Samobójca coś wykrzykuje. Widać, że jest zdeterminowany. Na miejscu szybko pojawiają się policja, straż i pogotowie. Kolej wstrzymuje ruch pociągów, służby energetyczne odłączają prąd z trakcji. Ruch jest sparaliżowany, żaden pociąg nie może wjechać do miasta od strony Grudziądza. Po wiadukcie nie jeżdżą samochody. W sobotę Toruń staje w korkach, co jest niespotykane.
Rozpoczynają się dramatyczne negocjacje. Jest policyjny psycholog, pojawiają się rodzice chłopaka. "Zabiję się, mam dość, zostawcie mnie..." - te słowa słychać w ciszy, którą zarządziła policja. Strażacy na torach rozłożyli wielką poduszkę, na której ma wylądować samobójca. Napięcie rośnie...
Jego matka szlocha. "Synu, daj spokój" - błaga ojciec. Po chwili prowadzący akcję ratunkową dowiadują się, że chłopak właśnie uciekł z pobliskiego szpitala psychiatrycznego. Kilka dni wcześniej usiłował rzucić się z okna. Na szczęście powstrzymała go pielęgniarka. W sobotę rano ucieka jednak ze szpitala i od razu udaje się w stronę wiaduktu. Ale tu zaczyna się wahać.
"To bardzo wrażliwy chłopak. Znamy go, mieszka niedaleko. To wzorowy student, tylko chyba przerósł go sukces" - mówi jeden z obserwujących zajście. Po trzech godzinach mężczyznę udaje się namówić, by zszedł z wiaduktu. W południe karetka odwozi go z powrotem do szpitala...