To bardzo prosty sposób na biznes. Windykatorzy, którzy nie mają najmniejszych problemów z zarejestrowaniem działalności, zajmują się załatwianiem wypłaty odszkodowań dla poszkodowanych w wypadkach. Za swoją pracę dostają od nich prowizję, 20-30 proc. kwoty odszkodowania. Problem tylko jest na początku, ze znalezieniem ofiar wypadków. Z ustaleń "Gazety Wyborczej" wynika, że windykatorzy dogadują się z policjantami i kupują od nich dane.
Tak było w przypadku Ewy K. z Katowic. Z wypadku wyszła ze złamaną ręką, urazem kręgosłupa i obrażeniami głowy. Kiedy doszła do siebie, zaczęli wydzwaniać windykatorzy.
"Komórka była na kartę (nie figuruje więc w książce telefonicznej), a numer podałam wyłącznie policjantowi, który mnie przesłuchiwał. Nie mam wątpliwości co do źródła
przecieku" - twierdzi kobieta, która sama postanowiła starać się o odszkodowanie.
Podobnie zrobiła Bogusława T. z Dąbrowy Górniczej, która ofertę współpracy otrzymała zaraz po śmiertelnym wypadku męża. Jadącego na rowerze mężczyznę potrącił samochód.
Windykatorzy obiecali kobiecie, że wycisną majątek z firmy ubezpieczeniowej sprawcy. "Kiedy zapytałam ich, jak zdobyli moje namiary, powiedzieli mi wprost, że od policji" -
mówi kobieta "Gazecie Wyborczej".
Nadkomisarz Adam Momot, szef katowickiej policji, przyznał w "Gazecie Wyborczej", że dane ofiar wypadków można ujawnić wyłącznie firmom ubezpieczeniowym zajmującym się
likwidacją szkód. Przekazywanie ich osobom trzecim jest niedopuszczalne. Momot zapowiedział, że zawiadomi prokuraturę.