IZABELA LESZCZYŃSKA: Jak jest naprawdę w Iraku?
ARTUR C.: Jeszcze kilka tygodni temu co drugi, trzeci dzień dochodziło do ataków moździerzowych i rakietowych na bazę w Diwanii. Ludzie próbują robić, co do nich należy. Wszyscy
wiedzą, że nie mogą od rana myśleć o zamachach, bo taka myśl ich sparaliżuje, nie będą mogli wykonywać swoich obowiązków. Zmuszają się więc do tego, aby nie myśleć.
A jak reagują po zamachach?
Chcąc nie chcąc, żyją nimi. Bywa tak, że już rano zastanawiają się: "Spadnie pocisk, nie spadnie?". Inaczej walczy się z przeciwnikiem, gdy wiadomo, gdzie on jest. A tu
pocisk leci z nieba, słychać huk, ale nie wiadomo, z którego kierunku leci. Jak strzelają z boku, to przynajmniej wiadomo, gdzie się schować, za budynek, za mur, a tutaj nie wiadomo, bo grad
pocisków leci z nieba.
Po zamachu jedni żartują, próbują w ten sposób odreagować, żeby nie oszaleć. Inni rozmawiają, poddenerwowani rzucają wulgarne słowa. Człowiek jest wściekły, bo nie może oddać. A jak raz nie odda się terrorystom, to drugi raz uderzą. Wszystkich wkurza to, że ciągle nadstawiamy policzek. Ludność cywilna nie chce mówić, skąd dokonano ostrzału. Gdy pytamy, okazuje się, że nikt niczego nie widział, niczego nie słyszał.
Miejscowi nie chcą ujawniać sprawców. My jesteśmy przecież dla nich najeźdźcami. O metodach już wspomniałem: podkładają miny-pułapki, dokonują ostrzałów. Działają z zaskoczenia.
Ostrzeliwują bazę w nocy i w biały dzień. Na iracką policję nie ma co liczyć, tam są klany, kasty. Ludzie, którzy tam służą, czują się jak kamikadze. Armia Iraku działa lepiej, ale
tylko trochę lepiej. Nie zawsze potrafi zapewnić ochronę.
Żołnierze nie wyjeżdżają poza bazę?
Wyjeżdżają, ale na przykład po to, by chronić konwoje. Dywizja prowadzi pewne akcje tylko wraz z innymi wojskami koalicji, na przykład z Amerykanami, ale nie w takim stopniu, jak to robiła
kiedyś. Kiedyś międzynarodowa dywizja dowodzona przez Polaków liczyła 10 tysięcy żołnierzy, a teraz liczy zaledwie 2,5 tysiąca! Żeby organizować pościgi, trzeba mieć i ludzi, i
odpowiednie środki.
Zdarzają się przypadki, że żołnierze nie radzą sobie ze stresem?
Na pewno są takie przypadki. Ja akurat jestem kawalerem. Większość ludzi ma jednak żony, dzieci. Niektórzy nie wytrzymywali napięcia, przerywali misję i do nich wracali.
Ze strachu przed śmiercią?
Myślę, że tak. Tam każdy dzień jest jak uprawianie hazardu. Nikt nie wie, czy tego dnia bomba nie spadnie na jego kamp.
O ilu osobach pan wie, że wróciły do kraju?
Co najmniej kilku wróciło.
Czy żołnierze w Iraku śledzą to, co się ukazuje w polskim internecie, na stronach MON? Czego tam nie ujawniono?
Przez długi czas nie ujawniano tego, że systematycznie do nas strzelają. Dopiero nowy dowódca wojsk lądowych oficjalnie przyznał, że strzelają do nas jak w kaczy kuper. Wiemy, że teraz do
Afganistanu pojechali chłopcy i 11 z nich już wraca. Nikt dokładnie nie chce wyjaśnić dlaczego. A oni po prostu nie wiedzieli, na co się pisali. I zobaczyli to na własne oczy.
Podobnie jest w Iraku. Niektóre rzeczy nie mogą być ujawnione, bo trzeba by było się wycofywać, a to przecież polityka przez duże P. Dlaczego na przykład wybuchają miny pułapki przy
drogach? Bo drogi nie są czyszczone. A dlaczego nie są? Bo saperzy z dywizji, mówię tu o różnych nacjach, nie mają odpowiedniego sprzętu. Amerykanie im nie dadzą, dopóki nie zostaną
przeszkoleni. Saperzy robią więc inne rzeczy - odpowiadają na przykład za rozbudowę inżynieryjną bazy, rozkładają worki, robią okopy, strzelnice.
Czy były sytuacje, że my tu, w Polsce nie dowiedzieliśmy się o wybuchu miny-pułapki?
Jeżeli natkną się na minę żołnierze wchodzący w skład dywizji, którzy nie są Polakami, to te przypadki nie są ujawniane. Do wybuchów dochodzi nieregularnie. Niektóre ładunki są
podkładane, ale wcale nie eksplodują. Bo to są prymitywne garażowe produkcje, własnoręcznie robione, niby z zapalnikami, ale nie wszystkie działają. Ale gdy już wybuchną, mogą być bardzo
skuteczne.
Co jeszcze nie wyszło na światło dzienne?
To, jakie ograniczenia mają niektóre kontyngenty narodowe wchodzące w skład naszej dywizji. One nie pozwalają nam normalnie
prowadzić działań. Na przykład Salwadorczycy nie mogą wyjechać dalej niż 50 km poza bazę, bo takie ograniczenia nałożył na nich rząd. Jeżeli polski dowódca ma do dyspozycji 10 ludzi z
różnych nacji, to czasem nie może nic zorganizować, bo jeden nie może dalej wyjechać, drugi nie może wyjść poza bazę...
Czy rozmawiał pan z żołnierzem, który odniósł poważne rany?
Tak. W nogę. Dla obserwatora to jest szok. Człowiek postronny ma wrażenie, że będzie tak jak w filmie,
ktoś dostał i zaraz umrze. Obserwator jest w większym szoku niż ofiara. Z kolei ten, kto dostał, początkowo nie wie, co się dzieje. Myśli, że to kamień, draśnięcie.
Znieczula go adrenalina?
Chyba tak.