Jarosław Gowin pisze o wolności religijnej jako sankcji dla kierowania się przez katolików wskazaniami swojej wiary w życiu publicznym. Także wtedy, gdy rządzą państwem i stanowią prawa dla wszystkich. Zgoda, tyle że nawet w Polsce są różne religie. Jedna z nich to ateizm, czyli głęboka niewiara w Boga. Czy gdyby SLD domagało się usunięcia krzyża z Sejmu i wyrzucenia religii ze szkół, to Jurek i Gowin byliby tak szarmanccy, jak tego oczekują od innych?
Trudno mieć pretensje, że ktoś głosuje za pełnym zakazem aborcji. Trudno mieć pretensje do Marka Jurka, że wchodząc na salę sejmową, nie mówi sobie w duchu - przepraszam Cię, Boże, ale teraz idę do pracy. Kłopot w tym, że inni mają innych Bogów. A ci od nich też sporo wymagają. Można się wyśmiewać z tych Bogów, nazywać ich Hedonizmem czy Absolutną Wolnością. Nie zmienia to faktu, że ich wyznawcy mają do swojej żarliwości takie samo prawo.
Zatem warto sięgać do Boga w polityce dyskretnie. Nie czynić z tego krucjaty. Nie zmuszać tych, którzy przegrają, by żyli w obcym im państwie, którym rządzi obcy im Bóg. Marek Jurek postąpił odwrotnie i za to go skrytykowaliśmy. Prawica nie chce dostrzec, że lewica wycofała się w Polsce dalej niż gdziekolwiek indziej w Europie. I to trzeba docenić. Jeśli prawica chce teraz pójść za ciosem i ugrać więcej, to jedynie sprowokuje atak.
Bo granicę między Bogiem i polityką wyznacza klimat tu i teraz. Ta granica nie zawsze jest czytelna. Ale na pewno nie ma jej w zdaniu, że Bóg w Polsce - z racji naszej tradycji, roli, jaką zawsze odgrywał tu Kościół - jest właścicielem złotej akcji, pozwalającej decydować o wszystkim i wszystkich. Albo o wszystkim decydować ludziom, którzy na Niego się powołują. I tak samo przekracza tę granicę twierdzenie zawodowych antyklerykałów, że Bogu w Polsce nic nie wolno. Polskie społeczeństwo Anno Domini 2007 wyznacza kontekst, definiuje konkretny przebieg tej granicy. Marek Jurek chciał ją przekroczyć. I dlatego się z nim spieramy.
Robert Krasowski