Dziennik Gazeta Prawana logo

Peryferyjny skansen

5 listopada 2007, 12:12
Ten tekst przeczytasz w 20 minut

Esej Edwarda Luttwaka może okazać się najważniejszym tekstem o stosunkach międzynarodowych bieżącej dekady. Tak jak eseje Francisa Fukuyamy i Samuela Huntingtona, które określiły pole debaty w latach 90., "Peryferyjny skansen" może otworzyć nowy rozdział myśli strategicznej. Luttwak przekonuje, że Bliski Wschód, który od kilkudziesięciu lat znajduje się w centrum światowej uwagi, jest w gruncie rzeczy zacofanym regionem o malejącym znaczeniu strategicznym. Pochodząca stamtąd ropa naftowa odgrywa tak naprawdę coraz mniejszą rolę w światowej gospodarce, a militarna siła rzekomych bliskowschodnich potęg takich jak Iran jest mocno wyolbrzymiona. Zostawmy więc Bliski Wschód samemu sobie - namawia Luttwak - i skupmy uwagę na bardziej przedsiębiorczych regionach świata.

Edward Luttwak jest znany z oryginalności prezentowanych poglądów. W opublikowanym w 1999 roku tekście "Give War a Chance" ("Dajcie szansę wojnie") opowiedział się przeciw misjom pokojowym i wymuszaniu rozejmów. Działania te nie kończą sporu, ale jedynie dają walczącym stronom czas na wzmocnienie sił. Przedłuża to trwanie konfliktów i sprawia, że wojna nie jest w stanie spełnić swojej jedynej pozytywnej funkcji, czyli przynieść trwałego pokoju. Odpowiedzialnością za wciąż wybuchające wojny Luttwak obarcza również organizacje charytatywne, które, zapewniając zbyt dobre warunki w obozach dla uchodźców, zniechęcają ich do poszukiwania nowego miejsca stałego osiedlenia. Gdyby organizacje humanitarne działały od dawna - ostrzega Luttwak - Europa byłaby dziś zapełniona obozami celtyckich, wizygockich i burgundzkich uchodźców.

p

Zachodni analitycy bez przerwy perorują o strategicznym znaczeniu Bliskiego Wschodu. Tymczasem mimo swoich zasobów ropy ten zacofany region ma dzisiaj mniejsze znaczenie niż kiedykolwiek i byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby reszta świata nauczyła się go ignorować.

Dlaczego eksperci od Bliskiego Wschodu tak niezawodnie się mylą? Historia uczy, że jeszcze nigdy nikogo niczego nie nauczyła, ale eksperci od Bliskiego Wschodu powinni przynajmniej uczyć się na własnych błędach. Zamiast tego ciągle je powtarzają. Pierwszym błędem jest katastrofizm spod znaku "za pięć dwunasta". Niekwestionowanym mistrzem tego gatunku był nieżyjący już król Jordanii Husajn. Przybrawszy swoją najbardziej marsową minę, ostrzegał nas, że cierpliwość ostatecznie się wyczerpała i konflikt arabsko-izraelski zaraz eksploduje, że to, co się za chwilę wydarzy, przyćmi wszystkie dawne konflikty - chyba że... I w tym miejscu padało rozwiązanie - z reguły coś mało radykalnego w porównaniu z przewidywaną apokalipsą, na przykład wznowienie tych czy tamtych negocjacji, które utkwiły w martwym punkcie, albo ściągnięcie amerykańskiego wysłannika, żeby złożył Palestyńczykom zwyczajowe obietnice i wywarł na Izraelczyków zwyczajowe naciski. Wersje typowego przemówienia króla Husajna stale czytamy w gazetach, słyszymy w radiu i oglądamy w telewizji. Regularnie i prawie dosłownie powtarza je również syn Husajna Abdullah. W tych "momentach prawdy" (może właśnie nadchodzi kolejny?) z reguły dzieje się niewiele. Mamy ten sam cykliczny konflikt, który wybucha na nowo, kiedy pokój staje się zbyt realnym zagrożeniem, po czym przygasa, kiedy przemoc już dostatecznie się nasili. Łatwość filmowania i relacjonowania z bezpiecznych i komfortowych izraelskich hoteli sprawia, że każda bijatyka jest rozdmuchiwana przez media. Humanitaryści powinni jednak zwrócić uwagę, że liczba śmiertelnych ofiar walk żydowsko-palestyńskich od 1921 roku wynosi mniej niż sto tysięcy - mniej więcej tyle ludzi ginie podczas jednego sezonu konfliktu w Darfurze.

Z perspektywy strategicznej konflikt arabsko-izraelski po zakończeniu zimnej wojny nie ma prawie żadnego znaczenia. Jeśli chodzi o jego wpływ na ceny ropy naftowej, był on ogromny w 1973 roku, kiedy Saudyjczycy ogłosili embargo i zmniejszyli produkcję, ale poza tym jednym przypadkiem "broń naftowa" nigdy nie została użyta. Najwięksi arabscy eksporterzy ropy już dawno publicznie zadeklarowali, że nie ma żadnego związku między sytuacją polityczną a cenami, a embargo byłoby katastrofalne dla ich zależnych od petrodochodów gospodarek. Korelacja między natężeniem niepokojów na Bliskim Wschodzie a cenami ropy jest daleka od liniowej. Jak napisał ostatnio Philip Auerswald na łamach "American Interest", w latach 1981-1999 - a był to okres, kiedy fundamentalistyczny reżim w Iranie umacniał swoją władzę, Iran i Irak stoczyły ośmioletnią wojnę w cieniu instalacji naftowych i gazowych, odbyła się wojna w Zatoce oraz szalała pierwsza palestyńska intifada - ceny ropy, przy uwzględnieniu inflacji, spadły. Uzależnienie świata od surowca bliskowschodniego maleje: udział regionu w globalnej podaży obniżył się z 40 proc. w latach 1974-75 do 30 proc. dzisiaj. W 2005 roku Ameryka importowała znad Zatoki Perskiej 17 proc. ropy, a w 1975 roku 28 proc. W orędziu o stanie państwa z 2006 roku prezydent Bush ogłosił zamiar zredukowania importu bliskowschodniego surowca o trzy czwarte do 2025 roku.

Tak, byłoby miło, gdyby Izraelczykom i Palestyńczykom udało się rozstrzygnąć spory, ale w niewielkim lub zerowym stopniu złagodziłoby to inne konflikty na Bliskim Wschodzie (od Algierii po Irak) czy zahamowało walki muzułmanów z hindusami w Kaszmirze, muzułmanów z chrześcijanami w Indonezji i na Filipinach, muzułmanów z buddystami w Tajlandii, muzułmanów z animistami w Sudanie, muzułmanów z ludem Igbo w Nigerii, muzułmanów z Rosjanami w Czeczenii. Nie uśmierzyłoby też wewnątrzmuzułmańskich waśni między tradycjonalistami i islamistami, sunnitami i szyitami, ani najzupełniej zrozumiałej wrogości fanatycznych islamistów do występnego Zachodu, który nieubłaganie naciera na umysły muzułmanów, a czasem także na ich kraje. Katastrofizm arabsko-izraelski jest błędem podwójnym: po pierwsze, konflikt rozgrywa się w dosyć wąskich granicach, a po drugie Lewant nie ma już takiego znaczenia jak dawniej.

Drugi powtarzający się błąd to syndrom Mussoliniego. Dokumenty z tamtej epoki ponad wszelką wątpliwość pokazują coś, w co trudno jest dzisiaj uwierzyć: poważni ludzie, w tym generałowie wojsk brytyjskich i francuskich, zaakceptowali roszczenia Włoch do tytułu wielkiego mocarstwa, ponieważ sądzili, że Mussolini ma na swoje rozkazy potężne siły zbrojne. Chcąc oszacować siłę militarną Włoch, starannie policzono dywizje, okręty wojenne i eskadry lotnictwa, w jakimś stopniu uwzględniając przestarzałość uzbrojenia, ale już nie fundamentalny brak zdolności bojowej. Oddawszy Mussoliniemu Etiopię, by przeciągnąć go na swoją stronę, a potem szybko straciwszy na rzecz Hitlera zaraz po rozpoczęciu wojny, Brytyjczycy prędko przekonali się, że na polu walki wojska włoskie łatwo idą w rozsypkę. I nie mogło być inaczej, jeśli zważyć, że większość żołnierzy zwerbowano wbrew ich woli spośród ubogiego chłopstwa z Południa lub niewiele bogatszych wiosek Północy.

Dokładnie ten sam błąd konsekwentnie popełnia bractwo ekspertów od Bliskiego Wschodu. Uparcie przypisują realną siłę militarną zacofanym społeczeństwom, które są w stanie utrzymać doborowe siły powstańcze, ale nie nowoczesną armię. W latach 60. za liczącą się potęgę militarną uchodził Egipt Nasera, bo dostał od Związku Radzieckiego dużo samolotów, czołgów i dział, miał też wiele dywizji wojsk lądowych i eskadr lotniczych. W maju 1967 roku, w przededniu wojny, wielu zgadzało się z przewidywaniami marszałka polowego Montgomery'ego, odwiedzającego wówczas po latach pole bitwy pod El Alamein, że Egipcjanie szybko pokonają Izraelczyków. Nawet bardziej ostrożni nie wyobrażali sobie, że wojna może zakończyć się w ciągu kilku dni odwrotnym wynikiem. W 1973 roku scenariusz był podobny, tyle że walki trwały trzy tygodnie.

Z kolei w 1990 roku ogromnie przeszacowano siłę militarną Iraku. Saddam Husajn miał więcej sprzętu bojowego, niż zdołał zgromadzić Naser, i mógł się pochwalić pokonaniem po ośmiu latach wojny znacznie ludniejszego Iranu. W miesiącach poprzedzających wojnę w Zatoce z niepokojem spekulowano na temat rozmiarów armii irackiej - znowu pilnie liczono dywizje i pułki, jakby chodziło o oddziały niemieckie przed desantem w Normandii, przy czym wobec "elitarnej" Gwardii Republikańskiej i "superelitarnej" Specjalnej Gwardii Republikańskiej zastosowano super przelicznik. Obawiano się również, że irackie schrony przeciwlotnicze i głębokie bunkry wytrzymają każdy atak z powietrza. Dowodem na powszechne przekonanie o potędze militarnej Iraku jest choćby liczebność zgromadzonych sił koalicyjnych: 575 tys. żołnierzy amerykańskich, 43 tys. brytyjskich, 15 tys. francuskich i niecałe 5 tys. kanadyjskich (nawiasem mówiąc, ta świętokradcza obecność niewiernych na arabskiej ziemi roznieciła żądzę zemsty w Osamie bin Ladenie). Tymczasem wystarczyły dwa tygodnie precyzyjnych bombardowań, aby sparaliżować całą machinę wojenną Saddama, która prawie nie stawiała oporu późniejszej zmasowanej ofensywie lądowej. Irackie lotnictwo w ogóle nie podjęło walki, a te pieczołowicie policzone czołgi posłużyły głównie jako cele do ćwiczeń strzeleckich. Prawdziwa armia okopałaby się w Kuwejcie i stawiała opór przez wiele tygodni lub miesięcy, ale armia Saddama była typową bliskowschodnią fasadą, za którą nie kryła się rzeczywista zdolność bojowa.

Teraz syndrom Mussoliniego daje o sobie znać w przypadku Iranu. Widoczne są wszystkie symptomy, łącznie z tabelarycznymi spisami irańskich okrętów wojennych, z których większość ma ponad 30 lat, myśliwców, z których wiele (F-4, Mirage, F-5, F-14) od lat rdzewieje w hangarach z braku części zamiennych, oraz dywizji i brygad, które są dywizjami i brygadami tylko z nazwy. Z nabożnym lękiem pisze się o Korpusie Strażników Rewolucji Islamskiej Pasdaran (oczywiście "elitarnym") - i rzeczywiście tak dumnie paradują, jakby wygrali wiele wojen, chociaż stoczyli tylko jedną, przegraną, z Irakiem. Co się tyczy przechwałek Iranu, że pokonał w zeszłym roku Izrael za pośrednictwem Hezbollahu, była to znakomita propaganda, ale prawda wyglądała zupełnie inaczej: mniej więcej 25 proc. najlepiej wyszkolonych bojowników poniosło śmierć, co tłumaczy grobowe milczenie i nieruchawość, niegdyś jazgotliwego Hezbollahu, od czasu zawieszenia broni.

Jeśli wszelkie inne straszaki zawiodą, zawsze można odwołać się do nowych ułanów, czyli irańskiego terroryzmu. Większość ekspertów od Bliskiego Wschodu tłumaczy, że jeśli rozgniewamy ajatollahów, spuszczą ze smyczy terrorystów, którzy unicestwią naszą cywilizację, chociaż 30 lat rytualnego wykrzykiwania "Śmierć Ameryce!" i utrzymywania specjalnego wydziału ds. międzynarodowego terroryzmu zaowocowało tylko jednym większym zamachem bombowym w Arabii Saudyjskiej (1996) plus dwoma w bardzo słabo chronionym środowisku Buenos Aires (1992 i 1994), jak również pewną liczbą zamachów na uchodźców w Europie.

To prawda, że nocny nalot bombowy na irańskie instalacje atomowe przypuszczalnie pociągnąłby za sobą jakieś działania odwetowe, ale żyjemy w szczęśliwych czasach, w których nie musimy się przejmować perspektywą wojny światowej, a tylko drobną dokuczliwością w postaci terroryzmu - dodatkowy wkład Iranu raczej nie zrobiłby większej różnicy. Być może istnieją słuszne argumenty przeciwko bombardowaniu irańskich instalacji (np. taki, że program wzbogacania uranu postępuje bardzo powoli i nie musi zakończyć się sukcesem), ale zdolność odwetowa Iranu do nich nie należy. Nawet ruch tankowców przez Zatokę Perską i cieśninę Ormuz nie jest tak "wrażliwy", jak się wydaje - Iran i Irak wielokrotnie próbowały go zakłócić, ale bez powodzenia, a tym razem amerykańska marynarka wojenna stoi w gotowości i błyskawicznie zniszczyłaby pas startowy, z którego nadszedłby atak.

Zajmijmy się teraz tezą, że "Irańczycy" są zjednoczeni w patriotycznym poparciu dla programu atomowego. Otóż taka narodowość w ogóle nie istnieje. Z mniej więcej 70-milionowej ludności Iranu 51 proc. to etniczni Persowie, 24 proc. to Turcy (reżim nazywa ich "Azerami"), a na pozostałą jedną czwartą składają się inne mniejszości. Wielu spośród 16-17 milionów Turków buntuje się przeciwko kulturowemu imperializmowi Persów, 5-6 milionów Kurdów wszczęło poważne powstanie, mniejszość arabska detonuje bomby w Ahvazie, a plemię Baluchów atakuje żandarmów i członków gwardii rewolucyjnej. Gdyby około 40 proc. ludności brytyjskiej uczestniczyło w separatystycznych walkach o różnym natężeniu, nikt by nie twierdził, że społeczeństwo stoi murem za rządem w Londynie. Do tego dochodzi fakt, że wielu przedstawicieli większości perskiej sprzeciwia się teokratycznemu reżimowi z dwóch zasadniczych powodów: albo stali się postislamistami w reakcji na liczne zakazy, albo są sufitami, których reżim teraz prześladuje niemal równie zażarcie jak nieliczną mniejszość bahaicką. Nie zawracajmy więc sobie głowy doniesieniami z Teheranu podkreślającymi jedność narodową Irańczyków. Perski nacjonalizm jest ideologią mniejszości w kraju, w którym Persowie stanowią zaledwie połowę ludności. W naszych czasach państwa wielonarodowe albo się decentralizują, albo mniej lub bardziej krwawo rozpadają. W Iranie nie ma decentralizacji, toteż jego przyszłość wydaje się łatwa do przewidzenia. Obecnie nie należy natomiast oczekiwać zbytniej spoistości społecznej w razie ataku z zewnątrz.

Trzeci błąd, jaki popełniają różnego autoramentu eksperci, arabofile i arabofobi, turkolodzy i iraniści, jest najpoważniejszy i zarazem najłatwiejszy do określenia. Chodzi o bardzo dziwne przekonanie, że te starożytne ludy są niezwykle elastyczne. "Jastrzębie" do znudzenia powtarzają, że do uspokojenia sytuacji wystarczy niewielka doza dobrze ukierunkowanej przemocy ("Arabowie rozumieją tylko język siły"). Tymczasem za każdym razem widzimy tylko spotęgowanie wrogości. Po porażce przychodzi nie współpraca, lecz całkowite i obrażone jej zerwanie lub nawet czynny opór. Pokonać kraj arabski nie jest trudno, lecz nie przynosi to wiele dobrego. Za pomocą siły można zniszczyć niebezpieczne uzbrojenie, ale nie wywołać pożądane zmiany w zachowaniu.

"Gołębie" popełniają ten sam błąd, tylko a` rebours. Dowodzą, że jeśli pójdziemy na to czy inne ustępstwo, jeśli do końca zrealizujemy ich propozycje, jeśli okażemy tamtej stronie szczery lub udawany szacunek, wrogość pryśnie i zapanuje gorąca śródziemnomorska przyjaźń. A przecież nawet najsłabiej wykształceni eksperci od Bliskiego Wschodu muszą wiedzieć, że islam, tak jak każda inna cywilizacja, obejmuje całość ludzkiego życia, oraz że w przeciwieństwie do niektórych innych cywilizacji obiecuje swoim wyznawcom wyższość we wszystkich dziedzinach, w związku z czym naukowo-techniczne i kulturowe zacofanie krajów islamskich rodzi permanentne poczucie upokorzenia i cywilizacyjnej porażki. Poczucie to w pełni tłumaczy natężenie muzułmańskiej przemocy i uzmysławia nieskuteczność środków zaradczych proponowanych przez "gołębie".

Eksperci od Bliskiego Wschodu konsekwentnie popełniają błąd taktyczny, nie przyjmując do wiadomości, że zacofane społeczeństwa należy pozostawić samym sobie, jak po latach mądrze zrobili Francuzi z Korsyką i jak po cichu postąpili Włosi na Sycylii, uświadomiwszy sobie, że megaprocesy skutkują jedynie przejęciem kontroli przez nowszą i bardziej wyrafinowaną mafię lekarzy i prawników. Gdyby zaprzestać zarówno inwazji, jak i prób nawiązania przyjaznych stosunków, ludy Bliskiego Wschodu nareszcie mogłyby mieć swoją własną historię - wydaje się, że tego jednego wszelkiej maści eksperci za wszelką cenę chcą im odmówić.

Wiąże się to z błędem, który popełnia cała reszta ludzi Zachodu: poświęcamy zdecydowanie zbyt wiele uwagi Bliskiemu Wschodowi, pogrążonemu w niemal powszechnym marazmie regionowi, w którym - pomijając Izrael - nie powstaje prawie nic nowego w dziedzinie nauki i sztuki. Pod względem liczby patentów na głowę mieszkańca Bliski Wschód notuje pięć razy gorszy wynik niż Afryka subsaharyjska. Mieszkańcy Bliskiego Wschodu (zaledwie około 5 proc. ludności świata) są wyjątkowo mało wydajni - bardzo wysoki odsetek osób w wieku produkcyjnym nie pracuje. No bo komu chciałoby się pracować, gdyby był obywatelem Abu Dhabi, z mnóstwem petrodolarów do podziału między bardzo niewielką populację. Ale również 27 milionów mieszkańców Arabii Saudyjskiej żyje głównie z dochodów naftowych, pracę w większości zostawiając zagranicznym inżynierom i robotnikom. Mimo wysokich cen ropy PKB na głowę mieszkańca (14 tys. dol.) jest mniej więcej dwa razy niższy niż w pozbawionym ropy Izraelu. Arabia Saudyjska ma dobrą wymówkę, był to bowiem kraj ręcznie uprawiających ziemię rolników w oazach i beduińskich pasterzy, od których trudno oczekiwać, by w ciągu 50 lat przedzierzgnęli się w przemysłowych potentatów. Zdecydowanie bardziej uderza naftowe pasożytnictwo niegdyś znacznie lepiej rozwiniętego Iranu. Kraj ten eksportuje tylko 2,5 miliona baryłek dziennie (Arabia Saudyjska 8 milionów), co jednak stanowi 80 proc. eksportu, ponieważ wydajność rolnictwa i przemysłu spadła do katastrofalnego poziomu.

Bliski Wschód był niegdyś najbardziej rozwiniętym regionem świata, ale dzisiaj jego najważniejsze branże przemysłu to wybujała konsumpcja i wyładowywanie resentymentów. Według raportu ONZ z 2004 roku świat arabski zajmuje drugie miejsce (za Afryką subsaharyjską) pod względem analfabetyzmu wśród dorosłych (37 proc. spośród nich nie potrafi czytać i pisać). Uzależnienie od dochodów naftowych jest tak duże, że towary przemysłowe stanowią zaledwie 17 proc. eksportu, przy globalnej średniej wynoszącej 78 proc. Ponadto, mimo naftowego bogactwa, Bliski Wschód wygenerował w 2006 roku poniżej 4 proc. globalnego PKB - mniej niż Niemcy.

Jeśli zatem bezpośrednie zagrożenie nie zmusi nas do zmiany strategii, powinniśmy skupić się na starych i nowych krajach w Europie, Ameryce oraz Azji południowej i wschodniej - krajach, w których kreatywna i pracowita ludność patrzy do przodu, zamiast marzyć o przeszłości.

p

, ur. 1942, amerykański ekonomista, historyk, specjalista w zakresie studiów strategicznych, obecnie konsultant Center for Strategic and International Studies w Waszyngtonie. Wykładał m.in. w Berkeley i Yale. Był pracownikiem Departamentu Obrony i Departamentu Stanu. Rozgłos przyniosła mu książka z 1976 roku dotycząca strategii obronnej imperium rzymskiego ("The Grand Strategy of the Roman Empire"). Luttwak znany jest z niekonwencjonalnych pomysłów dotyczących zagadnień międzynarodowych - wydał np. poradnik, jak dokonać zamachu stanu ("Coup d'Etat. A Practical Handbook", 1979), krytykował także strategię Zachodu w kwestii rozwiązywania konfliktów w trzecim świecie, udowadniając, że doprowadza ona do ich eskalacji. Opublikował kilkanaście książek - m.in. "The Strategic Balance" (1972), "Strategy and History" (1985), "The Endangered American Dream" (1993). Po polsku ukazał się jego "Turbokapitalizm. Zwycięzcy i przegrani światowej gospodarki" (2000).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj