Dziennik Gazeta Prawana logo

Amerykanie wyrzucają Polkę

13 października 2007, 15:31
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Po 18 latach życia w Ameryce Janina Wasilewska została deportowana - pisze DZIENNIK. Dziś razem z sześcioletnim synkiem powinna wylądować na warszawskim Okęciu. W Chicago zostawia męża i cay dorobek życia. I zgodnie z amerykańskim prawem nie może tam wrócić przez najbliższe 10 lat. Stała się bohaterką chicagowskiej prasy.

Mimo próśb rodziny Wasilewskich amerykańskie władze nie udzieliły Polce azylu. Sytuacja jest patowa, bo mąż kobiety Tony Wasilewski dostał azyl, a za dwa tygodnie otrzyma obywatelstwo USA.

Historia ma swój poczatek w marcu 1989 roku. Wtedy Janina Wasilewska przyleciała do Ameryki w obawie przed represjami komunistycznych władz. Jako studentka działała w "Solidarności" i kilka razy była aresztowana. W Chicago miała wujka, więc postanowiła wyjechać, aby za Oceanem zrealizować swoje marzenia o wolności. Wujek pomógł Janinie załatwić wszystkie potrzebne formalności i wypełnić wniosek o azyl. Motywacja - prześladowanie polityczne.

Mijały miesiące, potem lata i w sprawie Polki nic się nie działo. Wreszcie w 1995 roku władze wydały negatywną decyzję, tłumacząc, że sytuacja polityczna w Polsce się zmieniła. Podczas procesu w chicagowskim sądzie imigracyjnym Wasilewska podpisała dokument - zobowiązanie do dobrowolnego wyjazdu z USA. Dziś jej nowy adwokat Royal Berg tłumaczy, że kobieta nie wiedziała, co podpisuje, bo słabo znała angielski, a podczas procesu nie zapewniono jej tłumacza.

W 1998 roku Wasilewska ponownie poszła do sądu, licząc, że stara decyzja zostanie cofnięta na podstawie nowego prawa uchwalonego z myślą o uciekinierach m.in. z Europy Wschodniej. Jednak ze względu na to, że kobieta nie dostosowała się do decyzji sprzed trzech lat, wszczęto postępowanie deportacyjne. Amerykańskich władz nie przekonały żadne argumenty. Przedstawiciele służb imigracyjnych w wypowiedziach dla chicagowskich mediów podkreślają, że urzędnicy i tak wykazali się wielką pobłażliwością, odkładając deportację kobiety do 8 czerwca. - Mogliśmy ją przecież aresztować - tłumaczył Carl Rusnok z federalnego biura ds. imigracji i służb celnych.

Mąż Janiny Tony Wasilewski również uciekł z Polski przed komunizmem. Janinę poznał w Chicago. Tam założyli rodzinę, od 14 lat prowadzą firmę sprzatającą. Wychowują syna Briana. Chłopiec ma obywatelstwo amerykańskie i to dla niego postanowili się zamerykanizować. Na ich domu na przedmieściach Chicago powiewa nawet amerykańska flaga. Dramatyczną historię rodziny opisały zarówno polonijne, jak i amerykańskie media w Chicago. "Wśród zawieruchy ostatnich minut na sali sądowej, chwytających za serce sąsiedzkich uścisków i bolesnych pytań zadawanych przez 5-letniego Briana - obywatela Stanów Zjednoczonych, który zastanawia się dlaczego musi wyjechać w piątek do jakiegoś miejsca zwanego Warszawą - dobiega końca życie, które stworzyła" - czytamy w "Chicago Tribune". Gazeta zamieściła tę historię na pierwszej stronie.

Kobieta opowiadała dziennikarzowi o decyzji, jaką podjęła z mężem. - Tony zostanie w naszym domu w Schiller Park, aby nadal prowadzić firmę. Jeżeli mąż zostanie tutaj, a ja będę musiała wyjechać do Polski z Brianem, to nie wiem co się stanie z naszą rodziną - mówi.

Kobiecie nie mogą pomóc również polskie władze. - Choć uważamy sytuację życiową pani Janiny Wasilewskiej i jej rodziny za godną ubolewania, nie możemy nie brać pod uwagę faktu, że podjęcie decyzji o jej wydaleniu ze Stanów Zjednoczonych wiązało się z jej nielegalnym pobytem na tym terytorium - tłumaczy Robert Szaniawski, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych. - Standardem w stosunkach międzynarodowych jest honorowanie decyzji władz imigracyjnych tak w zakresie udzielania wiz, jak i decyzji o odmowie wjazdu lub wydaleniu z terytorium własnego państwa. Również władze RP nie dopuszczają sytuacji, w których inne państwa chciałyby podważyć decyzje polskich organów imigracyjnych - dodaje Szaniawski.

Do domu państwa Wasilewskich zadzwoniliśmy wczoraj o godz. 16 czasu polskiego. W Chicago była 9. Odebrała kobieta, która przedstawiła się jako siostra Janiny Wasilewskiej. - Nie ma ich w domu, a ja nic nie mogę mówić - skwitowała. - O której pani Janina wylatuje do Polski? - dopytywaliśmy. - A kto powiedział, że wylatuje? Jeszcze nic nie jest przesądzone. Ale nie chcę rozmawiać. I siostra też nie życzy sobie żadnych wywiadów. Niepotrzebny jej rozgłos w Polsce - odpowiedziała. Tony Wasilewski nie odbierał telefonu.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj