Na poniedziałkowe porozumienie rządu z NSZZ „Solidarność”, którego efektem jest wzrost płac, bardzo czekała Ewa Kowalska, która pracuje w publicznym przedszkolu we Wrocławiu. Dziś ma na rękę 1100 zł, od pierwszego stycznia będzie dostawać o około 150 zł więcej. "W mojej sytuacji to naprawdę bardzo duża kwota" - mówi. "Zaszaleć za to nie zaszaleję, ale nie będę już musiała się szczypać w sklepie, kupować tylko najtańsze produkty i zastanawiać, czy mi wystarczy na czynsz, jeśli pozwolę sobie na coś bardziej luksusowego".

Reklama

Szaleństw zakupowych nie planuje też po nowym roku Krzysztof, dzielnicowy z Warszawy. On podwyżkę odczuje znacznie bardziej, bo od stycznia na jego konto będzie wpływać o ponad 250 zł więcej. "Bardzo się cieszę, długo na to czekałem" - mówi zadowolony. "W przyszłym roku łatwiej mi będzie utrzymać rodzinę".
Zaraz jednak dodaje, że zarobki policjantów są i tak za niskie w stosunku do odpowiedzialności i ryzyka, jakie wiąże się z tym zawodem. Podobnego zdania jest Bogumiła Folwarczny, nauczycielka nauczania początkowego z Katowic. "Cieszę się z tych pieniędzy" - mówi. Po nowym roku jej pensja wzrośnie o prawie 200 zł. "W porównaniu z wiosenną podwyżką, kiedy dostaliśmy o 30 zł więcej, teraz już można mówić o wzroście zarobków" - przyznaje. Ale natychmiast dodaje, że teraz też nie odczuje znacząco podwyżki w domowym budżecie. "Ceny i opłaty rosną w ogromnym tempie, a podwyżki są rzadko i zbyt małe, aby to zrekompensować" - tłumaczy.


Jej koleżanka po fachu Katarzyna Buchman, nauczycielka języka polskiego w jednym z łódzkich gimnazjów, zapowiedzi rządu komentuje z uśmiechem politowania. Nie wie, czy z podwyżki skorzysta, bo rozważa porzucenie pracy w szkole. – Mam 11 lat stażu, stopień nauczyciela mianowanego, a dostaję 1200 zł do ręki – żali się. "Praca jest odpowiedzialna, wymaga poświęcania prywatnego czasu na przygotowanie się do lekcji, ślęczenia wieczorami nad sprawdzianami, a dostajemy za to grosze".Jej zdaniem podwyżka, którą przyznał właśnie rząd, jest śmiesznie niska i nie zmieni faktu, że nauczyciele zarabiają o wiele za mało. "Gdybym po podwyżce dostawała 2000 zł, to by mi wystarczyło, nie myślałabym o zmianie pracy" - mówi Buchman. "A wzrost o sto parę złotych nie zmieni nic".

Uzgodnione przez rząd i „Solidarność” porozumienie płacowe krytykują przedstawiciele branżowych związków zawodowych. Sławomir Broniarz, szef Związku Nauczycielstwa Polskiego ostrzega, że nauczyciele nie będą mieli powodów do radości. "Realny wzrost płac wyniesie tylko 2 proc, a nie 9, jak chce to przedstawić rząd" - wylicza. "Stażyście zostanie w kieszeni 24 zł miesięcznie więcej, a dyplomowanemu nauczycielowi z co najmniej dziesięcioletnim stażem 44 zł. To kiełbasa wyborcza, dlatego nie popieramy tego porozumienia" - mówi Broniarz.

Równie krytycznie wypowiada się Antoni Duda z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego „Solidarność” Policjantów. "Policjanci niewiele skorzystają na podwyżkach, bo nie pacą składek zdrowotnych jak inni, więc 5 proc. z klina podatkowego odpada. Wystąpimy z żądaniem podwyżek na poziomie 10 proc., ale realnych" - zapowiada. Obiecywana przez rząd 9,5-proc. podwyżka obejmuje bowiem także wzrost dochodów netto wynikających z obniżenia składki rentowej. Policjanci tej składki nie płacą. Obaj związkowcy dodają, że reprezentowane przez nich zawody w UE są opłacane znacznie lepiej. I rzeczywiście. Początkujący policjant we Francji dostaje w przeliczeniu ok. 6 tys. zł na rękę, w Szkocji 9 tys. zł. Pensji unijnym kolegom mogą też zazdrościć nauczyciele: średnia płaca nauczyciela w Niemczech wynosi 5,5 tys. zł, w Anglii ok. 7 tys. zł.








Katarzyna Bartman, szefowa działu społecznego: Tylko raz w ciągu ostatnich 19 lat nauczyciele, policjanci i strażacy mieli prawdziwe powody do radości. W 2000 r. rząd AWS podwyższył im pensje o 30 proc. Coś podobnego nie zdarzyło się już nigdy później.

W 1989 r. nauczyciele przynosili do domu pensje w walizkach. Średnia płaca w sektorze publicznym wynosiła 206 758 zł. Rząd w lipcu wprowadził tzw. indeksację płac i zaraz potem uwolnił ceny żywności. Spowodowało to gigantyczną inflację. W sierpniu 1989 r. wynosiła ona blisko 40 proc., a w styczniu 1990 r. - już 80 proc. Deficyt budżetowy powiększył się do 1,5 bln zł. Rząd wówczas drastycznie wyhamował wzrost płac w sektorze publicznym.

Wywołało to falę społecznych protestów. Na ulicę wyszli kolejarze i rolnicy. Pod naciskiem społecznych żądań w czerwcu 1990 r. Sejm uchwalił ustawę budżetową wyrównującą pensje do poziomu inflacji. Ta jednak szybowała w gigantycznym tempie. W latach 1991 – 1992 państwo nie wyrównywało więc płac do inflacji. Wypłata rekompensat za zamrożenie poborów nastąpiła dopiero w 1997 r. i trwała przez kolejne cztery lata. Ludzie dostali jednorazowo kilka, a nawet kilkanaście tysięcy nowych złotych. Przełom nastąpił jednak dopiero w 2000 r., kiedy AWS podniósł nauczycielom i policjantom wynagrodzenia o jedną trzecią. To była najwyższa w ciągu 19 lat podwyżka w budżetówce.

Od tego czasu pensje urzędników i policjantów rosły już w żółwim tempie. W 2002 r. nie było nawet wyrównań inflacyjnych. Kolejne ekipy rządowe nie mogły porozumieć się z pracodawcami i związkowcami odnośnie do tzw. wskaźnika środków na wynagrodzenia. Podwyżki polegały na tym, że do poziomu inflacji rząd dorzucał ekstra 2 lub 3 proc.