Niedawny spór o wzmocnienie konstytucyjnej obrony życia postawił na ostrzu noża kwestię związków religii i polityki. Znów - jak w pierwszej połowie lat 90. - ruszyły przeciwko sobie hufce obrońców okopów Świętej Trójcy i zastępy apostołów tolerancji czy nieskrępowanej wolności wyboru. Ich paromiesięczne zwarcie nie poprawiło sytuacji nienarodzonych dzieci ani nie przyczyniło się do podniesienia jakości naszego życia publicznego.
Odpowiedzialność za to spada na dwie symetryczne pary błędnych wyobrażeń o relacjach między sferą sacrum a dziedziną polityki. Parę pierwszą tworzą dwa fundamentalizmy: religijny i laicki. Ten pierwszy wyraża się w traktowaniu religii jako formy ideologii. Nakazy wiary przekłada się tu w sposób bezpośredni na regulacje polityczno-prawne. Skoro powiedziano człowiekowi: "Nie zabijaj", to trzeba doprowadzić do bezwzględnego zakazu przerywania ciąży. Fundamentaliści laiccy mają na to pod ręką swój zasób fanatycznych i prostych odpowiedzi. Religia to zabobon. Niesie w sobie wirus wrogości do tolerancji i swobodnej autokreacji jednostki. Dla dobra człowieka religię trzeba zepchnąć na margines - co prawda nie usiłuje się jej już zniszczyć, ale zamyka się ją w wąziutkiej przestrzeni życia prywatnego.
Znamienną cechą niedawnych sporów było zabarwienie każdego z dwu fundamentalizmów cyniczną rachubą polityczną. Dla polityków LPR spór o konstytucję (a w tle także o zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej) miał być okazją do odróżnienia się od PiS i odzyskania przychylności Radia Maryja. Politykom SLD ten sam spór miał zapełnić programową pustkę i przywrócić wiarygodność w oczach niepostkomunistycznej części elektoratu lewicowego.
Ale w debacie o konstytucję ścierała się także druga para zabłąkanych chorągwi rycerskich. Na czele pierwszej z nich stał Marek Jurek. Jego stanowisko dalekie było, co prawda, od jednoznaczności. Podkreślał, że zależy mu jedynie na wzmocnieniu konstytucyjnej obrony życia, ale nie odcinał się od LPR-wskich zapowiedzi zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Z jednej strony zaznaczał, że kieruje się argumentacją nie religijną, lecz prawnonaturalną (według której obrona życia poczętego to nic innego jak forma walki o prawa człowieka), z drugiej jednak wyrzucał Jarosławowi Kaczyńskiemu, że ten zdradził przedwyborcze zobowiązanie, iż w sprawach obrony życia PiS będzie kierować się zaleceniami "Evangelium vitae", a więc dokumentem wyrażającym nie jedno z wielu stanowisk filozoficznych, tylko oficjalne nauczanie magisterium Kościoła. Przy wszystkich tych niejasnościach stanowisko Marka Jurka w niczym nie uchybiało demokratycznym regułom państwa prawa. Jego błąd polegał na czym innym. Wykorzystując fakt posiadania chwilowej większości parlamentarnej, zbudowanej wokół celów innych niż obrona życia, środowisko obecnej Prawicy Rzeczypospolitej chciało usankcjonować konstytucyjnie regulacje, na które nie ma odpowiedniego przyzwolenia opinii publicznej. Był to błąd zelotyzmu czy - mówiąc potocznie - pójścia na skróty. Zamiast kontynuować cierpliwą akcję wychowawczą, próbowano zastąpić ją metodami politycznymi. Powtarzam: nie ma w takich działaniach nic sprzecznego z "logiką" demokracji. Działania te były natomiast sprzeczne z "logiką" wiary. Ta bowiem albo osadza regulacje prawne w ludzkiej duszy i obyczajach społecznych, albo przeradza się w faryzeizm.
Rzecz ciekawa - stanowisko Marka Jurka znalazło swą symetrycznie błędną opozycję w argumentach czołowych publicystów "Dziennika": Roberta Krasowskiego i Cezarego Michalskiego. Nie odmawiając Jurkowi - i generalnie ludziom wierzącym - prawa do obecności w przestrzeni publicznej, mobilizowali oni opinię publiczną do odsunięcia tego rodzaju polityków od władzy jako niezdolnych do uszanowania wpisanego w ludzkie życie tragicznego konfliktu wartości. Jaki jednak sens miałoby zaangażowanie polityczne, jeśli jego skutkiem nie mógłby stać się udział we władzy? Czy nie oznacza to dopuszczenia konserwatywnych środowisk katolickich do udziału w życiu politycznym pod warunkiem, że zgodzą się one z góry na polityczną sterylizację? Jeśli dobrze zrozumiałem argumentację publicystów "Dziennika", politycy-chrześcijanie mogą być pełnoprawnymi uczestnikami gry politycznej, ale tylko wtedy, gdy a priori zaakceptują liberalny konsens. Co jednak z tymi, którzy nie chcą na taki konsens przystać?
Zostawmy jednak na boku sprawę obrony życia. Wszyscy jesteśmy przecież świadomi, że jej najgłębszy sens daleko wykracza poza sferę polityki. Celem tego artykułu nie jest rozstrzyganie filozoficznych czy teologicznych zawiłości dotyczących definicji człowieczeństwa. Mój zamiar jest o wiele skromniejszy. Chciałbym przedłożyć pod dyskusję sześć tez definiujących znaczenie religii w polskim życiu publicznym. Kieruje mną oczywiste dla większości Polaków (choć zaskakujące lub wręcz gorszące dla większości Europejczyków) przekonanie, że sferze publicznej oczyszczonej z inspiracji religijnych zagraża atomizacja czy anomia, natomiast religia pozbawiona konsekwencji społecznych i politycznych jest jak pęknięta struna.
Podstawową i nienaruszalną zasadą, jaką w tej kwestii kieruje się demokratyczne państwo prawa, jest zasada wolności religijnej. Pozwala ona ludziom wierzącym cieszyć się swobodą wyznawania i manifestowania swej wiary, pozwala też wyznawcom różnych religii żyć pokojowo obok siebie, a zarazem daje ludziom niewierzącym wolność od religii.
Przełomowym punktem historii wolności były słowa Chrystusa: "Oddajcie Bogu, co boskie, a cesarzowi, co cesarskie". Konsekwencją zasady wolności religijnej jest więc oddzielenie od siebie Kościoła i państwa. Ale wzajemna autonomia i niezależność czy też - mówiąc językiem świeckim - rozdział państwa i Kościoła nie powinien oznaczać rozdziału religii od społeczeństwa. Po doświadczeniach XX-wiecznych totalitaryzmów wiemy aż za dobrze, że wolność bez religii prowadzi nie tylko do świata bez religii, ale i do świata bez wolności. Zadaniem ludzi kochających wolność a zarazem wierzących, jest zbudowanie porządku politycznego, w którym wielkie wartości - wolność i religia, wolność i prawda, wolność i odpowiedzialność - będą się harmonijnie dopełniać.
Polskiej, a także europejskiej tożsamości kulturowej nie da się pomyśleć bez chrześcijaństwa. Ale synteza wolności i dziedzictwa religijnego jest tym ważniejsza, że - jak dobrze wiemy - demokracja może sprawnie funkcjonować i rozwijać się tylko wtedy, gdy oparta jest na fundamencie wartości predemokratycznych. Taką predemokratyczną podstawę liberalnej demokracji w Polsce stanowi przede wszystkim religia.
Teza ta nie ma charakteru postulatu, lecz jest stwierdzeniem faktu. Wbrew bowiem stereotypowi, który ukształtował się pod wpływem propagandy - zgodnych w tej materii - lewicowych środowisk antyreligijnych (nierzadko o postkomunistycznym rodowodzie) i fundamentalistycznych środowisk związanych z Radiem Maryja, stereotypowi wzmocnionemu na skutek instrumentalnego wykorzystywania religii do politycznych celów obecnej koalicji rządowej, wszystkie badania socjologiczne dowodzą, że zaangażowanie religijne sprzyja aktywności obywatelskiej. Ludzie wierzący w porównaniu z niewierzącymi chętniej angażują się w działalność organizacji pozarządowych, częściej uczestniczą w wyborach, wyraźnie większym zaufaniem obdarzają umiarkowane partie polityczne stanowiące gwarancję stabilności porządku demokratycznego. Mówiąc najkrócej, religia okazała się w Polsce sojusznikiem wolności i fundamentem demokracji.
Obszarem, w którym przecinają się ze sobą porządek religii i porządek demokracji, nie jest państwo, lecz sfera społeczeństwa obywatelskiego. To tu - w przestrzeni wypełnionej przez rodzinę, organizacje, stowarzyszenia, Kościoły - jednostka uczy się współodpowiedzialności za dobro wspólne, buduje więzi społeczne, hamuje własny egoizm i przezwycięża bierność, a z drugiej strony znajduje oparcie przed nieuprawnioną ingerencją ze strony państwa. Społeczeństwo obywatelskie jest z pewnością najlepszym remedium na społeczne i polityczne schorzenia dzisiejszej Polski. Rolą Platformy Obywatelskiej jest więc wzmacnianie instytucji obywatelskich.
Pozostaje jednak pytanie o treści moralne, jakie propagują te instytucje. Społeczeństwo obywatelskie jest ze swej natury pluralistyczne. Szanując ten pluralizm, nie możemy jednak pozwolić, by zostało ono zdominowane przez klimat moralnego i kulturowego relatywizmu. Sprzeciwiając się zwłaszcza atakowi na tradycyjny model rodziny oraz zgodne z judeochrześcijańskim dziedzictwem pojmowanie godności osoby ludzkiej, uważamy, że zadaniem społeczeństwa obywatelskiego jest doprowadzenie do moralnej odnowy Polski. Nadużycia, jakich dopuszcza się obecna koalicja rządowa, która moralistycznymi hasłami usprawiedliwia cyniczną praktykę, nie powinny nam przesłaniać prawdy, że demokracja potrzebuje moralnych obywateli i obiektywnych prawd. Dlatego rolą polityków i partii starających się łączyć liberalizm i konserwatywne wartości, takich jak na przykład PO, jest nie tylko wspieranie społeczeństwa obywatelskiego, ale także budowanie chrześcijańskiego społeczeństwa obywatelskiego.
Przymiotnik "chrześcijańskie" nie ma w tym kontekście sensu wyznaniowego, lecz kulturowy. Społeczeństwo obywatelskie w Polsce powinno mieć charakter chrześcijański, bo taka jest kulturowa tożsamość naszego narodu. W tym sensie pełnoprawnym członkiem tego społeczeństwa mogą być ludzie niewierzący czy wyznawcy innych religii. Wspólnie mamy dbać o budowę tkanki moralnej społeczeństwa demokratycznego, łączącego w sobie wolność z odpowiedzialnością, prawa z obowiązkami, interes jednostki z interesem ogółu. Wspólnota, jaką tworzy polski naród, jest z natury różnorodna - to ekumeniczna wspólnota rozmaitych "rodzin duchowych", nurtów i tradycji. Przywiązanie do tego właśnie ekumenicznego pluralizmu zalecał nam Jan Paweł II, gdy tak definiował istotę polskości: "Przez pięć wieków była to polskość epoki jagiellońskiej: pozwoliła ona na utworzenie Rzeczypospolitej wielu narodów, wielu kultur, wielu religii. Wszyscy Polacy nosili w sobie tę religijną i narodową różnorodność. [...] A więc polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie" ("Pamięć i tożsamość").
Dla dobrego funkcjonowania i rozwoju społeczeństwa obywatelskiego najważniejsze są silne więzi społeczne oraz przestrzeń wolności. To jednak nie wystarcza. Potrzebne jest coś więcej: dobry rząd i dobre prawo. Nie może to być rząd państwa opiekuńczego, z jego miękkim despotyzmem, który ubezwłasnowolnia człowieka, oducza go odpowiedzialności za siebie i innych, pozbawia dumy. Nie może to być tym bardziej rząd prokuratorskiego państwa rewolucji moralnej, które opiera się na zasadzie podejrzliwości wobec obywateli. Dopełnieniem chrześcijańskiego społeczeństwa obywatelskiego jest państwo oparte na zasadzie pomocniczości, państwo, które nie narzuca i nie wyręcza, lecz pobudza, podtrzymuje lub uzupełnia działania obywateli i ich wspólnot.
Fundamentem państwa pomocniczego jest godność osoby ludzkiej, powołanej zarówno do wolności, jak i do działania na rzecz dobra wspólnego, zdolnej do samodzielnego kształtowania swojego losu, ale gotowej także do poświęcenia i do służby. To państwo pomocnicze, dopełniające i wspierające oddolne inicjatywy obywatelskie, jest państwem prawdziwie solidarnym. Jedną z największych "afer" i najbardziej szkodliwych oszustw, jakich dopuszczono się w ostatnich latach, było przeciwstawienie sobie Polski solidarnej i Polski liberalnej.
Doświadczenia historyczne nauczyły nas, że wolność bez solidarności wyradza się w egoistyczny indywidualizm, a solidarność bez wolności prowadzi do przemocy socjalizmu. Warunkiem solidarności jest szybki rozwój gospodarczy. Ten zaś wymaga zdecydowanego poszerzenia w Polsce przestrzeni wolności gospodarczej. Wolny rynek to nie tylko efektywny instrument wzrostu zamożności społeczeństwa. Kapitalizm jest tym porządkiem gospodarczym, który najlepiej służy integralnemu rozwojowi człowieka. U jego podstaw stoi bowiem chrześcijańska koncepcja osoby ludzkiej jako istoty wolnej, twórczej, odpowiedzialnej i solidarnej. Przedsiębiorczość jest cnotą, a praca - o ile pracownikowi zapewnione są jej godne warunki - to ważna forma moralnego samodoskonalenia. Polską gospodarkę trzeba uwolnić od nadmiaru regulacji. Należy ograniczyć ingerencje biurokratyczne i stworzyć warunki swobodnej konkurencji. Wymaga tego sprawiedliwość, a przede wszystkim troska o ludzi biednych. Wolny rynek jest potrzebny nie bogatym, lecz biednym, bo stwarza im szanse wyrwania się ze stanu ubóstwa, uzależnia ich przyszłość nie od zapomogi państwowej, lecz od własnej energii, determinacji i kreatywności.
Jednocześnie trzeba pamiętać, że gospodarka wolnorynkowa na dłuższą metę rozwija się dynamicznie tylko tam, gdzie dopełnia ją imperatyw solidarności. Znamy jej ewangeliczny sens: "Jeden drugiego ciężary noście". Wezwanie to odnosi się przede wszystkim do dwóch grup społecznych: młodych małżeństw wychowujących dzieci oraz do ludzi starszych. To tym grupom należy się - precyzyjnie przemyślana - pomoc ze strony państwa. Nie może ono jednak realizować tego zadania, naruszając prawa i obowiązki spoczywające na rodzinie i instytucjach społeczeństwa obywatelskiego.
Osobnym problemem są zadania państwa związane z falą wyjazdów młodych ludzi za granicę. Jeśli przez obniżenie i uproszczenie podatków, ograniczenie ingerencji państwa w gospodarkę czy usprawnienie biurokracji nie zachęcimy ich do powrotu, to definitywnie stracimy dużą część bezcennego kapitału, jakim jest młode pokolenie Polaków.
Teza ostatnia głosi, że wbrew temu, co się często twierdzi, żyjemy w epoce mocnych wartości i wyrazistych tożsamości. Z punktu widzenia polityki kwestia wartości to nie temat drugorzędny czy zastępczy. Rzecz jasna, można wygrać wybory, nie mając zdecydowanego stanowiska w sprawie "wojny kulturowej", która toczy się we współczesnej cywilizacji. Bez takiego stanowiska - innymi słowy: bez rządu dusz - nie da się jednak realnie rządzić Polską, tzn. przekonać Polaków do dalekosiężnych celów i wizji, które nadają sens działaniom politycznym.
Po fiasku idei IV RP, skompromitowanej praktyką rządzenia obecnej koalicji, trzeba wypracować nową koncepcję takich celów i nowy projekt państwa. Jednym z jego najważniejszych składników musi być - czy to się komuś podoba, czy nie - określenie miejsca religii w przestrzeni publicznej. W moim przekonaniu nie da się przekształcić Polski w kraj, który sprosta wielkości naszej tradycji i randze wyzwań, jakie stawia przed nami przyszłość, bez oparcia porządku demokratycznego na fundamencie religijnym, bez budowy chrześcijańskiego społeczeństwa obywatelskiego, bez modelu państwa pomocniczego (a nie opiekuńczego), bez wolnego rynku uzupełnionego o imperatyw solidarności. Wokół tego kanonu wartości trzeba budować porozumienie środowisk centroprawicowych.
p
, ur. 1961, publicysta, politolog, rektor Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. J. Tischnera, jedna z najważniejszych postaci polskiego katolicyzmu. Jest autorem książki "Kościół po komunizmie", najciekawszej diagnozy funkcjonowania polskiego Kościoła w warunkach demokracji. Pełni funkcję senatora z ramienia Platformy Obywatelskiej.