, która jest nastawiona na zysk, która produkuje dobra, i nazywa się kapitalizmem, PiS jawnie nie lubi. Premier, który po 18 latach prokapitalistycznych zmian nadal nie ma konta w banku, jest tej postawy symbolem. Polityka PiS wyrasta z wiary, że da się uciec od ekonomii, że dobrobyt rodzi się samorzutnie, a politycy są stworzeni do większych celów.
Miarą dziwactwa polskiej polityki jest to, że najbardziej wyrazistym obrońcą rynku stał się... Leszek Miller. Ktoś powie, że to tylko blef. Może. Jednak skoro jemu nie zaszkodził, to może Platforma też się odważy. A to już krok do tego, by zacząć wymagać od pisowskiego rządu realnie prorynkowych decyzji.