Dziennik Gazeta Prawana logo

Populizm zwyciężył

5 listopada 2007, 12:12
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

Emmanuel Todd analizując wyniki francuskich wyborów prezydenckich, idzie pod prąd ustalonych opinii. Odrzuca standardową tezę, zgodnie z którą przejęcie ogromnej części zwolenników Le Pena przez Sarkozy'ego jest wielkim sukcesem demokracji. Ceną tego wątpliwego sukcesu była radykalizacja Sarkozy'ego, który, określając imigranckie "dzieci przedmieść" mianem "hołoty" i wypowiadając im otwartą wojnę, stał się swego rodzaju Le Penem bis - groźniejszym od samego Le Pena, bo dzierżącym władzę. Po raz pierwszy w powojennej historii Francji polityka populistyczna, oparta na resentymencie, stała się domeną partii należącej do głównego nurtu życia politycznego.

Emmanuel Todd to intelektualista obdarzony niemałym talentem profetycznym. W 1976 roku przewidział upadek ZSRR. W roku 1995 hasłem ekonomicznego "pęknięcia społeczeństwa" utorował drogę do władzy Jacques'owi Chiracowi. W 2002 roku wydał książkę "Schyłek imperium" (wyd. pol. 2003), w której przepowiadał całkowity upadek Stanów Zjednoczonych. W czasie ostatniej kampanii prezydenckiej stał się guru przeciwników Sarkozy'ego - opisywał go jako "psa Busha" i "kandydata bogaczy". Jego opinie na temat francuskiego życia politycznego są więcej niż sceptyczne: wbrew komentatorom wieszczącym, że wraz z tegoroczną kampanią wyborczą "do Francji powróciła polityka", Todd uważa, iż kampania ta była jedynie "tragicznym potwierdzeniem wszechogarniającej pustki pożerającej politykę" i popisem bezbarwności polityków.

p

Wybory we Francji są dla mnie coraz większym problemem. Wszystko w gruncie rzeczy sprowadza się do jednego: moim zdaniem głosowanie powszechne jest nie do pogodzenia z wolnym rynkiem. Nie można zmuszać ludności, by żyła w nieustannym strachu o przyszłość, w poczuciu braku bezpieczeństwa, zgadzała się na redukcję płac w wyniku globalizacji i jednocześnie pozwalać jej na to, by głosowała tak, jak chce. Ludzie wcale nie chcą poczucia braku bezpieczeństwa. W związku z tym cała sztuka polega na tym, co zrobić, żeby elektorat tak naprawdę nie głosował. Już poprzednie wybory były zupełnie szalone: dostaliśmy prezydenta, którego prawie nikt nie chciał, a który mimo to został wybrany ponad 80 procentami głosów. Te wybory, w których skupiliśmy się na tematyce tożsamości, na kwestiach w rodzaju szacunku dla flagi albo tego, kto zna "Marsyliankę" na pamięć, są równie absurdalne jak tamte. Zastanawiam się, co będziemy mieli za 5 lat. Jednym słowem: albo chronimy ludzi, albo uniemożliwiamy im głosowanie. Wybrano to drugie i dlatego znajdujemy się w sytuacji negatywnej dla demokracji. Nie istnieje coś takiego jak demokracja, która nie bierze pod uwagę aspiracji wyborców.

Ja widzę w tej kampanii raczej tragiczne potwierdzenie wszechogarniającej pustki pożerającej politykę. Co z tego, że tak wielu ludzi głosowało? Dla mnie liczy się przede wszystkim jedno: wyeliminowano wszystko, co tak naprawdę interesuje ludzi - tematykę ekonomiczną, problem równości, globalizacji i obniżania płac - zastępując to tematyką tożsamościową, tak naprawdę bardzo niebezpieczną. A skończyło się na deklaracjach w stylu: jesteśmy niezwykle dumni z tego, że jesteśmy Francuzami. Z Sarkozym, który tworzy ministerstwo tożsamości narodowej - co budzi skojarzenia petainowskie. Oraz Royal, która nieustannie gada o "Marsyliance" i francuskim sztandarze. Cała rzecz polega na tym, że Francja nie została bynajmniej w sposób skuteczny spolityzowana i nie skupiła się na rzeczywistych problemach. Ona została wtłoczona w jakieś mityczne, nieistniejące ramy. Dziennikarze nieustannie skarżyli się, że nie mogą zrozumieć, czego dotyczy debata - po prostu nie byli w stanie jej streścić. I jasno widać, że po wyborach ludzie mają kaca - sami nie bardzo rozumieją, dlaczego głosowali tak, a nie inaczej....

Nie zamierzam kwestionować doniosłości tematyki narodowej. Pisałem o tym w "Illusion économique", mojej przedostatniej książce: nie można nieustannie powtarzać, że państwa narodowe powinny zniknąć - to jest chore. Mało tego, wypowiadałem się przeciwko traktatowi z Maastricht, bo w moim przekonaniu szedł on zbyt daleko, gdy chodzi o likwidację suwerenności narodowej. Potem w końcu stałem się proeuropejski, z rozsądku... Problem polega na czymś zupełnie innym: nie akceptuję sposobu, w jaki Sarkozy ujmuje tematykę narodową. Dla mnie naród to przede wszystkim równość i pewna niezależność względem innych krajów. Dla Sarkozy'ego naród to coś, co z definicji jest skierowane przeciwko wrogom wewnętrznym.

Interpretacja standardowa mówi, że elektorat skrajnej prawicy w końcu został sprowadzony na właściwą drogę. Znaczna jego część wymieniła radykalizm na prawicowość klasyczną, parlamentarną. Ale prawda jest zupełnie inna. Wiem, że ludzie naśmiewali się w Europie z Francji z powodu FN. No i co z tego? Francja była krajem, gdzie prawica parlamentarna nie wchodziła w układy z prawicą ekstremistyczną.

Spójrzmy na realia. Epoka Le Pena odpowiada raczej etapowi spokoju na przedmieściach. Sarkozy, aby przeciągnąć na swoją stronę elektorat FN, musiał ten spokój zburzyć - dlatego zaczął prowokować ludzi na przedmieściach, które z jego winy zaczęły płonąć. A potem zajął się uspokajaniem. Jednym słowem wybrał postawę strażaka-piromana. Taki był jego pomysł na zdobycie władzy. Uważam, że używanie przez ministra spraw wewnętrznych aparatu państwowego - policji i innych służb - do tego, by zdobyć władzę, jest znacznie gorsze dla demokracji niż wszystkie lepenowskie fantazje, które nie miały żadnego znaczenia. Le Pen był starszym, śmiesznym panem, który gadał, co popadnie. Sarkozy jest urzędującym prezydentem. Jeśli zrozumiemy, że to, co zrobił na przedmieściach, było gorsze niż to, co mówił Le Pen, czy naprawdę możemy być pewni, że Frontu Narodowego nie było w II turze? Tyle że inaczej się nazywał... Pożary na przedmieściach to grzech pierworodny sarkozyzmu. To wydarzenie równie symboliczne, jak Maj "68. Francuzi mieli zwyczaj patrzenia z góry na Austrię, bo skrajna prawica znalazła się tam w koalicji rządzącej. Albo mówić o Polsce: "No tak, do takiego reakcjonizmu tylko oni są zdolni". Jeśli chodzi o wulgarność i populizm, nieustannie coś wytykali Włochom. Z tego punktu widzenia możemy mówić o normalizacji Francji. Francja zrównuje się z innymi krajami Europy, w miarę jak partia rządząca przyswaja tematykę tożsamościową, populistyczną, która dotąd była spychana na margines. Utraciliśmy dziewictwo.

Wiem, że ludzie chcą się uspokoić, mówiąc: "Sarkozy to swego rodzaju drugi Chirac. To lawirant i oportunista. Tylko pozoruje jakieś zmiany". Nie wiem, nie mam aż tak wielkiego talentu do oceniania ludzi - co pokazała ta historia z Chirakiem, który został wybrany dzięki hasłu walki z ekonomicznym "pęknięciem społeczeństwa"...

A po wygranych wyborach to wszystko przestało Chiraca obchodzić. Nie chcę znowu popełnić takiego błędu i oceniać Sarkozy'ego jako człowieka. Choć pierwszy gest Sarkozy'ego - maltańska eskapada na luksusowym jachcie - to naprawdę coś niepokojącego. Znowu widzimy Sarkozy'ego, wybrańca i przyjaciela bogatych z Neuilly, tego, który nie wierzy w równość i obiecuje, że będzie twardy dla najsłabszych. Ale przejdźmy do dynamiki systemu: chcę przede wszystkim powiedzieć, że jeśli w kraju tak bardzo przywiązanym do wartości egalitarnych będzie tych nierówności coraz więcej, a strach ekonomiczny będzie narastał, to istnieje ogromne ryzyko, że prawica - nie tylko Sarkozy - dojdzie do następującego wniosku: "Tak naprawdę ta historia z przedmieściami, etnicznym kozłem ofiarnym, całkiem nieźle zadziałała. Pozwoliła wygrać wybory. Dlaczego nie spróbować tego znowu?".

Mówi czasem rzeczy rozsądne, takie, których nie była w stanie wyartykułować Royal - np. gdy podkreśla, że Turcja nie może stanowić części UE, że trzeba zatrzymać dalsze rozszerzanie Unii. Co prawda jest to używane jako swego rodzaju przedłużenie tematyki "antyprzedmieściowej", antyislamskiej, ale jako konkret te propozycje mają jak najbardziej sens. Jego program ekonomiczny sprowadza się w gruncie rzeczy do hasła: znieść małe niesprawiedliwości społeczne, aby zachować wielkie. Jednak jest tam też pewien element pozytywny, stanowiący zaczątek rozwiązania problemów nie tylko Francji, ale także Europy. Sarkozy bardzo często mówi o preferencjach wspólnotowych, o ocaleniu dotychczasowego poziomu płac europejskich oraz miejsc pracy. Uważa, że tylko protekcjonizm europejski może nas uratować.

Tak, nie widzę, jak inaczej moglibyśmy sobie poradzić z globalizacją - jedyny sposób to oparcie się na wspólnym rynku złożonym z 450 mln mieszkańców. Nikt mi nie powie, że nie można zbudować przyzwoitego świata, gdy 450 mln ludzi - wśród których znajduje się największa liczba wykwalifikowanych robotników i inżynierów na Ziemi - dogada się co do warunków współpracy. Aby sądzić inaczej, trzeba być naprawdę idiotą! Wiem, że kraje takie jak Polska w ogóle o tym nie myślą. Bo na razie macie szybki wzrost dzięki niskim kosztom pracy. Ale z drugiej strony takie gospodarki jak wasza są najbardziej zagrożone przez globalizację, bo nie są w niczym wyspecjalizowane. Być może więc gospodarki Europy Wschodniej dokonały restrukturyzacji, tylko po to, by zostać bardzo szybko zmiażdżone, gdy wzrosną ich koszty pracy. Wracając do Sarkozy'ego - aby urzeczywistnić ideę protekcjonizmu europejskiego, trzeba ostro negocjować z Niemcami. Jeżeli Sarkozy to zrobi, okaże się wielkim mężem stanu. To jest oczywiście różowy scenariusz, bardzo trudny do zrealizowania. Trudniej jest przekonać Niemców, niż wyzywać wyrostków z przedmieść...

Nie wiem, czy postawy narodowe są w tym wypadku odmienne. Natomiast odmienne są na pewno interesy ekonomiczne. Niemcy jako wielki eksporter mają wielki interes w podtrzymywaniu euro. Francja, Włochy czy Hiszpania takiego interesu nie mają. Euro stało się wielkim problemem dla Francji. Także wśród klas rządzących panuje ogromny niepokój, mówi się o wycofaniu z euro. Tak więc na miejscu Niemców raczej bym się bał. Na dodatek wielu ludzi z otoczenia Sarkozy'ego, poczynając od Francois Fillona [desygnowanego przez Sarkozy'ego na premiera - przyp. red.], od zawsze było przeciwko Europie i euro. Sarkozy jest proamerykański, a Amerykanie nie byliby niezadowoleni, gdyby stosunki niemiecko-francuskie były złe, bo duet Niemcy-Francja stwarza zagrożenie dla amerykańskiej supremacji. Tak więc prawdopodobieństwo konfrontacji Francji z Niemcami jest większe niż prawdopodobieństwo jej dogadania się z Niemcami. Ale to tylko hipotezy. Wiemy natomiast z całą pewnością, że po raz pierwszy wybory we Francji zostały wygrane dzięki uruchomieniu tematyki tożsamościowej. Tego nigdy przedtem nie było - walki polityczne w tym kraju zawsze ogniskowały się wokół konfliktów klasowych.

Nie wierzyłem w to, że Sarkozy ze swoim nieegalitarnym dyskursem może wygrać w tak egalitarnym kraju jak Francja. Z drugiej strony jestem pewien, że gdyby socjaliści mieli jakiegokolwiek innego kandydata niż Royal, byłoby inaczej - Sarkozy mógł wygrać tylko z nią. To swego rodzaju niezidentyfikowany obiekt polityczny, który wzbudza takie samo poczucie zagrożenia jak Sarkozy....

Sposób, w jaki została desygnowana przez PS, był zagadkowy. Potem w czasie kampanii sprawiała wrażenie, że jest samotna, natchniona, nieprzewidywalna i niekompetentna. To, co mówiła o gospodarce, było pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Akt założycielski tej kampanii to samobójstwo Partii Socjalistycznej. Jeśli w kraju rozdzieranym przez nierówności ekonomiczne wybrano kandydata tak nieprawdopodobnego i nieokreślonego, jest to znak, że socjaliści nie mają już żadnego projektu... Stracili kontakt z ludem i znaczną częścią klasy średniej. A partia, która traci kontakt z wyborcami, popada w coraz większy narcyzm, interesuje się tylko samą sobą.

Żyjemy w czasach, gdy nie ma sensu zajmować się ewolucją społeczeństwa. Trzeba wszystko analizować w kategoriach 20 proc. elit, ludzi najbardziej wyedukowanych, którym globalizacja i nierówności przynoszą korzyści. To dlatego mamy do czynienia z tak wyraźnym i tak powszechnym zwrotem na prawo. Stara prawica umiarkowana w rodzaju UMP staje się dziś prawicą zradykalizowaną. To samo obserwujemy w wypadku lewicy, która jest coraz bardziej na prawo. Jeśli - i to jest najbardziej szalona rzecz w tej kampanii - przyjrzymy się kandydatom, to na poziomie dyskursu mieliśmy do czynienia wyłącznie z kandydatami prawicy. Mieliśmy kandydata skrajnej prawicy - Le Pena, kandydata zradykalizowanej prawicy - Sarkozy'ego, kandydata centroprawicy - Bayrou oraz Royal, którą umieściłbym gdzieś pomiędzy Sarkozym i Bayrou. Mówiłem pewnemu włoskiemu dziennikarzowi, że dziwię się deklaracjom Royal z drugiej tury - gdy powiedziała, że będzie szukać elektoratu w centrum. On zapytał: "Nie uważa pan, że centrum będzie rosnącą bazą wyborczą?". Odpowiedziałem mu, że aby mieć centrum, trzeba mieć lewicę. A jej na razie nie ma. Krótko mówiąc, widzimy dziś powszechną tendencję lewicy do samobójstwa. I uważam, że Francja znormalizowała się także pod tym względem.

Różnica polegała przede wszystkim na jednym: Royal była kandydatką pokoju społecznego, podczas gdy Sarkozy jest kandydatem konfrontacji...

Tak być może mówili. Ale nie głosowali na skutecznego ministra spraw wewnętrznych, który poprawił bezpieczeństwo na przedmieściach, tylko na nieskutecznego ministra, który na przedmieściach rozniecił ogień i tym samym zwiększył nieporządek. To się wydaje kompletnie irracjonalne, ale kto powiedział, że polityka musi być racjonalna. Zwyciężyła logika resentymentu i konfrontacji. Żyjemy w społeczeństwach coraz bardziej zatomizowanych i w związku z tym coraz bardziej zależnych od resentymentu. I to, czy sam Sarkozy podziela ten resentyment, czy tylko udaje, jest naprawdę kwestią drugorzędną. Zresztą, kiedy jesteśmy przed wyborami, staramy się ocenić kandydata. Ale potem, kiedy jest już po wyborach, oceniamy lud, z uwagi na wybór, którego dokonał.

Można oczywiście powiedzieć: "Francuzi głosowali na kandydata resentymentu, są więc ludem obrzydliwym". Ale ja nie mam takiego zamiaru. Ségolene Royal była przecież kandydatem tak absurdalnym...

p

, ur. 1951, historyk, demograf, antropolog. Stał się sławny, publikując "La chute finale" (1976), książkę, w której wbrew powszechnie panującym opiniom przepowiadał upadek ZSRR. W roku 2003 wydał "Zmierzch imperium" (wyd. pol. 2004), światowy bestseller - manifest wyemancypowanej Europy, prowadzącej swą politykę niezależnie od USA. Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - w nrze 153 z 10 marca br. zamieściliśmy jego tekst "Francja we mgle".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj