Specjalnie dla naszych internautów policjanci z wydziału ruchu drogowego zebrali najczęściej stosowane przez kierowców wymówki. Wyjaśniają też przy każdej z nich, w jaki sposób sprawdzają, czy mówisz prawdę. W wielu przypadkach, jak się okazuje, nie warto kłamać. Bo tylko będą się z nas śmiać, a i tak nie unikniemy zapłacenia kary.

Możemy za to sprowadzić sobie na głowę kłopoty i sprawić, że zamiast mandatu dostaniemy grzywnę zasądzoną przez sąd grodzki, do którego policja prześle zdjęcie. Wtedy zapłacimy o wiele więcej niż gdybyśmy się nie kłócili. Bo sąd dolicza też koszty postępowania, czyli co najmniej kilkaset złotych w zależności m.in. od tego, ile razy w naszej sprawie musiał się zbierać.

Oto najczęstsze wyjaśnienia kierowców:

To zdjęcie jest nieważne

Zdjęcie, na podstawie którego właściciel samochodu może dostać mandat musi:
- mieć dobrze widoczny numer rejestracyjny auta
- przedstawiać tylko jeden samochód jadący na pierwszym planie. Jeśli pasem obok jedzie inny, zdjęcie takie nie może być dowodem, bo nie ma pewności, który pojazd został zmierzony przez radar.

To nie ja jechałem

Nim ktokolwiek zostanie ukarany, zostaje wezwany właściciel samochodu do swojego (ze względu na miejsce zarejestrowania auta) wydziału ruchu drogowego. I jest pytany, kto autem jechał.

Jeśli na fotografii wyraźnie widać, kto prowadził, nie ma problemu. Bo wskazana przez właściciela pojazdu osoba jest wzywana i karana.

Ale na wielu dowodach winy twarz kierowcy jest niewyraźna. Wtedy osoba wezwana do wyjaśnienia musi przyznać się do winy. Jeśli tego nie zrobi, karę dostaje właściciel samochodu.

To Johnny z Nevady jechał. Przyjechał do Polski w odwiedziny i pożyczyłem mu wózek. Ale nie wiem, gdzie on teraz jest - podobne tłumaczenia słyszą policjanci w całej Polsce. Co wtedy? Sprawa trafia do sądu. I jeśli zdołamy przekonać go, że tak było, jest szansa, że nam się upiecze. Musimy jednak mieć sztab świadków, którzy też znają Johnnyrsquo;ego i widzieli, jak jeździł naszym autem. A składanie fałszywych zeznań to przestępstwo, za które grozi do pięciu lat więzienia.

Największy problem policjanci mają z ustaleniem kierowcy, jeśli auto jest w leasingu albo stanowi tzw. flotę, czyli w dowodzie jest tylko nazwa jakiejś firmy. Wówczas wezwanie do wyjaśnienia wysyłane jest na adres tej firmy, do właściciela. Stawić jednak nie musi się on osobiście, może wysłać zamiast siebie osobę odpowiedzialną w spółce za samochody. Jak mówią policjanci, zwykle udaje się jej ustalić, kto jechał autem w danym czasie. Bo jeśli osoby winnej nie ma, punkty karne są darowane, ale grzywnę płaci zakład czy firma leasingowa, na którą zarejestrowane jest auto.

Moją rejestrację ktoś podrobił!

Kierowcy często tłumaczą się, że to nie ich tablice. Ich auto w tym czasie było gdzie indziej, a to, co zarejestrował fotoradar, to... podróbka. Ale nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że na zdjęciu oprócz rejestracji widoczna jest też nalepka kontrolna na przedniej szybie. A na niej widać rejestrację, często o wiele wyraźniej niż tą na tablicach.

Tłumaczenie takie ma sens tylko wtedy, kiedy tej nalepki nie ma - gdy wydawano stare, jeszcze czarne tablice, nie rozdawano nalepek. Wtedy decyduje ostrość zdjęcia, marka i kolor pojazdu, podobizna wezwanego do kierującego - im więcej wspólnych szczegółów z Twoim autem czy Tobą, tym szanse na uniknięcie kary są mniejsze. Zdjęcie ogląda sąd grodzki. Jeśli rejestracja jest nowa, na białym tle, brak naklejki może oznaczać, że tablice są podrobione. Wtedy sąd, na podstawie ekspertyz biegłych, ustali, czy to my, czy ktoś inny przekroczył prędkość.

Ukradli mi tablice rejestracyjne!
Takie wymówki też są. Ale wówczas niezbędne jest potwierdzenie z policji, że rzeczywiście zostały skradzione tablice zarejestrowane przez fotoradar. I musi być dowód na to, że zniknęły nam z samochodu nim maszyna pstryknęła zdjęcie. Pamiętajmy, że policja zdjęcie może powiększyć, by przyjrzeć się bliżej osobie prowadzącego, czy rejestracji na nalepce kontrolnej na przedniej szybie.

Przedawnienie sprawy

Policja czy straż miejska z gminy, na której terenie stoi fotoradar, automatycznie kieruje fotografie do jednostki, pod którą podlega samochód. I kiedy w naszej komendzie zostanie wszczęte dochodzenie, zaczyna biegnąć czas.

Od tej chwili policjanci mają 30 dni na ustalenie, komu wysłać wezwanie do stawienia się w celu wyjaśnienia sprawy. Jeśli nie zdążą, nie musimy się nigdzie stawiać, ale i tak nas sprawiedliwość nie ominie. Pogramy jedynie na zwłokę, bo sprawa zostanie skierowana do sądu grodzkiego.

Sąd ma rok na wszczęcie sprawy, potem się ona przedawnia. Jeśli w ciągu dwóch lat od zrobienia zdjęcia winny nie będzie ukarany, sprawa się przedawnia.

Jeśli wyrok zapadnie albo przyjmiemy mandat i nie zapłacimy kary w wyznaczonym terminie, komornik może się od nas domagać pieniędzy przez trzy lata od dnia wystawienia. Potem nikt już nie ma prawa żądać od nas choćby grosza.

Nie ukarzą Cię za kłamstwo

Możesz bronić się ze wszystkich sił, używać wszystkich możliwych argumentów, jakie przyjdą Ci do głowy, by uniknąć kary - masz do tego prawo, bo to Ty jesteś podejrzanym czy oskarżonym. I nawet jeśli kłamstwo wyjdzie na jaw, nic Ci się nie stanie. Zapłacisz po prostu mandat, ale tylko za przewinienia zarejestrowane fotoradarem.