Ale przy okazji diagnozy obecnej sytuacji politycznej w Polsce, dokonywanej przez ludzi angażujących się w przeszłości w politykę, próbujemy także uzyskać odpowiedź na pytanie bardziej podstawowe, pytanie o przyczyny końca pewnej inteligenckiej misji, zdefiniowanego kiedyś przez takie postaci jak Henryk Sienkiewicz, Stefan Żeromski, Jerzy Giedroyc czy Gustaw Herling-Grudziński. Po roku 1989 ta misja polskiej inteligencji przerodziła się w totalną katastrofę. Ugrzęzła w patologiach "wojny na górze", zawocowała zjawiskiem "inteligenckiej samoobrony", postawy nie tyle krytycznej, co raczej roszczeniowej. Dzisiaj bycie inteligentem w Polsce to dla znacznej części tego środowiska lęk przed motłochem i szukanie estetycznych dystynkcji, dowodów na własną wyższość i szlachetność w sytuacji, kiedy tradycyjne zawody inteligenckie nie gwarantują ani pieniędzy, ani społecznego autorytetu.

Reklama

W kraju, gdzie trwa w najlepsze konflikt pomiędzy Samoobroną a "samoobroną inteligencji", pomiędzy Radiem Maryja a "Szkłem kontaktowym", ostatni niepokorni inteligenci są skazani na klęskę i samotność. Los Piotra Wierzbickiego jest na to najlepszym dowodem.

p

Cezary Michalski: Dlaczego będąc klasycznym polskim inteligentem, który zaczynał od pisania tekstów o literaturze na łamach "Współczesności", zawsze pan polski salon inteligencki kontestował?

Piotr Wierzbicki*: Nie jestem zwierzęciem stadnym, tylko oddzielnym i w mojej naturze zawsze leżało to, żeby raczej być w opozycji wobec grupy - tej właśnie, do której należę - niż żeby iść z nią razem. Nie jestem przecież żołnierzem ani generałem, mam tylko jeden obowiązek: mówienie prawdy. I szybko rozpoznano we mnie autora wielce niegrzecznego.

Kiedy opublikował pan poza cenzurą jako głos w wewnątrzopozycyjnej dyskusji "Traktat o gnidach" pokazujący najbardziej typowe strategie przystosowania się polskiej inteligencji do wymagań PRL...

Na początku wcale nie miałem świadomości, że "Traktat o gnidach" zostanie uznany za niesłychane przekroczenie wszystkich norm i brutalny atak na inteligencję. Po prostu chciałem opisać pewne śmieszne niekiedy zachowania grupy ludzi, którzy próbowali żyć dobrze i z komunistami, i z opozycją, a kiedy tchórzyli, to powoływali się na wartości, na humanizm, na narodową kulturę i na własną niezbędność w życiu publicznym.

Jednak część tych inteligentów - to się pojawiało już w odpowiedziach na "Traktat o gnidach", a w inteligenckiej samoobronie po roku 1989 stało się wręcz motywem dominującym - zaczęła na podobną krytykę odpowiadać: "No i co z tego, że kolaborowaliśmy, przecież lud też kolaboruje, obłuda jest w Polsce powszechna".

Tyle że musiałbym być idiotą, żeby za przedmiot pamfletu obrać Jana Kowalskiego z Psiej Wólki, który sobie siedzi przestraszony pod butem lokalnych aparatczyków albo próbuje robić jakąś tam małą karierkę. To zrozumiałe, że w opresyjnych systemach ludzie starają się przeżyć. Jeżeli porwałem się na pamflet, to tylko dlatego, że wziąłem sobie na muszkę akurat tych, wobec których taryfa ulgowa nie obowiązywała - pisałem wszak o wielkich pisarzach, luminarzach, ludziach z najwyższych półek. Skoro oni bez przerwy uczyli naród jak żyć, dawali wszystkim lekcje obywatelskości, rozumu i rozsądku, potraktowałem ich serio. Trzeba pamiętać jeszcze o jednym - "Traktat o gnidach" dotyczył bardzo określonej kategorii ludzi. On nie dotyczył komunistów. Nie pisałem tam o Putramencie i literatach, którzy się podporządkowali aparatowi, rektorach, którzy donosili na profesorów. Nie pisałem też o opozycjonistach, którzy zaryzykowali przeciwstawienie się władzy. Zająłem się tylko tymi, którzy postanowili być pośrodku. I pomyślałem sobie: "Po prostu to opiszę - wszak to znam". Bo przecież, zanim powstał "Zapis", "Biuletyn Informacyjny", zanim okazało się, że mogę sobie pisać, co chcę, bo mam gdzie drukować, sam podlegałem tym pokusom i dobrze wiem, co się działo w mojej głowie, kiedy pisywałem felietony w tygodniku "Literatura". Też miałem nad sobą cenzurę. Gnida, czyli - podkreślam - intelektualista, który z nadmiaru inteligencji i chytrości postanowił być naraz i po jednej stronie, i po drugiej, była wirtuozem. Zjawia się opozycjonista z prośbą o podpis pod jakimś listem protestacyjnym i tutaj okazuje się, że gnida ma całą listę argumentów, z góry już przygotowaną i w głowie obmyśloną, by tego listu nie podpisać. Nie podpisze, bo list jest przedwczesny. Albo nie podpisze, bo to inicjatywa spóźniona - "Ach czemuż pan nie przyszedł w październiku?!". Nie podpisze, bo ta opozycja jest po prostu niepoważna: "Piszecie tylko ulotki; gdybyście podjęli walkę zbrojną, to bym się przyłączył natychmiast". Nie podpisze, bo za tym chyba stoi bezpieka. Nie podpisze, bo jest zbyt cenny dla kultury narodowej; gdyby podpisał, to odebraliby mu teatr, redakcję, instytut - a jest tam przecież niezbędny.

Gdy sprawdzałem odpowiedzi na tamten pana tekst, bardzo gwałtowne nieraz, to pod zewnętrzną otoczką argumentów etycznych był tam twardy argument pragmatyzmu politycznego - że my, opozycja, zrazimy sobie tych ludzi. Nazwanie ich "gnidami" utrudni nam polityczną robotę.

To był absolutnie słuszny argument. Na nim była zbudowana cała polemika Adama Michnika, świetny zresztą tekst (już nigdy później nikt ze mną w tak błyskotliwy sposób nie polemizował). Na czym polegała różnica między nami? Michnikowi zależało na tym, by pozyskać dla siebie pewne środowisko, mnie na niczym nie zależało.

Co mogło być dla opozycjonisty ważniejsze od pragmatyki, od skutecznej polityki, od pozyskiwania elit?

Dobry portret. Prawdziwy. Pomyślałem sobie: "Proszę bardzo, a niech gnidy się obrażą, mnie nie muszą obchodzić konsekwencje". "Traktat o gnidach" nie był tekstem politycznym. Rozumiem tych działaczy czy ideologów, którzy doszli do wniosku, że może przeszkodzić w politycznej mobilizacji. Tylko że mój punkt widzenia był inny. Nie byłem ani ideologiem, ani działaczem. Mój psi obowiązek jako autora był taki, żeby napisać prawdę oraz żeby tekst był zajmujący i zabawny. I taki jest właśnie "Traktat o gnidach". Ma być tak, że wszyscy się zastanawiają, jakie będą konsekwencje i nikt nie powie prawdy? Wiele razy zdarzało się, również później, że sobie myślałem: "A czort z konsekwencjami! Niech sobie kto inny myśli o konsekwencjach. Mnie sprawia przyjemność pisanie prawdy".

Ucieka pan przed kategorią moralnego osądu, ale jednak użył pan słowa "gnida". Równie dobrze to samo zjawisko można było opisać w tonie chłodnej analizy, przedstawiającej strategię grupy inteligentnych osób wybierających realistyczne współżycie z systemem, którego nie mogą obalić.

Ale cała sprawa ma pewną historię - terminu "gnida" przecież nie wymyśliłem. Zastałem go. To zjawisko wymyślił i opisał Janusz Szpotański.

Reklama

"Białe gnidy na czerwonej szmacie"... Tyle że w stylistyce zjadliwej satyry Szpotańskiego to brzmiało trochę inaczej niż w publicystycznym tekście jednego z ludzi raczkującej opozycji demokratycznej, pilnie obserwowanej zarówno przez elity inteligenckie, jak też przez władzę.

Nie jestem od produkowania nudziarstw, a poza tym jak ja mogłem inaczej nazwać tych ludzi, skoro był już pod nosem termin Janusza Szpotańskiego - mądry, celny? Nie tylko zresztą termin. Również samo pojęcie jemu zawdzięczam. On je zdefiniował przede mną, tak że poniekąd byłem na nie skazany. Gdybym je pominął, zachowałbym się jak plagiator.

Przejdźmy do "Solidarności", pierwszej i jedynej. A potem do jej rozpadu i pojawienia się "szarego człowieka", występującego przeciwko inteligenckim elitom albo zachowującego się niezgodnie z ich oczekiwaniami.

Książeczka "Szary człowiek", którą napisałem w latach 80., wzięła się z tego, że kiedy byłem w obozie internowanych, przychodziły tam na widzenia kobiety, entuzjastki, i opowiadały, że cały naród jest w opozycji - wszyscy właściwie, 10 czy 30 milionów opozycjonistów, tylko patrzeć, jak się system rozleci... Taka inteligencka euforia. Ja przeżyłem pierwszy szok natychmiast po wyjściu z obozu internowania, właściwie już w pociągu. To był lipiec 1982 roku. I to nie była Polska złożona z 30 milionów opozycjonistów. A potem, gdy wróciłem, żeby odwiedzić kolegów siedzących dalej w Darłówku, zobaczyłem tysiące młodych ludzi, młodych małżeństw, opalonych... Kulminacja sezonu urlopowego... Faceci po trzydziestce, kobiety piękne, dzieci utuczone. Euforia życia, powodzenia i rozkoszy. Byłem kompletnie zagubiony. Pytałem ludzi, jak tutaj dotrzeć do tego obozu internowanych, a nikt nie wiedział. Tam jeszcze siedzieli Mazowiecki, Geremek, wielcy doradcy "Solidarności"! Stanęły mi włosy na głowie, pomyślałem, że żyjemy w jakiejś kompletnej iluzji, jakiejś kompletnej bujdzie.

Tu już chciał się pan zająć bujdą na większą skalę, nie tylko inteligencką...

Pomyślałem sobie, że zrobię taki cykl malutkich portrecików, właśnie "szarego człowieka". Tego "szarego człowieka", który wypełnia Polskę. Ta książeczka miała podtekst: "Inteligenci opozycyjni, nie myślcie sobie, że jesteście tu sami. Poza wami mieszka tu ktoś inny, wycwaniony, obojętny, chytry. Nie zrobi większej krzywdy bez powodu (w przeciwieństwie do niektórych spośród was, którzy gotowi są poddać się fanatyzmowi). Ale nie będzie umierał za wasze wzniosłe ideały".

Na to odpowiada klasyczny inteligent już otrzeźwiony z jednej swojej histerii i wpadający w drugą: "Ależ to szary człowiek robi pogromy, szary człowiek jest antysemitą z natury, szary człowiek jest roszczeniowy, a sam nic nie zrobi"...

To prawda, szarego człowieka łatwo można napuścić. Ale szary człowiek głównie chce przeżyć, a nawet pożyć sobie w spokoju i jakiejś wygodzie. I tylko w kraju, który bardzo sobie nie radzi, cena przeżycia jest zbyt wysoka, a samo przeżycie może się wydawać czymś dwuznacznym.

Po roku 1989 w Polsce można już przeżyć uczciwie, ale właśnie wtedy dochodzi do "wojny na górze", w której pan opowiada się po stronie Wałęsy, znowu inaczej niż inteligencki salon. Mnie, szczerze mówiąc, mniej obchodzi detonator polityczny - to, że jakieś pięć osób albo dwa środowiska u góry się biją. Chciałem spytać, w jaki sposób zaczyna to "wchodzić w buty" konfliktu między elitami inteligenckimi a "szarym człowiekiem"? Co ten konflikt napędza społecznie? Bo to był potworny konflikt, który pozostawił spaloną ziemię, przynajmniej w tym miejscu, gdzie kiedyś była "Solidarność".

To nie był żaden konflikt między inteligencją i ludem, choć w jednym się z panem zgadzam: rzeczywiście w pewnych gorących głowach w Warszawie roił się taki pomysł, że w Polsce będzie rządzić jedna grupa intelektualistów z Warszawy, a Wałęsa zostanie albo wiceministrem kultury, albo w ogóle mu powiemy, żeby wracał do stoczni. Dla mnie coś takiego, że jednopartyjny system komunistyczny zamieniamy na jednoformacyjny system złożony z "naszych" i kierowany tutaj z Warszawy, to było absolutne horrendum. Uważałem, że Polska potrzebuje normalnego systemu wielopartyjnego, że jak najszybciej powinny powstać nowe partie, i że w żadnym wypadku nie należy z nimi walczyć. Tymczasem na przełomie lat 80. i 90. instytucje rządowe wraz z mediami próbowały te zalążki systemu demokratycznego ośmieszyć, skompromitować i zniszczyć. To piwo pijemy do dziś, bo przecież to wtedy wmówiono ludziom - a media żyją tym nadal - że konflikt polityczny (związany w sposób nieuchronny z rywalizacją między partiami) to coś niezrozumiałego, niepotrzebnego, gorszącego. Czy to znaczy, że kulturalniej było w PRL? Media są zachwycone, bo społeczeństwu się nie podoba Sejm. A dlaczego społeczeństwu się Sejm nie podoba? Bo tam wszyscy się różnią i kłócą.

Jeśli teraz powiem o konflikcie konstruktywnym i niekonstruktywnym, to pan oczywiście ma wszelkie prawo się zaśmiać, bo "konstruktywny konflikt" brzmi jak "konstruktywna opozycja" w ustach Mieczysława Rakowskiego. Ale niech by to był ciągnący się przez 20 kadencji konflikt między już jakoś ustrukturowaną AWS a lewicą postkomunistyczną. Albo prawicą i lewicą społeczną. Konflikt, który pozwala wyartykułować jakieś interesy społeczne, jakieś wizje Polski, na którego zapleczu obie strony budują trwałe instytucje. Ale tutaj konflikt powstawał między każdymi dwoma, nawet nieszczególnie sprawnymi liderami. Powstawał wewnątrz każdej struktury i instytucji. Konflikt zniszczył obóz Wałęsy w ciągu paru miesięcy, a on miał szansę zbudować pewne zaplecze społeczne. Konflikt zniszczył zaplecze rządu Olszewskiego, zniszczył AWS, a teraz wykańcza słynny "obóz IV RP".

No dobrze, jesteśmy kłótliwi i można by powiedzieć, że to jest polska cecha narodowa. Tyle że tak się jakoś dziwnie składa, że kłótliwi są również Włosi. Ile rządów było po wojnie we Włoszech? Oczywiście lepiej, żebyśmy się niepotrzebnie nie kłócili, ale wolę kłótnie niż trzymanie ludzi za pysk i jednomyślność budowaną przez manipulacje. Mnie w Polsce różne rzeczy gorszyły, ale kłótliwość akurat nie. Natomiast gorszące było po roku '89 zachowanie mediów. To utrwalanie fatalnego wizerunku działania systemu demokratycznego... Przecież on jednak działał, od roku 1989 można o różne rzeczy oskarżać kolejne rządy, ale nie o to, że łamały zasady demokracji. Funkcjonuje Sejm, są wybory, niefałszowane. To już jest pewna wartość i kwestionowanie tego w imię PRL-owskich wzorów jedności i zgody to ciężki błąd. Obyśmy się jeszcze na tym porządnie nie przejechali. Bo taką czarną propagandę na temat Polski każdy teraz może przeciwko nam wykorzystać. I właśnie dlatego muszę powiedzieć, że mimo rozmaitych zdarzeń gorszących mam świadomość wielkiego sukcesu, jaki odniosła Polska. Dwa fakty zupełnie przełomowe to wejście do NATO i wejście do Unii Europejskiej. To są gigantyczne sukcesy, których nie może negować nawet skrajny pesymista. Mogę dodać, że jeśli chodzi o pesymizm, to przeszedłem pewną ewolucję: od totalnej negacji, jakiej byłem bliski w latach 1993 - 1994, do tego punktu, w którym zorientowałem się, że powinienem się jednak opamiętać, nie popadać w przesadę, nauczyć się cieszyć tym, co jest.

Kiedy się panu odmieniło i jakie argumenty o tym przesądziły, bo w pierwszej połowie lat 90., po rozpadzie obozu Wałęsy, a potem po upadku rządu Olszewskiego był pan raczej emblematycznym pesymistą...

Kiedy zorientowałem się, że mimo postkomunistycznego układu idziemy w naszych relacjach międzynarodowych w tym kierunku, o jakim nigdy w życiu nie marzyłem. Pomyślałem, że byłbym idiotą, gdybym zamienił się w żółciowca, który nie raczy tych faktów zauważać. W tym samym czasie zaczął się gorszący proceder powstawania w głównych odłamach "Solidarności" radykalnych prądów narodowo-katolickich - najpierw w Ruchu Odbudowy Polski, później w radiostacji o. Rydzyka. A w tych nowych prądach kierunek był tylko jeden: przeciw Stanom Zjednoczonym, przeciw Europie. Dla mnie stało się jasne, że na prawicy jest montowany drugi filar obozu moskiewskiego w Polsce i to w sytuacji, gdy postkomuniści właśnie nieco odpuścili. Pomyślałem sobie: "Przepraszam bardzo, jestem jednak polskim inteligentem, nie pójdę razem z promoskiewską dziczą na wojnę z Zachodem".

Nie przeraża pana idąca od Europy sekularyzacja, prawa gejów, wyimaginowane ale i po części realne tendencje do "urawniłowki" obyczajowo-kulturowej, które, mówiąc starym i brzydkim językiem, są wodą na młyn polskich eurofobów?

Nie, nie przeraża mnie to absolutnie. Nawet gdyby w jakiejś Francji, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii wszyscy ludzie zwariowali, zaczęłoby mnie to przerażać dopiero wtedy, gdy okazałoby się, że w Polsce ludzie też zwariowali. Jesteśmy krajem suwerennym. Jeżeli widzę zagrożenia, to raczej u nas, a nie tam. Dam brutalnie jaskrawy przykład: nie są dla nas żadnym zagrożeniem Niemcy, ale gdyby się okazało, że tu zaczyna dominować jakaś elita polityczna, która da się im kupić albo chce iść pod ich dyktando, to byłoby groźnie. Nie świat zewnętrzny nam zagraża, lecz polska słabość.

W kilku dużych sporach wystąpił pan przeciwko inteligenckiemu głównemu nurtowi. I oto nadchodzi heroiczna batalia między IV a III Rzeczpospolitą, a pan traci instytucjonalne możliwości działania, czyli "Gazetę Polską", ale i sam też zbyt wyraziście się w tę wojnę nie angażuje.

Odpowiedź na to pytanie składa się z dwóch punktów. Pierwszy jest taki, że zakładałem "Gazetę Polską" nie dlatego, że lubię zakładać gazety i brać sobie na głowę durne obowiązki kierowania grupą ludzi, troszczenia się o egzystencję firmy itp., ale po to, by mieć gdzie pisać na własny rachunek. Przez tych kilkanaście lat sprawiał mi frajdę luksus całkowitej niezależności. Mogłem pisać, co mi ślina na język przyniosła, przed nikim się nie tłumaczyć i nie zawracać sobie głowy konsekwencjami. I to się skończyło. W "Gazecie Polskiej" przeprowadzono zamach, którego głównym elementem było pospolite oszustwo, dodatkowym czynnikiem - działania kryminalne, a tłem interesy polityczne (chęć dogadania się z o. Rydzykiem, z którym prowadziliśmy ostrą wojnę).

Ale przestał pan w ogóle wypowiadać się na tematy polityczne, nawet jako samodzielny publicysta.

Zniechęciłem się. Nie tym akurat, że nadziałem się na oszustwo, takie rzeczy się na tym świecie zdarzają. Nie tym również, że w ciągu paru miesięcy wylano na mnie więcej pomyj niż w całym okresie PRL - mnie pomyje nie są w stanie dotknąć. Tym najbardziej, że tak powszechnie dano wiarę kłamstwom, że tak ostentacyjnie nie chciano poznać prawdy, a ludzi, którzy przeprowadzili tę nędzną akcję, pasowano natychmiast na medialne gwiazdy. Jedyną gazetą, która zainteresowała się zdarzeniem i dała mi oraz mojej zastępczyni szansę zabrania głosu, była "Gazeta Wyborcza", która miała wszelkie powody, żeby tego nie zrobić - znacznie przecież różniliśmy się poglądami.

Ale jak wiemy doskonale, miała też powody, żeby to zrobić. "Gazeta Polska" pod nowym kierownictwem współpracuje bardzo blisko z PiS, które "Wyborcza" zwalcza.

Ale to zrobiła. Inni milczeli. Aby uprawiać publicystykę, trzeba mieć w jednej kwestii przynajmniej minimalny komfort: poczucie, że prawda jeszcze się jakoś liczy, że jest jakoś odróżnialna od kłamstwa. Ja utraciłem to poczucie. Ale gdy okazało się, że nie mogę już uczestniczyć w życiu publicznym tak, jak do tego nawykłem, a więc na własny rachunek i na własnym podwórku, drugi jeszcze, równie istotny czynnik przesądził o tej mojej decyzji. Moje życie nie składa się tylko z centroprawicy, gnid, Platformy Obywatelskiej, PiS i lustracji. Ja mam też zupełnie inne zainteresowania, którym dałem również wyraz w swoich książkach. Pisałem od wielu, wielu lat dzieło pt. "Traktat metafizyczny" (to nie metafora). I pomyślałem sobie: jest dobry moment, żeby zamknąć pewien etap w życiu, poświęcić się tej książce. Właśnie ją skończyłem. Pisuję felietony muzyczne, mam muzyczną audycję w radiu. Żeby było jasne: nie należę do tych obrażonych, którzy uważają, że w Polsce dzieją się teraz rzeczy straszne; moje milczenie nie oznacza nic takiego.

Zatem demokracja upada pod ciosami Kaczyńskich, a pan jej nie broni? Albo inaczej: układ dobija pierwszą patriotyczną koalicję rządzącą w Warszawie, a pan woli pisać "Traktat metafizyczny"?

Rzadko zaglądam do gazet, ale nabyłem pewnej wprawy, dzięki której potrafię się bardzo szybko zorientować, co się święci...

I co pan tam widzi?

Gdybym nadal redagował "Gazetę Polską", to niezależnie od tego, czy w 2005 roku wygrałoby PiS czy Platforma, na pewno życzliwie odnosilibyśmy się do nowego rządu. W sprawach gospodarczych raczej sympatyzowałem z Platformą, w sprawach politycznych raczej z PiS. Zapewne uznałbym zawiązanie koalicji z Samoobroną i LPR za naturalne i normalne, skoro inne pomysły upadły - nieprzyjemne koalicje zdarzają się czasem na tym świecie. W żadnym wypadku nie akceptowałbym hołdów składanych ks. Rydzykowi - to był jeden krok za daleko. Postawienie Rydzyka w roli autorytetu, ojca narodu, pielgrzymowanie polityków do niego - to była cena zbyt wysoka. Absolutnie niewłaściwe i upokarzające było doprowadzenie do sytuacji, w której taki człowiek jak Jarosław Kaczyński jest lustrowany przez ojca Rydzyka, który mu wystawia świadectwo moralności. Moja "Gazeta Polska" by tego nie przełknęła. Oczywiście, akceptowalibyśmy działania wymierzone w przestępców, akceptowalibyśmy politykę historyczną, przywracanie pamięci narodowej - to są niewątpliwe osiągnięcia tego rządu. Podoba mi się obecna polityka zagraniczna i na linii europejskiej, i na linii amerykańskiej, natomiast całkowicie nie do przyjęcia jest dla mnie osoba pani Anny Fotygi.

Dlaczego? Przecież ona bardzo precyzyjnie wyraża wolę polityczną premiera i prezydenta. Ich linię europejską i amerykańską.

To są dwie różne rzeczy. Ona wciela w życie właściwą politykę zagraniczną projektowaną przez prezydenta i premiera, natomiast robi to w sposób niemieszczący się w żadnych standardach. Przede wszystkim nie wypełnia swoich obowiązków członka rządu, który powinien prezentować polską politykę zagraniczną opinii publicznej. Sprawa tarczy antyrakietowej została rzucona na pastwę propagandy moskiewskiej i przestraszonych prezenterek telewizyjnych. Nikt z rządu nie potrafił tego porządnie przedstawić, uzasadnić - oni zakładają, że kto ma czyste sumienie, sam to zrozumie. Nieprawda. Trzeba dobrze znać historię najnowszą, trzeba pamiętać, co było w roku '39, dlaczego Francja i Anglia nie pomogły Polsce i trzeba wiedzieć, jak się zachowują Stany Zjednoczone wobec krajów, w których mieszkają obywatele amerykańscy i ulokowane są ważne amerykańskie interesy. Jarosław Kaczyński zakłada, że wszyscy wszystko rozumieją, że wszyscy wszystko wiedzą, natomiast Lech Kaczyński zamknął się w pałacu. Czasem wyjdzie, wtedy jego rzecznik od razu mówi: "Trzy pytania", i po tych trzech pytaniach znów powrót do pałacu. To jest absolutnie nie do przyjęcia. On ma obowiązek robić to samo, co prezydent Bush: spotykać się dziennikarzami i godzinami im wszystko tłumaczyć. To jest zdumiewające, bo wszak Lech Kaczyński jest bardzo kompetentnym prezydentem, ma znaczne doświadczenie, świetnie zna naszą historię, rozumie mechanizmy polityki - mógłby wobec tych dziennikarzy i wobec opinii publicznej spełniać istotną rolę edukacyjną.

Wiele mediów od samego początku traktowało Lecha Kaczyńskiego zupełnie inaczej niż Aleksandra Kwaśniewksiego, a PiS zupełnie inaczej niż Unię Wolności. Ale rzucając hasła bez mała rewolucyjne - tak jak robili to Kaczyńscy, kiedy szli do władzy - można się było liczyć z takim konfliktem, a nie obrażać i udawać zdziwienie.

Jednak "Gazeta Polska" (gdybym nadal jej szefował) by tego tak nie zostawiła. Za jedyną rzecz nienormalną w Polsce uznalibyśmy histerię mediów. W tym głównym nurcie żadnych standardów się nie przestrzega - to jest mentalność i moralność Kalego. Nastał Marcinkiewicz, to się najpierw mówiło, że w żadnym wypadku nie powinien być premierem, potem się mówiło, że ceny wzrosną, a potem, że inwestorzy uciekną i będzie kryzys gospodarczy. A jak się okazało, że inwestorzy nie uciekają, to się mówiło, że nic nie wiadomo, bo ministrowie nie udzielają wywiadów. Jak się okazało, że Marcinkiewicz wszystkich przebił w medialności, to się mówiło, że Marcinkiewicz nic nie robi i właściwie są to tylko popisy medialne, a on jako premier jest skończony. Ledwo Kaczyński został premierem, ogłoszono, że Marcinkiewicz to gwiazda. PiS obrywa za koalicję z "przystawkami", ale niech tylko Giertych czy Lepper pokłócą się z premierem, mianuje się ich wielkimi dżentelmenami, wiarygodnymi, prawdomównymi, szczerze losem ojczyzny zatroskanymi. Itd., itp...

Każde ujadanie na Kaczyńskich przejdzie, nie ma żadnych kryteriów - co do tego zgoda. Ale po drugiej stronie mamy "małpę w czerwonym", o której mówił prezydent, i regularne briefingi premiera na temat "układu" w mediach. Taka pedagogika specjalna, która na dziennikarzy działa akurat odwrotnie. A na to, by wystraszyć właścicieli, premier jest za słaby. Pohukując na media, może jedynie cementować tę część elektoratu PiS, która jest przekonana, że każde medium, każda instytucja w tym kraju musi należeć do "Onych", bo przecież "My" żadnej instytucji nie potrafimy stworzyć.

Błędy popełniają również premier i prezydent - błędy wobec mediów. Nie do końca trafna jest sama diagnoza Jarosława Kaczyńskiego, że dziennikarzami rządzi układ. On to mówi tym chłopaczkom i panienkom, którzy przyszli na konferencję prasową. Ale przecież tymi dziennikarzami, którzy się tam pojawiają, zadają te swoje agresywne pytania i popisują się całkowitym brakiem ciekawości tego, co się naprawdę dzieje, nie kieruje bezpośrednio żaden układ. Nimi rządzi, po pierwsze, normalna giełda dziennikarska, która polega na tym, że jak nada coś rano TVN, to już wszyscy za nią powtarzają jak za panią matką. I idą te kolejne fale medialne. Standardowej giełdzie dziennikarskiej podlega w równym stopniu dziennikarz telewizji prywatnej, jak i publicznej, który ma to samo w głowie, mimo że zarządza nim były szef Kancelarii Prezydenta. Po drugie, dyrygują tym reguły poprawności politycznej. Wiadomo, że zawsze partia bardziej antykomunistyczna będzie bardziej "be", a bardziej łagodna wobec komunistów będzie zawsze bardziej "cacy", że bardziej ustępliwa wobec innych krajów będzie bardziej "cacy", a taka, co mówi o interesie narodowym, będzie bardziej "be". Trzeci czynnik to wiek i kompetencja dziennikarzy. Jarosław Kaczyński robi np. aluzję do roku 1992, mówi: "Nie wiem, czy państwo tego naprawdę nie wiedzą, ale gdyby państwo chcieli wiedzieć, to...". On zakłada, że młodzi dziennikarze wiedzą bądź też pamiętają, co było w roku 1992, gdzie byli wtedy liderzy PO, a przecież oni nie mają o tym zielonego pojęcia. Pamięć prezenterki telewizyjnej sięga trzech, czterech lat wstecz. Nie do końca trafna diagnoza daje skutek w postaci niepotrzebnego antagonizowania tych ludzi. Zdarzają się obu liderom odpowiedzi udzielane ze złością - tego nie należy robić, nawet jeśli pytanie zadane jest w złej wierze, trzeba zawsze cierpliwie tłumaczyć, w ostateczności zbywać jakimś żartem (tak czynił Reagan). O tym wszystkim "Gazeta Polska" pod moim kierownictwem by pisała.

Na zakończenie proszę powiedzieć, czy nasi agresywni modernizatorzy z początku lat 90. nie mieli racji, kiedy mówili, że jeśli "szaremu człowiekowi" pozwolić szczerze mówić, jeśli dopuścić go do władzy, to wyjdzie z tego zawsze Giertych albo Rydzyk, a nie jakaś sensowna prawica?

Nie ma żadnego innego wyjścia - głos muszą mieć wszyscy, nawet najgorszy ciemnogród. To są żywi ludzie i nie wpakujemy ich do komór gazowych tylko dlatego, że się nam nie podobają. Gdybyśmy nawet mieli utonąć z tego powodu, nie wolno ludziom odbierać głosu. Nie ma lepszego systemu niż demokracja, nie należy przy niej majstrować. Ale jest też coś, co odczułem sam na własnej skórze. Sądziłem jeszcze na początku lat 90., że ta formacja narodowo-katolicka to grupka mniejszościowa, bez znaczenia, że oni nigdy nie odniosą sukcesu w wyborach. I można by powiedzieć, że to się sprawdza. Ile dostała Liga Polskich Rodzin? Tylko że to wszystko nie polega na arytmetyce - siła i dynamika oddziaływania formacji ekstremalnych nie ma nic wspólnego z liczbą ich zwolenników. Jeden radykał potrafi zrobić tyle, ile 100 tysięcy ludzi nie potrafi. Przecież Wrzodak wykończył ROP Olszewskiego, a był sam jeden. Bardzo wąska grupa ekstremistów może sparaliżować całe gigantyczne obszary społecznej świadomości i to w sposób nieodwracalny. Z zamkniętego już etapu życia wynoszę jedną małą satysfakcję: nie poszedłem pod komendę żadnej spośród elit i jakoś uchroniłem się przed tym, by wszedł mi na głowę cham.

p

*Piotr Wierzbicki, ur. 1935, dziennikarz, pisarz, jeden z najważniejszych współczesnych publicystów polskich. Zasłynął opublikowanym w latach 70. poza cenzurą "Traktatem o gnidach", w którym opisywał "strategie przystosowania" intelektualistów wobec systemu. Współpracował z drugoobiegowymi pismami "Głos" i "Zapis", a także z "Tygodnikiem Powszechnym". W latach 80. opublikował kolejne ważne książki: "Myśli staroświeckiego Polaka" i "Strukturę kłamstwa". W 1993 roku założył "Gazetę Polską", w której krytykował środowiska postsolidarnościowe związane z "Gazetą Wyborczą", ale także nurt narodowo-katolicki związany z Radiem Maryja. W 2005 roku odszedł z założonego przez siebie pisma i poświęcił się pisaniu o muzyce. Inne książki Wierzbickiego to m.in. "Bitwa o Wałęsę" oraz "Upiorki" (1995).